Górny Śląsk 1945. Genialna strategia Koniewa to mit, a operacji „Złote wrota” nigdy nie było

81 lat temu, 12 stycznia 1945 nacierająca znad Wisły Armia Czerwona rozpoczęła wielką ofensywę zimową, w wyniku której zajęła m.in. większość Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. W rocznicę tego dnia przypominamy artykuł Tomasza Borówki, opublikowany w wydawanym przez IPN Katowice magazynie CzasyPismo (nr 2 (26)/2024), w którym autor rozprawia się z tym jednym z największych mitów XX wieku na Śląsku. Przez długie lata (cały okres PRL-u, a nawet jeszcze później) twierdzono, że miasta aglomeracji górnośląskiej z Katowicami na czele zostały zdobyte dzięki błyskotliwej strategii sowieckiego marszałka Iwana Koniewa, który celowo nie zamknął broniących się tu niemieckich wojsk w okrążeniu, ratując nas w ten sposób przed wojennymi zniszczeniami. To było kłamstwo. Zupełne. Od początku do końca.

Iwan Koniew

Genialny manewr marszałka Koniewa ocalił Katowice i Górnośląski Okręg Przemysłowy. Iwan Koniew przeprowadził błyskotliwą operację „Złote wrota”. Wybitny strateg Koniew celowo zatrzymał swoje czołgi, by zostawić Niemcom drogę odwrotu. Koniew oszczędził nam wojennych zniszczeń. Wszystko to, niczym mantrę, powtarzali historycy, pisarze i dziennikarze od 1945 roku przez cały okres PRL-u, a nawet dłużej. I wszystko to były bajki. Przypominamy, jak przez lata kłamano i jak było naprawdę.

Fakty są w sumie proste. 12 stycznia 1945 Armia Czerwona rozpoczęła wielką ofensywę z przyczółków nad Wisłą. Szybko, choć nie bez trudu przełamała niemiecką obronę. Rosjanie zajęli m.in. Częstochowę i Kraków, po czym zbliżyli się do Górnego Śląska. Sowieckie armie podeszły doń z trzech kierunków – naciskając Niemców od wschodu i północy oraz szeroko oskrzydlając od północnego-zachodu. Wobec grożącego im odcięcia niemieckie wojska podjęły odwrót z GOP-u ku Odrze i Bramie Morawskiej. Okrążenia uniknęły. Rosjanie zajęli zagłębie przemysłowe, ale Wehrmacht w południowo-zachodniej części Górnego Śląska bronił się jeszcze miesiącami. A na Śląsku Cieszyńskim i Opawskim walki ciągnęły się niemal do końca II wojny światowej.

Gdyby Sowieci w styczniu 1945 okrążyli i zniszczyli siły niemieckie w Górnośląskim Okręgu Przemysłowym, Bramy Morawskiej nie miałby wtedy kto bronić. Armia Czerwona przedarłaby się do Czech, co nie pozostałoby bez wpływu na ogólną sytuację Niemiec. Niewykluczone, że wojna zakończyłaby się jeszcze wcześniej, a sowieckie armie dotarłyby jeszcze dalej na zachód, niż stało się to wiosną 1945. Jednak w styczniu 1945 dowodzący 1 Frontem Ukraińskim marszałek Iwan Koniew nie domknął górnośląskiego kotła. Ze strategicznego punktu widzenia było to niepowodzenie. Za które niefortunny dowódca mógł ponieść srogie konsekwencje. A nawet gdyby ich uniknął, to taka niechlubna zadra w wojskowym życiorysie musiałaby go nielicho uwierać.

Propaganda ruszyła

Na szczęście dla Iwana Stiepanowicza Koniewa przyszła mu w sukurs propaganda – sowiecka, a następnie PRL-owska. Propaganda bowiem nie afiszuje się porażkami. Nie tylko więc zwykła je ukrywać czy chociaż maskować, ale nawet potrafi ukazywać jako sukcesy. Tak właśnie bardzo szybko stało się z niepowodzeniem Koniewa. Marszałek, wyzwoliciel Śląska, współzdobywca Berlina, a później naczelny dowódca wojsk Układu Warszawskiego musiał przecież stanowić postać nieskazitelną.

Propagandowe kłamstwa na temat górnośląskiego manewru Armii Czerwonej rozpoczęły się wkrótce po II wojnie światowej, by stopniowo wyewoluować do monstrualnych wręcz rozmiarów.

Dzięki taktyce Armii Czerwonej został uratowany ciężki przemysł – głosił w 1949 r. „Dziennik Zachodni”. Tezę tę rozwijając następująco:

Wojska radzieckie marszałka Koniewa otoczyły całe śląskie zagłębie przemysłowe manewrem oskrzydlającym, nie dając chwili wytchnienia uciekającym w popłochu niedobitkom armii niemieckich. Dzięki tej taktyce Armii Czerwonej został wyzwolony cały ogromny przemysł Śląska i oddany w całości w ręce jego prawowitych posiadaczy – Polaków.

Sowieckiego manewru redaktor DZ nie zawahał się nazwać genialnym. Czasami jednak opiewano nie tyle geniusz Koniewa, co jego szefa. Czyli stojącego na czele Armii Czerwonej Józefa Stalina. Tak uczyniło „Życie Częstochowy” w 1951 roku, wysławiając ofensywę styczniową jako owoc genialnej strategii stalinowskiej.

Manewr mistrzowski i genialny

W identycznym tonie pisał w 1954 r. sam redaktor naczelny „Dziennika Zachodniego”, Stanisław Ziemba w książce „Od Katowic do Stalinogrodu”:

Czy uda się Armii Radzieckiej wyprzedzić Niemców, czy uda się jej pokrzyżować barbarzyńskie plany? Nie znano wtedy rozkazu Generalissimusa Stalina, ustalającego wytyczne dla takiego przeprowadzenia operacji, które by pozwoliło na uwolnienie cennego obszaru przemysłowego bez większych zniszczeń i udaremniło hitlerowskie plany zniszczenia.

(...) Stalinowska strategia triumfowała. Mistrzowski manewr okrążający i zaskakujący hitlerowców odebrał im wszelki czas na wykonanie zniszczenia. Musieli uciekać! Ratować własne głowy!

Genialne okrążenie, przeprowadzone przez zwycięską armię – entuzjazmował się legendarny naczelny DZ, a jeszcze nie tak dawno żołnierz AK (wszelako żyć trzeba). Ziemba miał wielu następców. W późniejszych latach chwycił za pióro, by opiewać Armię Czerwoną i Koniewa także Maciej Szczepański, słynny szef Telewizji Polskiej w epoce Edwarda Gierka . W roku 1970, jeszcze jako redaktor naczelny „Trybuny Robotniczej”, napisał (czy też najpewniej podyktował maszynistce) m.in. taki smakowity fragment:

Nadszedł wreszcie styczeń 1945 roku i genialny manewr Koniewa, który, wypełniając polecenia Naczelnego Dowódcy Armil Czerwonej, wyłuskuje z rąk hitlerowców nasz okręg przemysłowy w stanie nienaruszonym, mimo że już gotowali się oni do obrony równającej z ziemią nasze śląskie i zagłębiowskie miasta, kopalnie, huty i fabryki...

Oficjalna wersja historii

Dziennikarzom wtórowali historycy. Z profesorem Kazimierzem Popiołkiem na czele. Przytoczmy odnośny fragment jego „Historii Śląska”, dzieła którego zadaniem było ująć swój temat „po linii i na bazie” (jak w owych czasach mawiano, a rozchodziło się o linię partii przewodniej i bazę ideologii wiadomej). W ujęciu szacownego profesora Popiołka, pierwszego rektora Uniwersytetu Śląskiego, oficjalna wykładnia przebiegu wydarzeń w styczniu 1945 wyglądała więc następująco (wyróżnienie T.B.):

Niemcy zamierzali bronić górnośląskiego okręgu przemysłowego, zamienić go na twierdzę. Na szczęście jednak wbrew ich planom nie doszło tutaj do walk, które w tak gęsto zabudowanym terenie musiałyby przynieść ogromne zniszczenia kraju i śmierć tysiącom mieszkańców. Wojska niemieckie zostały zmuszone do szybkiego opuszczenia tego terenu. Na skutek bowiem zdobycia przez wojska radzieckie Tarnowskich Gór wojskom niemieckim na terenie centralnego okręgu przemysłowego zagroziło okrążenie i zniszczenie. Jednak dowódca 1 Frontu Ukraińskiego marszałek Iwan Koniew, działając zgodnie z decyzją Naczelnego Dowództwa Armii Radzieckiej, nakazującą nie dopuścić do walk w okręgu przemysłowym i jego zniszczenia, nie zamknął pierścienia wokół wojsk niemieckich, pozwolił im na wydostanie się zeń wąskim korytarzem w kierunku Żor. Toteż bez walki wyzwolone zostały w dniach 27 i 28 stycznia Katowice i Chorzów, nie zniszczony okręg przemysłowy znalazł się w rękach zwycięskich wojsk.

Rozterki Iwana Stiepanowicza

Profesor Popiołek nie miał większego wyboru. Śląski historyk, szantażowany i złamany przez bezpiekę, mógł wówczas pisać tylko w podobnym tonie bądź wcale. Choćby więc chciał, nie byłby w stanie przedstawić czytelnikom wersji wydarzeń sprzecznej z tą pochodzącą od samego Koniewa. Którą powtarzali wszyscy, z wojewodą Jerzym Ziętkiem włącznie. Ten Koniewa znał osobiście i nie omieszkał się tym pochwalić:

Jeszcze nieraz, w wiele lat później, spotykając się z marszałkiem Koniewem, pytałem go o szczegóły tamtej operacji, a zwłaszcza o jej znaczenie wojskowe i zawsze otrzymywałem jednoznaczną odpowiedź – z punktu widzenia czystej sztuki wojennej decyzję o pozostawieniu nieprzyjacielowi wolnego korytarza, by mógł wycofać się ze Śląska i Zagłębia, można by kwestionować. Ja na to odpowiadałem i odpowiadam – podkreślał Koniew – że poza czystą sztuką wojenną istnieją jeszcze inne kryteria, którymi wojsko musi się kierować, a mianowicie przyjaźń do bratniego narodu, troska o przyszłość kraju i jego potrzeby po wojnie – wspominał legendarny „Jorg”. Czy w każdym razie pod takim wspomnieniem się w 1980 r. podpisał. Niektórzy podnoszą argument, iż ze względu na stan zdrowia mocno schorowanego już wtedy Ziętka, rzeczywistym autorem może tu być kto inny.

Podobną narrację przyjmuje Koniew w swej oficjalnej relacji dla potomności. Wspomnienia marszałka, zatytułowane „Notatki dowódcy frontu 1943-1945”, ukazały się w 1966 r. Aczkolwiek wywody Koniewa były cokolwiek mętne i uważny czytelnik może dostrzec, że z jakiegoś powodu Iwan Stiepanowicz swą wiekopomną decyzję o zostawieniu Niemcom drogi odwrotu podejmował... dwukrotnie.

Pierwszy raz pisze o tym tak:

Już wieczorem 19 stycznia, w dniu zdobycia Krakowa, oceniając perspektywy walki w Śląskim Okręgu Przemysłowym, zrozumieliśmy, że nieprzyjaciel może u ześrodkować poważne siły: dziesięć do dwunastu dywizji, nie licząc oddziałów samodzielnych i specjalnych.

Wyłoniły się przed nami trzy zadania, sprowadzające się w gruncie rzeczy do jednego: rozbić śląskie zgrupowanie przy minimalnych stratach własnych, uczynić to jak najszybciej i w miarę możności zachować przemysł Śląska nietknięty.

Podjęliśmy decyzję: głęboko obejść Śląski Okręg Przemysłowy wojskami pancernymi, a następnie – współdziałając z armiami ogólnowojskowymi, które nacierały na Śląsk z północy, wschodu i południa – zmusić hitlerowców pod groźbą okrążenia do wyjścia w otwartą przestrzeń i tam rozbić.

Czyli według Koniewa, cała decyzja zapaść miała już 19 stycznia. Zaś odpowiednie rozkazy dla 3 armii pancernej gwardii, przeznaczonej do wykonania manewru oskrzydlającego GOP wyszły nazajutrz, 20 stycznia. Jakże więc zrozumieć, dlaczego 24 stycznia dowódca 1 Frontu Ukraińskiego podjął swoją decyzję po raz drugi, i to popadłszy wprzódy w nieliche duchowe rozterki?

Jechałem do wojsk i obmyślałem kolejne decyzje – wspomina ten dzień Koniew. – Dalsze natarcie 60 armii z południa i 3 armii pancernej gwardii z północy wyraźnie już zarysowywało wokół nieprzyjaciela kleszcze, które należało tylko zamknąć, aby okrążyć całe ześrodkowane w Śląskim Okręgu Przemysłowym zgrupowanie faszystowskie. Mieliśmy po temu realne możliwości. Przede mną jednak, jako dowódca frontu, wyłaniał się problem: czy należy to uczynić?

Zadawszy to pytanie, Koniew przez jakieś półtorej kartki wspomnień raczy czytelnika swymi głębokimi, pełnymi refleksji przemyśleniami: Nieuniknione będą duże ofiary w ludziach i zniszczenia. Cały rejon ległby w gruzach – martwi się. A i użala się nad sobą: Nie było mi łatwo – mnie zawodowemu oficerowi, wychowanemu w duchu dążenia do tego, aby w każdych okolicznościach okrążać nieprzyjaciela, przecinać jego komunikacje, nie wypuszczać z pierścienia, gromić – nagle postępować wbrew ustalonej doktrynie i powszechnie przyjętym poglądom – poglądom, które sam wyznawałem. Był to dylemat natury psychologicznej – przyznaje nieomalże w duchu Dostojewskiego. Argumentując na koniec, że chodzi nie tylko zachowanie śląskiego przemysłu, lecz i życia podwładnych (w co najtrudniej już uwierzyć, znając co najmniej obojętny, jeśli nie lekceważący stosunek sowieckiej generalicji do przelewania żołnierskiej krwi). Na barkach moich spoczywała w tym wypadku duża odpowiedzialność i przyznam szczerze – choć nie jestem z natury człowiekiem niezdecydowanym – długo się wahałem, rozważając jak postąpić – snuje Koniew dalej swe przydługie rozważania. By wreszcie tak je z ulgą (także dla czytelnika) zakończyć: W wyniku tych rozmyślań podjąłem ostateczną decyzję: nie okrążać nieprzyjaciela, pozostawić mu korytarz do wycofania się z Zagłębia Śląskiego i dobić go potem, gdy znajdzie się w polu. Z czasem życie potwierdziło słuszność tej decyzji.

Przypomnijmy, że te rozmyślania godne Sztyrlica miały jakoby miejsce 24 stycznia – zatem kilka dni po tym, jak decyzja będąca ich przedmiotem niby to została już podjęta. Miało to wszak nastąpić jeszcze 19 stycznia. Według tego samego Koniewa!

Co przeczuł marszałek Koniew

W każdym razie marszałek wydawał się nie mieć wątpliwości, że zadecydował słusznie, zaś wypadki potoczyły się w sposób ściśle odpowiadający jego zamierzeniom. Nic więc dziwnego, że autorzy popularnych opracowań łatwo dawali się ponieść literackiej fantazji i nieraz szarżowali z rozmachem kozackiej kawalerii. Tak było w przypadku Franciszka Bernasa i Julitty Mikulskiej-Bernas w ich książce „Upadek III Rzeszy” z roku 1975:

(...) Koniew decyduje się pozostawić wąskie, liczące nie więcej niż 4-8 km wolne przejście pomiędzy Mikołowem a Tychami, przez które Niemcy mogliby się wycofać z pułapki.

(...) Niczym gigantyczna nagonka, kierująca zwierzę w upatrzonym przez siebie kierunku, wojska radzieckie ze wszystkich stron naciskają na przeciwnika. Niemcy, przerażeni zbliżającą się zewsząd nawałą armii radzieckich, obawiają się, że lada chwila mogą zostać ostatecznie odcięci i zamknięci w wielkim kotle. Nie mogą tylko zrozumieć jednego – jakim cudem tak dotąd precyzyjnie działający przeciwnik mógł dopuścić do pozostawienia im drogi ucieczki w kierunku Sudetów. Nie mają jednak czasu zbyt długo się nad tym zastanawiać. Do głosu doszedł instynkt ratowania własnej skóry, za wszelką cenę.

Nagle, zarówno wśród szeregowych żołnierzy jak i dowódców, przestaje się mówić o obronie. To , co swoją intuicją strategiczną przeczuł marszałek Koniew, staje się faktem. Hitlerowski garnizon Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego porzuca myśl o dalszej obronie, jak też dokonaniu zaplanowanych zniszczeń (na co brakowało już czasu) i rozpoczyna szybki odwrót. Długimi kolumnami wlewa się w wąski korytarz owych „złotych wrót”.

„Złote wrota”? Nie przypominam sobie...

W tym czasie bowiem powszechnie już powtarzano klechdy o „Złotych wrotach”, i to najczęściej pisanych właśnie w ten sposób, z wielkiej litery (albo i z dwóch wielkich – Złote Wrota). Tak miał brzmieć kryptonim wielkiej operacji Koniewa, której kluczowym elementem było pozostawienie Niemcom „wrót” umożliwiających ucieczkę. Kto właściwie wymyślił tę chwytliwą nazwę – nie wiadomo. Lecz wydaje się, że tym kimś nie był sam Koniew. Ten bowiem, zapytany o operację „Złote wrota”, zdziwiony odparł, że... pierwsze słyszy.

– Nie, nie przypominam sobie, nie było takiej operacji. W każdym bądź razie – nie w wykonaniu 1 Frontu Ukraińskiego – wyznał jeszcze w 1969 r. Eugeniuszowi Kostrzewie, w tamtym czasie pierwszemu sekretarzowi ambasady PRL w ZSRR i publicyście „Trybuny Robotniczej”. Mit „Złotych wrót” żył już jednak własnym życiem. Pisano więc o nich w najlepsze przez kolejne lata: znakomita operacja „Złote wrota” opracowana pod osobistym kierunkiem niezapomnianego marszałka Koniewa („Zagłębie” w 1974 r.), słynna operacja „Złote Wrota” („Życie Bytomskie” w 1977 r.), i tak dalej, i tym podobne. Tego typu smaczków w prasie z epoki znaleźć można całe multum, chociażby w 1982 r. taż sama „Trybuna Robotnicza”, która lata wcześniej wydrukowała „dementi” Koniewa, upierała się, iż Operacja okrążająca wykonana przez wojska 1 Frontu Ukraińskiego pod dowództwem marszałka Iwana Koniewa przeszła do historii sztuki wojennej pod kryptonimem „Złote Wrota”. Przyczynił się zresztą do tego i Kostrzewa, który swoją książkę z 1980 r. poświęconą walkom o GOP w 1945 r. mimo wszystko zatytułował... „Operacja »Złote Wrota «”. Wprawdzie już na samym początku cytując Koniewa, przyznającego, że operacji o takim kryptonimie nie było. Nie pomogło jednak i to! Zupełnie jakby dziennikarze o dziełku Kostrzewy może i słyszeli, ale mało który miał je w ręku. A cóż dopiero przeczytał! Na nic zdało się również stwierdzenie samego Jerzego Ziętka, który w przedmowie do „Operacji »Złote Wrota «”, złożywszy obowiązkowe hołdy Armii Czerwonej (a przy okazji... Leonidowi Breżniewowi, który jako oficer polityczny zaplątał się w 1945 r. na sąsiedni odcinek frontu wschodniego), zastrzegł, że „Złote Wrota” nazwali później nieoficjalnie ale trafnie publicyści.

Niejeden dał się nabrać

Kłamstwo powtórzone tyle razy najzwyczajniej w świecie zaczynało brzmieć niczym czysta prawda. Tym bardziej, że na lep fantazji Koniewa dawali się wziąć nawet autorzy z Zachodu. Jak na przykład Christopher Duffy, autor książki „Czerwony szturm na Rzeszę” z 1991 r. (wyd. pol. 2007):

Koniew zdecydował się na rozwiązanie polegające na głębokim manewrze oskrzydlającym, w wyniku którego Zagłębie miało zostać zaatakowane z trzech stron, a Niemcy – zmuszeni do wyjścia na otwartą przestrzeń. Innymi słowy zastosował – tyle, że na większą skalę – technikę, dzięki której zajął wcześniej Kraków (którego zdobycie za sprawą przemyślnego manewru Koniewa jest bliźniaczym mitem rzekomego majstersztyku Iwana Stiepanowicza na Śląsku – przyp. T.B.).

Wersję Koniewa przyjmował też za dobrą monetę Robin Cross („Strącony orzeł” z 1995 r., wyd. pol. 1997)), wtrącając przy okazji swoje trzy grosze do fantazji marszałka:

27 stycznia Rybałko był w stanie odciąć Niemcom drogi ucieczki, ale zazwyczaj bezwzględny Koniew, wbrew otrzymanym instrukcjom, pozostawił im otwartą drogę odwrotu.

Niejeden więc pozwolił się nabrać nawet w XXI wieku. Z pokorą przyznaję, że i ja należałem do takich delikwentów. A do tego, o zgrozo, sam raz czy dwa powtórzyłem te głupoty na gazetowych łamach. Wprawdzie solidnie upewniwszy się wprzódy, czy zachodni autorzy są zgodni co do takiej wersji wydarzeń. A byli! Uznałem więc, że kto jak kto, ale ci to już muszą pisać prawdę i wiedzą przy tym, co piszą! Otóż, jak się okazuje – wcale nie muszą, a i wiedzą niekoniecznie.

Kto zatrzymał czołgi Koniewa

Dla polskich czytelników czasów PRL-u wiedza o tym, dlaczego manewr Koniewa się nie udał, była praktycznie niedostępna. Inaczej niż za Łabą. W RFN jeszcze w 1963 roku ukazała się książka „Walka o Śląsk 1944/1945” Hansa von Ahlfena. Niestety, opracowanie to nie miało szans publikacji w PRL. W książce byłego komendanta Festung Breslau i przy tym bezkompromisowego orędownika niemieckości Śląska nie brakowało bowiem sformułowań nie do przełknięcia przez komunistycznego cenzora (niejedno z nich pobudziło do polemiki jeszcze nawet redaktora polskiego wydania „Walki o Śląsk”, które ukazało się w 2009 r.). Von Ahlfen, mimo iż skupia się na opisach działań bojowych na bliższym mu Dolnym Śląsku, precyzyjnie jednak wymienia niemiecki pododdział, który w decydującym momencie stawił czoła nacierającej czołówce pancernej Koniewa i zdołał ją powstrzymać pod Rybnikiem. A mianowicie baterię przeciwlotniczą I.33, której uzbrojenie stanowiły słynne armaty 88 mm. Ta fenomenalna broń podczas II wojny światowej rozstrzygnęła na niemiecką korzyść niejedno starcie z nieprzyjacielskimi czołgami. Tak też się stało i tym razem. Następnie podchodzące od południowego-zachodu niemieckie posiłki w postaci oddziałów 8 Dywizji Pancernej i 1 Dywizji Narciarskiej zastopowały Rosjan na czas wystarczający do wycofania sił z zarysowującego się kotła w okręgu przemysłowym.

Przebieg tych walk w sposób najbardziej szczegółowy opisuje inny niemiecki autor, Georg Gunter w książce „Ostatni wawrzyn. Geneza i dzieje walk na Górnym Śląsku od stycznia do maja 1945 roku”, która ukazała się w Niemczech w 1974 r. (a jej polskie wydanie dopiero w 2017). Dodatkową zaletą książki Guntera są liczne szkice sytuacyjne, ułatwiające śledzić rozwój sytuacji dzień po dniu. Doskonale widać na nich sunący na południe pancerny taran Koniewa, nieprzypadkowo osadzony w miejscu w takiej a nie innej chwili.

To była porażka. Koniewem zajęło się GRU

W Polsce jednym z pierwszych, którzy zaczęli głosić prawdę o tym, co wydarzyło się na Górnym Śląsku w ostatnich dniach stycznia 1945 roku, był profesor Zygmunt Woźniczka. Nastąpiło to jednak dopiero po latach, w wolnej już Polsce. Uwagi śląskiego historyka rodem z Zagłębia nie uszły odkrycia, jakich w latach 90. XX wieku dokonali jego koledzy z Wojskowego Instytutu Historycznego, penetrujący niemieckie archiwa. Ich badania przyniosły rezultaty tak rewelacyjne, że wręcz szokujące. Jak się okazało, „sukcesy” Koniewa podczas ofensywy styczniowej wywołały ni mniej, ni więcej, tylko gniew Stalina! Wódz nie dość, że nie uznał operacji marszałka za uwieńczone powodzeniem, to jeszcze posądził dowódcę 1 Frontu Ukraińskiego i jego podwładnych o nieudolność w dowodzeniu podczas pierwszej fazy walk, kiedy to nie zdołali okrążyć i zniszczyć wojsk niemieckich nad Wisłą. Wskutek tego Koniewem i podległymi mu oficerami w lutym 1945 r. zajęła się obradująca w Kaliszu specjalna komisja dochodzeniowa Głównego Zarządu Rozpoznawczego Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, czyli osławionego GRU. Przed którą musieli się gęsto tłumaczyć. Tłumaczenia 2 generałów, 5 pułkowników oraz 15 niższych stopniem oficerów nie zdały się na nic i komisja uznała ich winnymi. Samego dowódcę 1 Frontu Ukraińskiego wybronił ponoć marszałek Gieorgij Żukow. Ale Koniew musiał mieć świadomość, że stąpa już po bardzo kruchym lodzie i rozgrzeszenie może okazać się chwilowe.

A może chociaż w posowieckich archiwach zachowały się jednak jakieś dokumenty, które potwierdzałyby wersję Koniewa? Dobre pytanie. Gdyż jakieś kwity i owszem tam są. Tyle, że świadczące o czymś wręcz przeciwnym.

Zadania postawione 24 stycznia 3 armii pancernej gw. i I korpusowi kawalerii gw., dotyczące uderzenia w ogólnym kierunku na Racibórz, a także ponaglenia o przyśpieszenie tempa działań kierowane do dowódców obu tych związków operacyjnych oraz dowódcy 21 armii w dniach następnych wyraźnie wskazują na to, że zasadniczym celem działań było odcięcie 17 armii i jej zniszczenie, nie zaś wyparcie poza Górny Śląsk – ocenia profesor Henryk Stańczyk, autor książki „Walec wojny w południowej Polsce 1944-1945” z 2014 r.

Naukowiec dodaje, iż żaden rozkaz Koniewa z ostatnich dni stycznia dla dowódcy 3 armii pancernej gwardii nawet nie sugeruje, że należy spowolnić natarcie tak, by dać Niemcom szansę wycofania się z terenu grożącego im kotła.

Są natomiast liczne rozkazy wskazujące na to, że nawet po wycofaniu sił głównych 17 Armii z Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego marsz. Koniew nie zrezygnował z ich okrążenia i w dalszym ciągu słał do Rybałki ponaglenia o przyśpieszenie tempa natarcia. Zrezygnował z tego zamiaru dopiero na przełomie stycznia i lutego, kiedy okazało się, że 3 armia pancerna nie jest w stanie w ciągu najbliższych dni przełamać obrony niemieckiej pod Rybnikiem – wskazuje prof. Stańczyk.

Niepowodzenie Koniewa na Górnym Śląsku przypominało to wcześniejsze w łuku Wisły. Prawdopodobnie dlatego marszałek, zastanawiając się co odpowiedzieć inkwizytorom z GRU w przypadku kłopotliwych pytań także i o Śląsk, wykoncypował sobie wykręt o celowym pozostawieniu Niemcom drogi odwrotu. Trudno orzec, czy w tak obmyśloną linię obrony sam w końcu uwierzył, lecz ballada Koniewa okazała się tak epicka, że rychło podchwycili ją propagandyści. Nu i pajechali...

Literatura tematu:

Hans von Ahlfen, „Walka o Śląsk 1944-1945”, Wrocław 2009

Franciszek Bernas, Julitta Mikulska-Bernas, „Upadek III Rzeszy”, Warszawa 1975

Robin Cross, „Strącony orzeł. Ostatnie dni III Rzeszy”, Warszawa 1997

Christopher Duffy, „Czerwony szturm na Rzeszę”, Warszawa 2007

Georg Gunter, „Ostatni wawrzyn. Geneza i dzieje walk na Górnym Śląsku od stycznia do maja 1945 roku”, Oświęcim 2017

Iwan Koniew, „Notatki dowódcy frontu 1943-1945”, Warszawa 1986

Eugeniusz K. Kostrzewa, „Operacja »Złote Wrota«”, Warszawa 1980

Kazimierz Popiołek, „Historia Śląska. Od pradziejów do 1945 roku”, Katowice 1972

Henryk Stańczyk, „Walec wojny w południowej Polsce 1944-1945”, Oświęcim 2014

Zygmunt Woźniczka, „Katowice 1945-1950”, Katowice 2019

Stanisław Ziemba, „Od Katowic do Stalinogrodu”, Kraków 1954

Prasa: „Dziennik Zachodni”, „Trybuna Robotnicza”, „Zagłębie”, „Życie Bytomskie”, „Życie Częstochowy”

Koniew

Może Cię zainteresować:

W 1945 r. kōmandyrowoł hordōm barbarzińcōw, 20 lot niyskorzij bōł ugoszczany jak bohatyr. Marszałek Koniew w Bytōmiu

Autor: Grzegorz Kulik

21/07/2024

Dzień Szakala

Może Cię zainteresować:

Dzień Szakala na Śląsku i w Zagłębiu. Kogo, gdzie i jak zaatakowałby zamachowiec: de Gaulle'a, a może Koniewa?

Autor: Tomasz Borówka

31/01/2025

25 Gwardyjska Brygada Zmechanizowana w natarciu na Prudnik

Może Cię zainteresować:

Na południowy zachód od miasta Opola. Mija 80 lat od wielkiej bitwy na Górnym Śląsku w marcu 1945 roku

Autor: Tomasz Borówka

23/03/2025

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama