Ignatz Ferdinand von Beym. Szarża emerytowanego kawalerzysty na pokłady węgla

Gdy w 1822 roku emerytowany oficer pruskiej kawalerii Ignatz Ferdinand von Beym wystąpił o koncesję górniczą, nie zamierzał budować przemysłowego imperium. Szukał jedynie taniego paliwa dla swojej huty cynku. Założona przez niego kopalnia „Ferdinand” nie tylko zapewniła surowiec dla zakładu, ale w kolejnych dekadach stała się jednym z filarów rozwoju górnośląskiego przemysłu i odegrała ważną rolę w kształtowaniu współczesnych Katowic.

Dawna kopalnia Ferdynand w Katowicach

Od Redakcji:

Nieodżałowany Piotr Fuglewicz na kilka tygodni przed swoją śmiercią przekazał nam do publikacji kolejny cykl artykułów, które miały złożyć się na Jego kolejną książkę - trzeci już po "Cokołach przechodnich" i "Palimpseście Kato" zbiór biografii ważnych, a często nieoczywistych i zapomnianych postaci związanych ze Śląskiem. Tym razem Piotr chciał przypomnieć nam pionierów śląskiego przemysłu. Niestety, za Jego życia zdążył ukazać się jedynie pierwszy odcinek cyklu. Dla uhonorowania pamięci naszego Współpracownika i Przyjaciela publikujemy odcinki kolejne.


W sierpniu 1822 roku do drzwi Królewskiego Urzędu Górniczego w Tarnowskich Górach puka emerytowany oficer pruskiej kawalerii. Nazywa się Ignatz Ferdinand von Beym. Przez lata dowodził żołnierzami z perspektywy końskiego siodła, a teraz zamierza wydobywać węgiel. Wojskowy dryl i umiejętność błyskawicznego podejmowania decyzji pod presją okazują się bezcenne w cywilnym biznesie. Zresztą w ówczesnych Prusach mundur to wciąż najlepszy klucz do urzędowych gabinetów i lukratywnych posad.
Von Beym nie zjawia się jednak z pustymi rękami. Swój kapitał początkowy gromadzi jako faktor solny. Sól to wówczas kluczowy środek konserwujący, a państwo kontroluje jej rynek rygorystycznym monopolem. Praca faktora oznacza codzienne obracanie potężną gotówką oraz ochronę łańcuchów dostaw przed przemytnikami. Posada ta gwarantuje stałe, wyjątkowo wysokie prowizje, które zaradny kapitan inwestuje w nową hutę cynku o nazwie
„Fanny”. Wytapianie cynku z rud galmanu pochłania potężne ilości kalorycznego paliwa.
Kapryśni dostawcy oraz nieustannie skaczące ceny węgla zagrażają płynności finansowej hutniczego przedsięwzięcia. Aby ratować inwestycję, von Beym pilnie szuka własnego, taniego źródła energii. Kopalnia jest dla niego niczym innym, jak tylko niezależnym zapleczem surowcowym.

Droga do własnej kopalni

Ówczesne pruskie prawo górnicze zmusza inwestorów do pozyskiwania państwowej koncesji na wydobycie, bez względu na to, do kogo należy ziemia. Geodeci skrupulatnie mierzą teren, a urzędowi inspektorzy weryfikują mapy. Wybór ostatecznie pada na grunty rolniczej wsi Bogucice, leżącej w granicach Ordynacji Mysłowickiej. Zimą 1823 roku komisja potwierdza obecność węgla, by już wiosną wydać stosowną koncesję. Nowy zakład otrzymuje imię
„Ferdinand”. Ten administracyjny maraton trwa niespełna rok – to tempo, które dobitnie zdradza, jak znakomite kontakty na szczytach władzy ma były kawalerzysta.
Zgłębienie szybów, zakup nowoczesnych pomp i stworzenie całej infrastruktury pochłaniają gigantyczne pieniądze. Aby rozproszyć ryzyko inwestycyjne, von Beym powołuje gwarectwo. Własność zostaje podzielona na 128 tradycyjnych udziałów, zwanych kuksami. Alokacja tych papierów wartościowych to wczesny kapitalizm w pigułce – mieszanka, w której spotykają się dawna arystokracja, żydowski kapitał, nowatorska technologia oraz urzędnicze wpływy. Suweren miejscowych ziem, hrabia Stanisław Mieroszewski, otrzymuje aż 61 udziałów za samą zgodę na wpuszczenie górnictwa na swój teren. Taki układ skutecznie chroni kopalnię przed uciążliwymi pozwami o szkody górnicze. Zamożny kupiec z Tarnowskich Gór, Izaak Freund, wykupuje 29 kuksów. Dwanaście udziałów wędruje z kolei na konto Johanna Friedricha Weddinga. Nie jest to zwykła zapłata, lecz strategiczna inwestycja w najwyższej klasy kapitał ludzki. Wedding budował wcześniej Królewską Odlewnię Żeliwa, doskonale zna technologie wytopu metali i posiada unikalne kompetencje z zakresu hydrogeologii oraz mechaniki. Jego obecność w zarządzie daje zakładowi natychmiastową przewagę na rynku, pozwalając drążyć głębiej i znacznie bezpieczniej. Kasa Bracka, ubezpieczająca górników, otrzymuje cztery kuksy, a dwa pozostają w rezerwie. Sam von Beym zatrzymuje zaledwie dwadzieścia udziałów. Taka proporcja jednoznacznie udowadnia, że nie liczy on na zyski z gwareckich dywidend. Jego cel jest jeden: za wszelką cenę zabezpieczyć tani węgiel dla swojej huty.

Bogucice, nie Katowice

Kopalnia prężnie rośnie w Bogucicach, a jej główny zakład zostaje zlokalizowany na północ od rzeki Rawy. Rzeka stanowi naturalną barierę hydrologiczną – jakakolwiek pomyłka w ocenie wód gruntowych zalałaby drogie szyby i bezpowrotnie zrujnowała projekt. Wbrew obiegowym skojarzeniom, przez cały XIX wiek to rozrastające się przedsiębiorstwo nie ma prawnie nic wspólnego z Katowicami. Błyskawiczny rozwój przemysłu ściąga tu rzesze robotników, którzy szukają pracy i chleba pod ziemią. Dopiero w połowie lat dwudziestych XX wieku polskie państwo administracyjnie włącza bogate w węgiel Bogucice w granice szybko rosnących Katowic.
Działalność zakładu przynosi regionowi zupełnie nowe struktury społeczne. Cztery udziały zarezerwowane dla Kasy Brackiej regularnie zasilają fundusz ubezpieczeniowy, gwarantując renty dla rannych oraz utrzymanie dla sierot po ofiarach tąpnięć. To pragmatyczne, a zarazem rewolucyjne narzędzie stabilizuje nastroje i zatrzymuje wprawnych fachowców w tym niezwykle wycieńczającym zawodzie. Tworzy przy tym niebywały etos solidarności. Kiedy po latach w zaprzyjaźnionej kopalni „Kleofas” wybucha pożar, ramię w ramię z ognia ratuje uwięzionych górników ponad trzystu ochotników – w tym wielu z dawnego „Ferdinanda”.

Od „Ferdinanda” do Muzeum Śląskiego

Zmiany na burzliwych politycznych mapach Europy nie omijają firmowego szyldu. Kopalnia przez równy wiek fedruje w pruskim gorsecie jako „Ferdinand”. Po powrocie Śląska do Polski w 1922 roku nowa administracja łagodnie spolszcza jej nazwę na „Ferdynand”, mądrze zachowując rynkową wartość ugruntowanej marki. Dopiero mocarstwowa retoryka lat trzydziestych narzuca całkowite zerwanie z dawną tradycją i w 1936 roku zakład zostaje przemianowany na Kopalnię „Katowice”. Nazistowska okupacja to krótkotrwały powrót do historycznej formy. Powojenny komunistyczny porządek przywraca urzędowe „Katowice”, by zaledwie kilka lat później, w epoce stalinowskiej, zadekretować zmianę na kopalnię imienia Stalinogrodu (1953-1956). Wreszcie upadek ciężkiego przemysłu wymusza ostateczną fuzję –zakład fedruje jako „Katowice-Kleofas” aż do swojego zamknięcia w 2004 roku.
Dziś podziemne wyrobiska już nie istnieją, a potężne, ceglane wieże szybowe dawno wkomponowano w nowoczesną przestrzeń Muzeum Śląskiego. Pragmatyczna decyzja pruskiego kawalerzysty, który ponad dwieście lat temu po prostu szukał taniego paliwa dla swojej huty, ostatecznie zdefiniowała mapę, historię i społeczeństwo współczesnej śląskiej metropolii.

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama