Są aktorzy, którzy budują swoją drogę przez szkoły teatralne, castingi i sceny instytucjonalne. I są tacy, którzy wyrastają z konkretnego miejsca, z jego języka, historii i bólu. Sławomir Rosowski należy do tej drugiej grupy – aktorów, których nie sposób oddzielić od Śląska. Jego aktorstwo nie jest techniką, lecz pamięcią. Nie tyle zawodem – który Rosowski uprawia zresztą od stosunkowo niedawna – co świadectwem.
W rozmowie ze Ślązagiem Rosowski opowiada o tym, jak dorastanie w domu o mieszanych korzeniach, lata pracy na kopalni Ziemowit oraz spotkanie z pisarzem Alojzym Lyską ukształtowały jego drogę artystyczną. A przede wszystkim – jak monodram „Godajom mi Helmut” stał się dla niego już nie tylko rolą, lecz przeżyciem, które wciąż na nowo otwiera rodzinne historie i pozwala widzom odnaleźć własne.
Jak rodzinne historie stały się rolą
Rosowski przyznaje, że już na drugiej stronie scenariusza „Helmuta” zrozumiał, że nie będzie grał obcej postaci. Że w pewnym senie będzie opowiadał historię swojej własnej rodziny. Rozstanie z ojcem w listopadzie 1944 roku wyglądało niemal identycznie.vScena pożegnania na dworcu w Mysłowicach – jeden z najmocniejszych momentów monodramu – dla Rosowskiego nie jest aktorstwem. To moment, w którym „drżą mu nogi”, bo żegna się jakby z kimś naprawdę bliskim.
Matka pojawia się więc nawet w jego snach związanych ze spektaklem – w tej samej kuchni, którą widzowie znają ze scenografii „Helmuta”. To właśnie ta przenikająca się przestrzeń – między rolą a pamięcią – sprawia, że Rosowski mówi: „na scenie nie gram, tylko wspominam”.
Ojciec „gorol”, który nauczył go śląskiej mowy
Paradoksalnie to nie matka, rodowita Ślązaczka, lecz ojciec z Bydgoszczy nauczył Rosowskiego pierwszych śląskich słów. Jako sztygar na kopalni musiał przyswoić gwarę, by dogadać się z górnikami „na grubie” – i tę mowę przekazał synowi.
Ojciec przestrzegał go przed pracą pod ziemią, grożąc nawet, że „poszczuje go psami”, jeśli spotka go na kopalni. Rosowski jednak trafił do górnictwa i spędził tam 32 lata. To doświadczenie – realne, ciężkie, codzienne – stało się fundamentem jego aktorstwa. Dzięki niemu wie, jak wygląda śląska psychika, czym jest milczenie, czym jest strach, czym jest solidarność. I dlatego Helmut jest wiarygodny.
„Tam nie było teatru, tam było życie” – mówi o kopalni Rosowski.
Spotkanie z Alojzym Lyską. Początek drogi
Droga Rosowskiego do roli Helmuta zaczęła się od… kalendarza górniczego. Przed laty cała załoga kopalni Ziemowit czekała na każde wydanie legendarnego już dziś periodyku, na którego łamach Alojzy Lysko opisywał historię i kulturę Śląska. Później Rosowski słyszał o nim od kolegów – jego dawnych uczniów – którzy wspominali teatralne metody nauczania Lyski, jak choćby wskakiwanie podczas lekcji na ławkę i odgrywanie pracy kombajnu ścianowego.
Decydujący moment dla pisarz i aktora nastąpił, gdy Lysko zobaczył Rosowskiego w spektaklu o strajku na kopalni Piast, czyli „Wilijo na poziomie 650”. Zaprosił go potem na herbatę, a w połowie spotkania powiedział wprost: „chcę, żebyś zagrał Helmuta”. Rosowski nie od razu uwierzył w swoje siy i to, czy uniesie ciężar takiej roli. Lysko zaproponował więc plan małych kroków: przygotują tylko pierwszy akt i sprawdzą reakcję publiczności w Bojszowach. Po tym teście nie było już wątpliwości – Rosowski do tego stopna uwewnętrznił sobie historię Helmuta, że postać ta przestała być dla niego wyłącznie teatralną rolą.
„Głośna cisza” widowni
Rosowski mówi o zjawisku, które towarzyszy każdemu występowi: „głośna cisza”. To nie jest brak reakcji – to moment, w którym widownia „w duszy opowiada historię własnych rodzin” razem z aktorem.
Ta cisza jest identyczna zarówno na Śląsku, jak i i w Warszawie. W domu kultury na Ursynowie Rosowski zastanawiał się, czy nie zmienić scen scenariusza, które mogłyby budzić kontrowersje – ale zagrał bez zmian. Publiczność przeżyła spektakl w „niesamowitej ciszy”, a po występie podeszły do niego osoby z Wielkopolski, mówiąc: „u nas podobne historie nie są obce”. To dowód, że „Helmut” jest opowieścią lokalną, ale jednocześnie uniwersalną. O traumie, milczeniu, języku, pamięci i godności.
Nie tylko Helmut. Aktorstwo wyrastające ze Śląska
Choć „Helmut” jest jego najważniejszą rolą, Rosowski grał wcześniej w spektaklach Marcina Melona – farsach, jednoaktówkach i inscenizacjach o komisarzu Hanusiku. Występował także w spektaklu dokumentalnym „na poziomie 650”, który stał się przepustką do spotkania z Lyską. Jego aktorstwo jest jednak zawsze zakorzenione w tym samym: w śląskiej pamięci, w języku, w doświadczeniu kopalni, w rodzinnych historiach, które przez lata były tematem tabu.\
W tym kontekście Rosowski jawi się nam nie tylko jako aktor w klasycznym sensie. On jest świadkiem. Jego role – od strajkującego górnika po Helmuta – są formą opowiadania historii, któredługo były przemilczane. Dlatego widzowie reagują ciszą. Dlatego płaczą. Dlatego wracają. Gdyż „Helmut” nie jest spektaklem. Jest rozmową – między aktorem a widownią, między przeszłością a teraźniejszością, między pamięcią a zapomnieniem. A Sławomir Rosowski jest jednym z najważniejszych tej rozmowy aktorów.


