Ten park stworzono, by się po nim dostojnie przechadzać w sukniach szurających po trotuarze. Początki Parku Kościuszki w Katowicach sięgają 1888 roku, kiedy na terenie 6 hektarów podmiejskiego lasu uporządkowano teren, tworząc zalążek parku. Niewiele później, bo w latach 1894-1895 zaczęto tworzyć park z prawdziwego zdarzenia - Süd Park (Park Południowy) - już na większej powierzchni. Dziś park ma powierzchnię 56 hektarów.
Obecnie te "peryferia" to praktycznie centrum Katowic, od dzielnicy śródmieście oddziela je tylko autostrada.
Zmieniło się w tym czasie wiele, ale jedno pozostało - urok zabytkowego parku z ponad 100-letnimi drzewami.
To miejsce w sam raz na randkę z metrorowerem. Szybki wypad po pracy albo w weekend, kiedy nie ma chęci na większe wyprawy z własnym sprzętem. A szczególnie teraz, wczesną wiosną, która "wybucha prosto w twarz", jak śpiewa Organek (zresztą synek z Suwałk, który w Katowicach studiował na Akademii Muzycznej w klasie gitary elektrycznej).
Żółtym rowerem żółtą trasą przez Park Kościuszki
Wypożyczam za pomocą apki Nextbike (można to też zrobić przez aplikację Metrorower) żółto-czarny rower na stacji na skwerze przy pierwszym wejściu do parku od strony ul. Kościuszki. W pobliżu parku jest w sumie aż sześć stacji metroroweru!

Przez Park prowadzi, wyasfaltowanym traktem, (żadnego trotuaru!) wygodna żółta trasa rowerowa. Wiedzie mnie najpierw pod symbol parku - Wieżę Spadochronową, która niedawno została wyremontowana i nawet ma iluminację. To z niej 4 września 1939 roku grupa harcerzy podjęła desperacką próbę obrony centrum Katowic przed nacierającymi od południa oddziałami 239 Dywizji Piechoty Wehrmachtu. Wydarzenie to upamiętnia głaz posadowiony przy Wieży.

Później zmierzam ku głównemu placowi Parku, gdzie pyszni się pomnik jego patrona - Tadeusza Kościuszki, odsłonięty w tym miejscu w 1962 roku. Teren nosi jego imię od 1922 roku, gdy Katowice znalazły się w granicach II Rzeczypospolitej.
Mam jechać dalej żółtą trasą do góry, w stronę bardziej dzikiej części parku, ale jakoś kierownica dziwnym trafem skręca mi w stronę ulicy Pięknej, gdzie, na samym skraju Parku, znajduje się kawiarnia Gruba Ciotka. Bo kto powiedział, że porcja lodów musi być nagrodą na zakończenie rajzy rowerem a nie obietnicą resetu na początek? Kochaj siebie - mówią przecież reklamy w tv. Postanawiam skorzystać, i biorę solidną porcję lodów pół na pół: mięta i marakuja. Kosztuje mnie to 9,8 zł.

By delektować się słodyczą zimnego przysmaku i trelami ptaków, rozsiadam się na pobliskiej ławce. Rower ustawiam przed sobą - jest idealnym podnóżkiem. Ciekawe, czy ta czarna łata przy łączeniu rurek jest specjalnie pomyślana, by położyć na niej nogi? Obstawiam, że tak.

Cisna na Wzgórze Beaty!
Teraz pora na najtrudniejszą część rajzy - Park Kościuszki jest pagórkowaty (ciekawostka - przebiega tędy dział wodny, oddzielający dorzecza Wisły i Odry), i żółta trasa prowadzi mnie pod górkę. Nie ma dramatu, to nie Beskidy, a rower ma trzy przerzutki, więc wrzucam "jedynkę" i z godnością XIX-wiecznej damy ruszam pod górkę. Po drodze - orzeźwiający chód starego lasu, do którego nawet taka bujna wiosna dociera z opóźnieniem.
Na samym szczycie Wzgórza Beaty (323,0 m n.p.m.) czeka na mnie nagroda - przyjemność obcowania z najstarszym budynkiem w młodym przecież mieście Katowice. To drewniany kościół z początku XVI wieku pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Oczywiście nie jest to oryginalny katowicki obiekt, gdy go wznoszono, w Katowicach zapewne jeszcze rósł ciemny bór. Historię tego kościoła świetnie opisał na łamach Ślązaga Tomasz Borówka. Niedawno kościół przeszedł gruntowną renowację i teraz jeszcze bardziej cieszy oko.

Tuż przy kościele można obejrzeć atrakcję, która cieszy się wyjątkowym powodzeniem w śnieżne zimy - czyli Górkę Saneczkową.
Chcę teraz zjechać na dół, w stronę galerii rzeźby i placu zabaw, ale od kościoła w dół prowadzi spora artyleria schodów, i choć są tu pochylnie, to tak strome, że chyba tylko downhillowiec by dał radę. Ale nic to, można dojechać tu zarówno od strony Górki Saneczkowej, jak i za kościołem wjechać na drogę rowerową wzdłuż ul. Kościuszki, i w ten sposób, skręcając zaraz w lewo, dotrzeć na polankę. Tu zwykle rządzą dzieci, ale jest środek dnia, więc nie ma rejwachu. Z przyzwyczajenia zaglądam do plenerowej biblioteczki w kształcie wieży szybowej - całkiem zacne pozycje: Bonda, Mróz, Podolski (nie Lukas tylko Mikołaj). Robię objazd polanki dookoła, podziwiając ustawione tu rzeźby oraz pięknie kwitnącą wiśnię.

Bosko pachnąca rabata z hiacyntami
Wracam na drogę rowerową przy Kościuszki i rozwijam całkiem niezłą prędkość, bo droga prowadzi w dół. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie zlustrować najświeższej nowości w Parku Kościuszki - czyli toalety publicznej:-) Rzecz przydatna też dla rowerzystów.

A skoro już tam zajechałam, to robię rundkę wokół placu z okazałymi rzeźbami, m.in. krokodyla, i odkrywam bosko pachnącą rabatę z hiacyntami. Można tu się inhalować z kwadrans.

Jadę jednak dalej, bo czas goni, a trzeba jeszcze się "odbić" na liczniku rowerowym przy Zielonym Oczku. W końcu każdy rowerzysta się liczy!

Za restauracją zbaczam w lewo, by koło Wieży Spadochronowej dojechać do stacji metroroweru, i tym samym zaliczyć pełne koło po Parku Kościuszki.
Oddaję metrorower. Okazuje się, że moja rajza (z przerwą na konsumpcję i podziwianie przyrody) trwała godzinę i 20 minut, co kosztowało mnie zawrotną kwotę 4,5 zł (plus lody).

Gdybym miała więcej czasu, to z Parku Kościuszki szybko można się przemieścić w stronę Leśnego Parku oraz Doliny Trzech Stawów, a tam - spędzić nawet cały dzień na rowerze.
* Partnerem artykułu jest Nextbike
Może Cię zainteresować:

