28 stycznia 2006 roku, w mroźny sobotni wieczór, zawalił się dach hali Międzynarodowych Targów Katowickich. W środku trwała wystawa gołębi pocztowych, jedna z największych w Europie. W chwili katastrofy w obiekcie znajdowało się kilkaset osób. Zginęło 65 ludzi, a ponad 140 zostało rannych. To największa katastrofa budowlana we współczesnej historii Polski.
Śledztwo i późniejsze procesy trwały latami. Biegli wskazywali na błędy projektowe, przeciążenie dachu śniegiem, zaniedbania w utrzymaniu obiektu. Sąd orzekał winy projektantów i zarządców, ale dla rodzin ofiar i dla tych, którzy tamtej nocy ratowali ludzi, żadne orzeczenie nie mogło zamknąć tej historii.
Dziś mija 20 lat od tamtej tragedii. Wspominamy ją inaczej – przez głosy tych, którzy patrzyli na MTK nie tylko przez ekrany, monitory czy wyświetlacze, a przez obiektyw aparatu.
Czterech fotoreporterów, cztery różne perspektywy, cztery różne momenty tej samej katastrofy.
Ireneusz Dorożański: „Tak jak stałem, pojechałem na halę”
To miał być zwykły dzień pracy. Fotoreporter Ireneusz Dorożański fotografował mecz GKS Katowice – tuż obok MTK. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Mecz przestał istnieć.
„Zwinąłem manele i tak jak stałem, pojechałem na halę. I to, o dziś wydaje się nie do wiary – ja tam normalnie wjechałem. Na legitymację prasową. »Dzień dobry, media«, »Proszę tylko nie przeszkadzać«. Podjechałem, zaparkowałem. Dziś byłoby to kompletnie niemożliwe.”
Być może był pierwszym, a na pewno jednym z pierwszych fotoreporterów na miejscu. To, co zobaczył, było czystym chaosem: strażacy, policja, karetki, ludzie biegnący w różnych kierunkach. W tym chaosie zrobił jedno z najbardziej znanych zdjęć tamtej nocy – kobieta w kocu, zakrwawiona, z owiniętą głową, biegnąca bez żadnej kontroli. Trafiło na okładkę „Newsweeka”.
„Takie zdjęcia dziś mogłyby powstać chyba tylko podczas konfliktu zbrojnego. W pierwszych chwilach, zanim służby ogarną sytuację.” – ocenia z perspektywy lat.
Arkadiusz Ławrywianiec: „To było jak wejście na cmentarz”
Ławrywianiec pojawił się na terenie MTK dopiero po zakończeniu akcji ratunkowej. Nie było już syren, krzyków, bieganiny. Została cisza – ciężka, nienaturalna, jakby ktoś wyłączył dźwięk całemu światu.
Reporterzy byli głęboko poruszeni. To było takie wejście prasowe, ale nikt nie miał w sobie tego zwykłego luzu. Zwykle, kiedy spotykamy się na temacie, znamy się, czasem ktoś rzuci żart. A tam – nic. Człowiek wiedział, że stoi prawie na cmentarzu tych 65 osób.
Obszar zniszczeń był ogromny. Gruzowisko ciągnęło się szeroko, jakby cała hala implodowała. Ławrywianiec wspomina, że to właśnie skala milczącej pustki uderzała najmocniej.
– Wrażenie było potężne. Nie było już akcji, ale mówię ci – to się czuło.
Dorożański: „Dziś nie do pomyślenia”
Wkrótce po Dorożańskim na miejsce zaczęli przyjeżdżać inni fotoreporterzy – jak Karina Trojok czy Andrzej Grygiel. Wszyscy szukali sposobu, by zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. I czego skalę trudno było objąć. Wspomnienia Dorożańskiego odzwierciedlają ówczesny sposób myślenia nie tylko jego, ale po prostu wszystkich fotoreporterów działających na miejscu katastrofy:
„Skoro się zawaliło, to trzeba tam wejść, tak? Zrobić zdjęcia ze środka, pokazać jak najmocniejszy materiał. To było myślenie trzydziestoletniego fotografa.”
Oraz tamtej epoki w mediach. Wydawcy i redaktorzy gazet domagali się dramatycznych, nierzadko drastycznych obrazów na czołówki, a fotoedytorzy przekazywali te wymagania na pierwszą linię frontu.
Tę stanowili fotoreporterzy. Kiedy zaczepili strażaka... wpuścił ich!
– Weszliśmy normalnie do środka, w zgliszcza, w gruz – relacjonuje Dorożański. – To nie wyglądało tak, jak może się wydawać tym, którzy tam nie byli. Przebijały się jakieś pojękiwania, ale to nie było tak, że pośrodku hali biegali ludzie. Ci, którzy zdążyli uciec, byli na zewnątrz.
W środku leżał mężczyzna z butelką Coca-Coli w dłoni. Obraz, który dziś byłby niemożliwy do sfotografowania.
„Wszyscy byliśmy w szoku. Adrenalina robi swoje. Tu i teraz jest ważne. Obserwujesz, analizujesz, robisz zdjęcia.”
Bogdan Kułakowski: „Dzień wcześniej jedliśmy kiełbaski”
Bogdan Kułakowski ma perspektywę wyjątkową – był w hali dzień przed zawaleniem. Robił zdjęcia wystawy gołębi. W TEJ hali, która nazajutrz miała runąć. Był głodny, kierowca Kazik też. Zjedli kiełbaski z grilla przed wejściem.
I wtedy Kazik powiedział coś, co po latach brzmi jak złowroga przepowiednia:
„Ty, zobacz, ile oni mają śniegu na dachu. Przecież to się może zawalić.”
Następnego dnia Kułakowski jechał do Siemianowic, kiedy usłyszał syreny i komunikat radiowy o katastrofie. Natychmiast zadzwonił do redakcji i pojechał nie na miejsce tragedii, ale tam, gdzie – jak przewidział – trafią ranni: na izbę przyjęć szpitala w Bogucicach.
„Początkowo nie było nikogo. A potem zaczęły przyjeżdżać karetki.”
Wśród rannych był m.in. trener Górnika Zabrze, Marcin Bochynek – tak pokiereszowany, że Kułakowski go nie poznał.
– Siedzi potwornie pokrwawiony, włosy zlepione zakrzepłą krwią, turban opatrunku na głowie. I na mój widok mówi: „Pan mnie nie poznaje? Przecież pan mnie fotografuje na meczach”. Patrzę – i dopiero wtedy widzę, że to on.
Potem do szpitala przyjechała grupa młodzieży z domu dziecka w Pile – nie są ranni, ale przerażeni o swojego wychowawcę, który został ciężko poszkodowany.
„Personel zrobił im kanapki, ciepłe picie. A większość rannych i tak wozili do Chorzowa, bo skoro targi były w Chorzowie – to tam kierowano karetki.”
Dorożański: „20 lat temu media wyglądały inaczej”
Po pewnym czasie ktoś zorientował się, że w hali jest za dużo reporterów. Wyproszono ich.
„Ktoś z redakcji jeszcze bardzo zabiegał o zdjęcia wynoszonych w workach ciał. Dziś to wydaje się niesmaczne, ale 20 lat temu media wyglądały inaczej. Na szczęście nikomu się to nie udało.” – podkreśla Dorożański z ulgą.
Był potworny mróz. Dorożański nie był przygotowany – przecież chwilę wcześniej siedział na meczu.
„Oszczędzaliśmy jak się dało. Malutkie karty, baterie padały. Ale robiliśmy, co mogliśmy.”
W kolejnych dniach zaczęły pojawiać się w mediach nazwiska ofiar i poszkodowanych. Wśród tych drugich – trener Marcin Bochynek, którego Kułakowski spotkał i sfotografował w katowickim szpitalu.
Arkadiusz Gola: „Już tylko symbolicznie”
Fotoreporter Arkadiusz Gola też nie był na miejscu w chwili katastrofy. Fotografował później – z dystansu, z wysokości, z okien „Żylety”, hotelu przy Bytkowskiej. Patrzył na halę jak na ranę w krajobrazie.
„Ale to już były tylko i wyłącznie fotografie, na których starałem się w jakiś symboliczny sposób pokazać, że doszło tam do tragedii.” – wspomina.
I podkreśla, że najważniejsze zdjęcia zrobił ktoś inny:
– Najlepiej sfotografował to Ireneusz Dorożański. Był tam od razu, w tym mrozie, zanim pojawiły się służby, zanim odgrodzono teren. Fotografował rannych, ludzi wychodzących spod gruzów. Jego zdjęcia były później nagradzane.
Gdyż Dorożański uchwycił katastrofę MTK w najczystszej, ale i przez to najboleśniejszej formie: w chwilach, kiedy tragedia jeszcze trwała. Zadecydowały nie tylko talent i doświadczenie doskonałego fotoreportera, ale i zbieg okoliczności: „Iras” – jak przezywają go koledzy – w chwili katastrofy miał do MTK najbliżej i nie stracił ani chwili, by jak najszybciej tam dotrzeć.
Dorożański: „Czy ta katastrofa naprawdę jest pamiętana?”
Kiedy Dorożański wraca dziś myślami na teren MTK, widzi coś, co trudno mu zaakceptować.
„Po dwudziestu latach możesz odnieść wrażenie, jakby nic tam się nie wydarzyło. Jakby tego miejsca nie było. Świat wrócił do normalnego funkcjonowania.”
Stoi pomnik. I to właściwie tyle.
– Nie wiem, czy ta tragedia jest w świadomości regionu w jakikolwiek sposób… Nie chcę mówić „pielęgnowana”. Ale czy jest pamiętana? - pyta fotoreporter, który TAM WTEDY BYŁ.
Może Cię zainteresować:
Co z terenem po zawalonej hali MTK? W planach jest osiedle mieszkaniowe
Może Cię zainteresować:
