Narodowe Archiwum Cyfrowe
Hiszpańska wojna domowa

Kilka frontów, Uzbekistan, Hiszpania, Francja, Włochy... „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”? Historie śląskich Franków Dolasów są jeszcze bardziej niezwykłe

Kilka frontów, Uzbekistan, Hiszpania, Francja, Włochy... „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”? Historie śląskich Franków Dolasów są jeszcze bardziej niezwykłe

autor artykułu

Dariusz Zalega

Ludzkie losy mogą być bardziej skomplikowane niż wyobrażają to sobie scenarzyści seriali. Tym bardziej na śląskim pograniczu kulturowym.

W kulturze masowej pojawiają się co rusz opowieści o bohaterach pod różnymi sztandarami, którzy są nie tyle maszynami do zabijania, co wywodzą się z łotrzykowskich opowieści w stylu „zabili go i uciekł”. Dokładnie jak w filmie „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. Prześledźmy losy kilku takich śląskich Franków Dolasów.

Na wielbłądach pod Taszkientem

Jan Mierzwa z Zabrza założył mundur armii niemieckiej 1 sierpnia 1914 roku. Rok później był już w niewoli rosyjskiej. Upiekło mu się – trafił do robót leśnych pod Moskwą. Jego ekipa jednak zbuntowała się, żądając obiecanego przydziału tytoniu i skierowano ich aż do Taszkientu. W październiku 1917 roku do jenieckiego baraku weszło czterech żołnierzy z czerwonymi opaskami na rękawach, oświadczając: „Nie jesteście już jeńcami”. Poprosili przy tym uwolnionych o pomoc w walce z Kozakami stacjonującymi w okolicy. W ten sposób Mierzwa znalazł się w szeregach Czerwonej Gwardii.

Walki w środkowej Azji przypominały bardziej te z Dzikiego Zachodu niż z frontów Europy. Potyczki, podchody, pustkowia. Mierzwa przeprawiał się przez Amu-darię, walczył pod miejscowościami o egzotycznych nazwach: Czardżou (Turkmenabat), Kach-kar, Bar-mali, aż w połowie 1919 roku dotarł do twierdzy Kuszka przy granicy z Afganistanem. Wreszcie tutaj udało się zabrzaninowi nieco odetchnąć, a nawet podszkolić z jazdy na wielbłądzie. Wojna jednak ciągle trwała. Wraz ze swym oddziałem udał się do Baku. Potem brał udział w desancie na wyspie na Morzu Kaspijskim i wrócił na wschód walczyć z basmaczami pod Chiwą. Po demobilizacji popracował jeszcze trochę w warsztatach kolejowych w Taszkiencie, zanim wrócił z repatriantami w 1921 roku do Zabrza i do pracy w Fabryce Lin i Drutu Deichsla.

Między rzeźnią i okopami

Richard Mendrok z podbielskich Aleksandrowic w 1914 roku został powołany do II pułku artylerii ciężkiej w Krakowie, ale jako oficer obserwacyjny trafił do niewoli pod Limanową w maju 1915 roku. W obozie jenieckim przebywał do rewolucji rosyjskiej i znalazł się w... Armii Czerwonej. Jak wspominał, „wyjechałem na front do Mińska z 33 pułkiem syberyjskim Krasna Gwardia. Będąc w baterii w Pogorzelcach zostałem przyłapany przez patrol niemiecki, skąd odstawiono mnie do mojego pułku do Krakowa. Po powrocie zostałem ponownie odesłany na front do Włoch, miejsce Udine, gdzie byłem do końca, tj. października 1918 r.

Potem wciąż go nosiło. Gdy wybuchła wojna w Hiszpanii, Mendrok wyjechał walczyć w szeregach Brygad Międzynarodowych jesienią 1936 roku. Został skierowany do 13. baterii przeciwlotniczej, a potem był odpowiedzialny za rzeźnię intendentury brygad w Barcelonie. Po upadku republiki hiszpańskiej znalazł się w obozie internowania we Francji, lecz w 1941 roku reżim Vichy wydał go Niemcom, jako obywatela już Rzeszy, a ci skierowali go do prac przy budowie baz dla łodzi podwodnych w La Rochelle. Z powodu problemów zdrowotnych został zwolniony, ale zaangażował się we francuski ruch oporu. W czerwcu 1943 roku aresztowała go żandarmeria francuska. Trafił do więzienia w Eysses, gdzie 19 lutego 1944 roku doszło do nieudanego buntu więźniów. Mendrok wspominał: „Załadowano nas do wagonu celem wywiezienia do Niemiec, w drodze próbowałem wraz z innymi zbiec, co nam się nie udało, a wtedy zostałem ciężko ranny”. Na szczęście udało mu się doczekać w obozie pod Paryżem wyzwolenia przez Amerykanów.

W grudniu 1948 roku Mendrok wrócił z Francji do Polski wraz żoną – Francuzką i dwójką dzieci. Uznano go za inwalidę i przyznano rentę, niemniej pracował jako majster w Państwowej Przetwórni Mięsa nr 22 w Warszawie. Pozostał w swym fachu. No i z Richarda Mendroka stał się Ryszardem Mędrokiem.

Dezerter z UB

Aby junkersy nie zbombardowały dachu, pod którym śpisz” – tak tłumaczył w liście do ojca Paweł Kleczka powód wyjazdu do Hiszpanii w 1936 roku. Pochodził on z Nowej Wsi, jak kiedyś zwano Wirek, dzisiejszą dzielnicę Rudy Śląskiej. W domu nigdy się nie przelewało, ale gdy przeszła fala masowego bezrobocia w czasach wielkiego kryzysu, to już było strasznie. „Gdy wyrosłem i marzyłem o postawieniu swych pierwszych kroków w życiu, chcąc zejść ojcu z karku i pomóc mu w wyżywieniu rodziny, marzenia te rozbiły się o zamknięte bramy kopalń i hut. Odebrano mi pracę, odebrano mi chleb i tym samym prawo do życia” – pisał potem Paweł w liście do ojca.

Bezrobotny radykał postanowił wyjechać do Hiszpanii. Sam, bez niczyjej pomocy, przedostał się przez Czechy, Austrię i Szwajcarię. W Brygadzie Międzynarodowej im. Dąbrowskiego znalazł się w kompanii CKM. Przeszedł wiele frontów. „Zdyscyplinowany, był wzorem dla innych” – tak oceniało go dowództwo. W lutym 1939 roku z resztą interbrygadzistów przeszedł do Francji, gdzie został internowany.

Rok później zgłosił się do Armii Polskiej we Francji. W szeregach 2. Dywizji Strzelców Pieszych walczył pod Belfort, gdzie 29 czerwca trafił do niemieckiej niewoli, a następnie do obozu pracy przymusowej we Francji. Znów za drutami. W czerwcu 1942 roku udało mu się jednak uciec i postanowił przez półwysep iberyjski przedostać się do armii polskiej w Wielkiej Brytanii. Niestety, Portugalczycy wydali go Hiszpanom. Miesiąc w więzieniu w Salamance, siedem miesięcy w obozie koncentracyjnym w Miranda del Ebro. W marcu 1943 roku, po masowej głodówce, więźniów zwolniono, a Paweł Kleczka przez Gibraltar dotarł w końcu do Anglii. Potem w szeregach 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka przeszedł cały jej szlak bojowy jako kierowca w dywizyjnej kompanii zaopatrzenia. Po demobilizacji, statkiem przypłynął do Gdyni i już 1 lutego 1946 roku był z powrotem w Wirku.

Nowa władza w Polsce potrzebowała kadr. Kierownik wydziału personalnego KC PPR Jadwiga Ludwińska napisała do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa, aby przyjęto „tow. Kleczkę” do pracy. Ale: „proponujemy do Wydziału Przemysłowego. Tow. Kleczka wolałby pracować w swoim zawodzie jako ślusarz”. Nie został jednak ślusarzem. Był młodszym referentem odpowiedzialnym m.in. za kontakty z tajnymi współpracownikami z kopalni „Kleofas”. „Ideowiec, bez nałogów, inteligentny” – charakteryzowali go przełożeni.

Długo jednak nie popracował. 14 czerwca 1947 roku „wyszedł w teren” i nie wrócił. Wysłano za nim list gończy jako za dezerterem. I nic więcej nie wiadomo…

Przeznaczenie marynarza

Tę opowieść rozpocznę od końca. 5 sierpnia 1947 roku do Sądu Grodzkiego w Rybniku wpłynął wniosek Pauliny Kapol o uznanie jej męża za zmarłego. Jak pisała, jej mąż – Józef, w kwietniu 1935 roku wyjechał mówiąc, iż wybiera się do znajomego aptekarza Bałdyka z Żor. U aptekarza się nie pojawił. „Co mogło być przyczyną zniknięcia męża nie mogę się nawet domyśleć, tym bardziej, ze nasze współżycie małżeńskie było poprawne” – dziwiła się pani Paulina.

Cofnijmy się w czasie. Młody Józef Kapol, urodzony w podrybnickim Ochojcu, został zmobilizowany do Cesarskiej Marynarki Wojennej podczas pierwszej wojny światowej. Gdy wybuchła rewolucja w listopadzie 1918 roku, miał być w Kukshaven sekretarzem syndykalistycznego związku marynarzy. Kilka lat później wrócił jednak do Polski – i do żony. Już wiemy, że nie na długo. Wiadomo, marynarz...

Na kolejny jego ślad można było natrafić w Hiszpanii, gdzie przyjechał w grudniu 1937 roku. Towarzyszom podróży miał opowiadać, że „nie był komunistą, ale jeszcze lepszym od komunisty. Mówił jeszcze, że w czasie powstania śląskiego, odmawiał ludzi, by nie szli za Polską, lecz tam gdzie lepiej”. W dokumencie oceniającym Kapola czytamy: „Typ z bardzo bogatą przeszłością polityczno-awanturniczą, demoralizator. Bardzo poważnie podejrzewany o szpiegostwo, podobnież już w Hiszpanii ma współpracowników, on się nie przyznaje”. Podejrzenia oparte były na tym, że jego brat miał być nazistą w Niemczech. Kapol trafił do więzienia brygad międzynarodowych w zamku Castelldefels w Barcelonie, ale udało mu się z niego uciec. I to już ostatni ślad. Ministerialne oświadczenie z 5 marca 1948 roku uznało oficjalnie Józefa Kapola za zmarłego. Czy aby jednak na pewno?

Oczywiście, zapewne Czytelnicy znają dziesiątki podobnych opowieści. Może się Państwo nimi podzielą?

Robotnicy

Może Cię zainteresować:

Czas na fajrant! Tańce, muzykowanie, kino i... szynk. Tak kiedyś wypoczywano po szychcie

Autor: Dariusz Zalega

02/09/2022

Kopalnia i koksownia Gliwice

Może Cię zainteresować:

Dariusz Zalega: Zagłębie mogło zostać Śląskiem. Ciekawy epizod z czasów pruskiego panowania

Autor: Dariusz Zalega

26/08/2022

Epi

Może Cię zainteresować:

Dariusz Zalega: Śląska pandemia, czyli jak górników zdziesiątkowała cholera

Autor: Dariusz Zalega

19/08/2022