Obraz "Wieża Babel". Mal. Pieter Bruegel (starszy), 1563 r.

Śląska wieża Babel. Jakimi językami posługiwano się na Śląsku przez tysiąclecia naszej historii

Przez tysiąclecia historii Śląska posługiwano się tutaj całym mnóstwem języków. Nie dziwnego. Śląsk leży na skrzyżowaniu odwiecznych europejskich szlaków, którymi przemieszczały się nie tylko kupcy i armie, ale całe narody. Ludzie przybywali, odchodzili, osiedlali się, zamieszkiwali. I rozmawiali, a odkąd poznali pismo - także pisali i czytali.

Prehistoria: niewiele wiemy

Nie wiemy, jakiego języka czy języków używali pierwsi ludzie, którzy tysiące la temu pojawili się na Śląsku. Nie znali pisma, więc nie istnieją żadne pisane przekazy, w których utrwaliłaby się ich mowa. Być może ludność przedindoeuropejska zostawiła po swoim języku nieco śladów w toponomastyce. Ale niewiele. Praindoeuropejskiego pochodzenia może być nazwa Odry, naszej najważniejszej rzeki. Może jeszcze trochę drobniejszych hydronimów, może parę punktów topograficznych. Ale chodzi o czasy niezwykle dawne. Tak dawne, że nie wiemy, czy istnieje na Śląsku ciągłość zasiedlenia. Nazwę rzeki czy wzgórza ktoś komuś musiałby przekazać. Synowi, córce, wnukom. Albo przybyszowi z obcych stron, ale i z nim trzeba było wpierw spotkać się, odpowiedzieć mu na pytanie "A co to?", "Jak się to nazywa?". Jeżeli jakiś lud znikał z naszych ziem, a dopiero po jego odejściu pojawiali się jego następcy, mówiący innym językiem - wszystkiemu nadawali nowe imiona. Po swojemu.

Języki były przy tym uboższe niż nasz. Jeżeli jego użytkownicy mieszkali na nizinach, nie mieli słów na określenie gór. Jeżeli nie hodowali bydła, nie znali słowa krowa. Jeśli żyli w okolicach,, gdzie nie rosły lasy bukowe, w ich mowie nie występowało słowo buk. Zjawisko to zresztą jest wykorzystywane przez obecnych historyków, nie tylko lingwistów - np. znając zasięg występowania buka w danej epoce dziejów Europy, można śmiało stwierdzić, że lud, który nie nazwał tego drzewa w swoim języku, nie mógł zamieszkiwać na takim terenie.

Pewne wyobrażenie o tym, jak mógł brzmieć język praindoeuropejskich mieszkańców Śląska, mogłoby dać nam spotkanie z przedstawicielami narodów czy grup etnicznych, które się od ich wywodzą bądź są z nimi spokrewnione, a wciąż zamieszkują Europę. Np. Basków czy mieszkańców niektórych rejonów Alp.

Starożytność: jak godali Wandale?

Nieco więcej wiemy już o językach starożytnych mieszkańców Śląska, jak Celtowie i Germanie. Entuzjaści celtyckiej kultury doszukują się celtyckiego pochodzenia wielu nazw na Śląsku. Między innymi Wisły, w której pobrzmiewać ma jakoby to samo "łis", co w whisky (że niby jedno i drugie to woda). Także i w przypadku mowy Celtów mieszkających na Śląsku, języka najbardziej do niej zbliżonego powinniśmy szukać tam, gdzie zachował się we najbliższej do pierwotnej formie (choć oczywiście też już zmienionej w wyniku wielowiekowej ewolucji) - w Irlandii.

Są jednak i tacy, którzy zwracają uwagę na inną nazwę Wisły, której używa średniowieczny historyk Jan Długosz - Wandalus. I wiążą ją nie z Celtami, a ze starożytnym germańskim ludem Wandalów. Germańskim - to nie znaczy niemieckim. I Wandalowie, których jedno ze plemion, Silingowie, najpewniej zamieszkiwało Śląsk, absolutnie nie mówili po niemiecku. A jak? Czasami bardzo podobnie do Słowian, ich następców na Śląsku. Młody Wandal był mlad. Mówili o nim pakole. Miał brata. Pijał milukuo. Bywało mu strach, gdy tma. Baba, zima, hora, potokh, kobyla, dynia, korzen, lopata, kolo - to wszystko wandalskie wyrazy, znaczące dokładnie to samo, co słowiańskie.

Wandalowie zasiedlali Śląsk do Wielkiej Wędrówki ludów, czyli ostatnich dziesięcioleci IV wieku po Chrystusie. A właściwie nawet dłużej, gdyż mimo masowej emigracji Wandalów w granice Imperium Rzymskiego, wielu z nich pozostało na miejscu. Niewykluczone, że właśnie temu zawdzięczamy część słownictwa, które przejęli od nich przybyli na Śląsk w VI wieku Słowianie. Tak przynajmniej głosi tzw. hipoteza allochotoniczna, według której Słowianie są m.in. na Śląsku ludnością napływową; według alternatywnej hipotezy autochtonicznej Słowianie żyją tu od czasów niepamiętnych.

Wczesne średniowiecze: język tutejszych, język przejezdnych, język Kościoła

U progu historii pisanej na Śląsku siedzą więc słowiańskie plemiona, w jakimś tam stopniu zapewne wymieszane z ostatnimi przedstawicielami ludów, które żyły tu wcześniej. Mieszkaniec Śląska mówi językiem, który ma bardzo dużo wspólnego z językiem jego krewniaka z Wielkopolski czy Małopolski (które jeszcze wtedy się tak nie nazywają), ale równie wiele z kuzynami z Czech, Moraw i Słowacji.

A od wschodu i zachodu docierają tutaj obcy kupcy - przede wszystkim Waregowie z Rusi (czyli osiedli tam i z czasem zasymilowani skandynawscy wikingowie) oraz Żydzi. W X wieku w grodzie w Opolu, które leżało przy wielkim szlaku handlowym znad Morza Czarnego, przez Ruś i Kraków, na Pragę i do Europy Zachodniej, zainstalował się piastowski garnizon, którego wojownicy też po części byli wikingami. W rezultacie w tamtejszej karczmie (jej pozostałości odnaleźli archeologowie) słychać było więc nie tylko słowiańską mowę, ale też języku ruski i staronordyjski. Dało się słyszeć też słowa żydowskie, a i arabskie. Żydowscy kupcy handlowali w dużej mierze niewolnikami, przeznaczonymi na bogate dwory islamskich dostojników w Hiszpanii i niewykluczone, że podczas podróży w interesach towarzyszyli im również Maurowie.

Pod koniec X wieku na Śląsk wkroczyła łacina. Przyczyna była oczywista - chrystianizacja w łacińskim obrządku. Ewentualne (jak do tej pory nie udowodnione) próby chrystianizacji Śląska przez emisariuszy Apostołów Moraw, Konstantego-Cyryla i Metodego w propagowanym przez nich obrządku słowiańskim, odbywałyby się w języku rodzimym. Łacina zaczęła być stosowana po pierwsze jako język liturgiczny (część terminologii kościelnej zaadaptowano z czeskiego), po drugie zaś jako język administracji. I w tej drugiej zrobiła zawrotną, choć ograniczoną do elit karierę. Przez całe praktycznie średniowiecze wszystkie akty prawne, wszelkie formułowane na piśmie dokumenty, sporządzane były w języku łacińskim. Po łacinie pisano kroniki i uczone traktaty, po łacinie i łaciny uczono w szkołach. Słowiańskie słowa utrwalone na piśmie w tej epoce to wyjątki i prawdziwe rodzynki - na czele ze słynnym Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, najstarszym zdaniu zapisanym w języku polskim (ej, czy aby nie śląskim?). Nastąpiło to w XIII-wiecznej "Księdze henrykowskiej", której oficjalny tytuł to "Liber fundationis claustri sanctae Mariae Virginis in Heinrichow" - "Księga założenia klasztoru świętej Marii Dziewicy w Henrykowie". Mniej znane, choć zdecydowanie bardziej epickie, są słowa księcia Henryka Pobożnego, które miał wypowiedzieć, uświadomiwszy sobie, że przegrywa bitwę z Mongołami pod Legnicą: Gorze nam się stało. Chronologicznie poprzedzają one nieco zdanie z "Księgi henrykowskiej", lecz znamy je dopiero z późniejszego przekazu.

XIII-XIV wiek: po niemiecku i czesku

Jednak podczas gdy mnich w henrykowskim klasztorze spisuje swoją księgę, na Śląsku upowszechniają się dwa kolejne języki. Jeden za sprawą gospodarki i kultury, a drugi polityki.

Śląscy Piastowie - wpierw książę Henryk Brodaty, a następnie jego potomkowie i krewniacy, wdrażają intensywny program ekonomiczny, który historycy nazwą kolonizacją na prawie niemieckim. Na Śląsku osiedlają się przybysze z Zachodniej Europy, przede wszystkim z różnych krajów niemieckich. Zakładają nowe wsie i miasta. Zapuszczają na Śląsku korzenie, jednak w dużej mierze kultywują ojczystą kulturę i zachowują obyczaje. Oraz oczywiście język. Język zróżnicowany - mówimy tu o rozmaitych dialektach. Na ulicach średniowiecznego Bytomia możny było na przykład usłyszeć fryzyjski. Z dalekiej Fryzji nad Morzem Północnym mogli też wywodzić się przodkowie mieszkańców Wilamowic, z ich niezwykłym etnolektem wymysiöeryś. To unikat, prawdziwy owad w bursztynie (tylko że na szczęście jeszcze żywy), bezcenny relikt średniowiecznej kolonizacji Śląska.

Zarazem niemiecką kulturę sukcesywnie przyjmuje arystokracja i rycerstwo. Henryk Prawy, piastowski książę Wrocławia, pisze dworne pieśni w Mittelhochdeutsch, języku średnio-wysoko-niemieckim.

W późnym średniowieczu Śląsk coraz silniej wiąże się z Czechami. Czescy Przemyślidzi od kilkuset już lat żywią pretensje do kontroli nad Śląskiem, o który rywalizują z władcami Polski. W XIV wieku wahadło zdecydowanie wychyla się w stronę Pragi. Czeski król z nowej dynastii, Jan Luksemburski, wiąże z Czechami większość śląskich księstw. Jego syn, cesarz Karol Luksemburski, przyłącza je do Korony Czeskiej. Z samymi Czechami Śląsk jest związany luźno, ale pewnie. Czeski staje się jednym z języków urzędowych.

Nowożytność: język szkoły, pracy... i Wasserpolnisch

Od XIV do XVIII wieku mieszkańcy Górnego Śląska używają więc już mowy ojczystej (w wieku XVII mówiących w niej zaczyna się nazywać Wasserpolacken, a ją samą - Wasserpolnisch), niemieckiego, czeskiego i łaciny. Elity rozmawiają sobie w pałacach po włosku i francusku, a przy okazji rewolucji przemysłowej XVIII/XIX wieku wkrada się i angielski. Z kolei polski, czysty polski, obecny jest dzięki Kościołowi katolickiemu. Duża część Górnego Śląska podlega diecezji krakowskiej. Na parafiach posługują przeważnie księża kształceni w Krakowie. A i biskupi wrocławscy kładą nacisk na to, by kapłani znali mowę swoich wiernych z ludu. Msze odprawia się oczywiście po łacinie i tak będzie jeszcze przez większość XX stulecia. Od XIII wieku w miastach słychać też jidysz.

Od wieku XVIII ogół Górnoślązaków uczy się niemieckiego. Po podboju Śląska przez Prusy Fryderyka Wielkiego, dzieci zostały objęte powszechnym obowiązkiem szkolnym. Czeskie wpływy zniknęły (aczkolwiek nie zniknęło czeskie dziedzictwo językowe, w śląskiej mowie obecne do dziś). Niemiecki, będący też jakże istotnym na Górnym Śląsku językiem technologii przemysłowej, wzbogacił godkę o słownictwo techniczne. Funkcjonował tu taki sam mechanizm, co w najdawniejszych czasach (i dziś) - gdy język nie posiadał adekwatnego, samodzielnie wykształconego słownictwa, zapożyczał terminy z innego. W tym wypadku niemieckiego, (jak bana, sztrom czy szteker). Przy okazji nabierał też wprawdzie germanizmów, bez których mógłby się obyć (jak gruba i pochodny od niej grubiorz).

Na przełomie XIX i XX wieku pruski system oświaty funkcjonuje wydajnie. Równolegle - za sprawą propolskich działaczy śląskich i polskich towarzystw kulturalnych na Śląsku i polskojęzycznej śląskiej prasy zaczyna być promowana polska kultura i język. Momentami aż nazbyt entuzjastycznie. Polscy redaktorzy nie uznają np. oficjalnych nazw ulic, w efekcie czego Kronprinzestrasse bywa nazywana ulicą Następcy Tronu.

II Rzeczpospolita i PRL: godka wzgardzona

W 1922 roku, po przyłączeniu do Polski wschodniej części Górnego Śląska, która stała się autonomicznym województwem śląskim, jego oświata znalazła się w kompetencjach Sejmu Śląskiego. Forsownie wdrożono polski system oświaty. I wprowadzono polskie kadry. Godka nie była mile widziana w szkole. A już na pewno nie na lekcjach. Dzieci miały uczyć się literackiej polszczyzny i wyłącznie nią się posługiwać. Wywodzący się przeważnie z Polski nauczyciele i urzędnicy oświatowi, wychowani i wykształceni w obcej na Śląsku kulturze, nie przejawiali też w swej masie szacunku dla śląszczyzny. Miejsce lekceważonej godki było w domu, na ulicy, w sklepie (a i to pewno dlatego tylko, że tych obszarów nie dało się kontrolować). Oraz w przemyśle, gdzie zresztą cały czas funkcjonował niemiecki. Górnicze "Glückauf" nadal było co najmniej równie często używane na dole, co "Szczęść Boże". Równolegle funkcjonowało niemieckie szkolnictwo mniejszościowe. Niemieckie szkoły cieszyły się wielką renomą. Polskim władzom z wojewodą Grażyńskim na czele spędzało sen z powiek to, jak wiele dzieci z rodzin powstańców śląskich rodzice posyłają tam do nauki.

Podczas II wojny światowej polski został zepchnięty na margines czy wręcz do podziemia, a godka miała się niewiele lepiej. Dominował niemiecki. Wraz z jeńcami, zmuszonymi do pracy na rzecz III Rzeszy, pojawiły się na Śląsku rosyjski i ukraiński, a nawet włoski. Po tym, jak wraz z Armią Czerwoną wmaszerowała na Śląsk Polska Ludowa, rosyjski wkroczył na wiele lat do szkół. Ale też niewiele poza ich murami zwojował. PRL przejęła zasadnicze założenia polityki oświatowej II RP na Śląsku. W szkole uczono literackiego polskiego i znajomości polskiej literatury. Nawet w nielicznych czytankach o śląskiej tematyce śląskiego było niewiele. Poza obowiązkowym rosyjskim dzieci uczyły się języków obcych - przeważnie angielskiego, czasami francuskiego i - paradoksalnie najrzadziej - niemieckiego. Ten jednak wciąż był obecny w wielu domach, szczególnie na dawnej niemieckiej części Górnego Śląska (dzięki czemu pokolenie lat 40. pozostało dwu-, a uwzględniając godkę, to nawet trójjęzyczne). Z drugiej strony, to tam właśnie coraz powszechniejszy stawał się polski, używany przez Kresowian, którzy napłynęli na Śląsk w wielkiej liczbie. "Goroli", którzy znaleźli pracę w śląskim przemyśle, przybyło zresztą wszędzie (aczkolwiek wielu przyjezdnych w jakimś stopniu asymilowało się językowo, przejmując część śląskiego słownictwa). Rozbudowujące się Tychy czy Jastrzębie-Zdrój radykalnie odmieniły swe oblicze etniczne, a co za tym idzie i językowe.

Godomy durch

W XX wieku praktycznie wyszły na Śląsku z użycia łacina i jidysz, znane już tylko nielicznym i stosowane już w zasadzie tylko ceremonialnie bądź specjalistycznie (łacina przez prawników i medyków).

W XXI wieku za sprawą internetu ugruntował swoją pozycję angielski. Na Śląsk wchodzi na coraz bardziej dostrzegalną skalę ukraiński. Godka doczekała wolnej, III RP. Czyli z jednej strony edukacji regionalnej, a z drugiej zażartej wojny o oficjalne uznanie jej - etnolektu śląskiego - za język śląski. I to jej się chyba należy, chociażby za wykazane przez wieki umiejętności przetrwania.