9 kwietnia mija kolejna rocznica śmierci Alfreda Szklarskiego – jednego z najbardziej wpływowych polskich pisarzy literatury młodzieżowej, twórcy kultowego cyklu o Tomku Wilmowskim, który wychował całe pokolenia czytelników spragnionych przygody i dalekich podróży. Choć urodził się w Chicago, a w młodości tułał się między Polską a Stanami Zjednoczonymi, to właśnie Katowice stały się jego miejscem na ziemi. Zamieszkał tu w 1945 roku i pozostał aż do śmierci w 1992, tworząc wszystkie swoje najważniejsze książki w modernistycznej kamienicy przy ul. Jordana 13a.
Szklarski był postacią niezwykle barwną: żołnierzem Armii Krajowej, uczestnikiem powstania warszawskiego, redaktorem Wydawnictwa „Śląsk”, poliglotą i erudytą. Jego twórczość – choć geograficznie rozpięta od Australii po Amerykę Południową – powstawała w całości w Katowicach, mieście, które wybrał świadomie i którego nie chciał już nigdy opuścić. To tutaj napisał nie tylko cykl o Tomku, ale także Trylogię indiańską, współtworzoną z żoną Krystyną, w której pobrzmiewają echa śląskiej wrażliwości na los ludzi walczących o własną tożsamość.
Dziś Katowice pielęgnują pamięć o pisarzu, a jego duch wciąż obecny jest w mieście – w gabinecie pamięci w Bibliotece Śląskiej, w wystawie „Na tropie Tomka” w Muzeum Śląskim, w popiersiu na Koszutce i w nazwie ulicy na Bażantowie. Ale przede wszystkim w książkach, które wciąż inspirują młodych czytelników do patrzenia na świat z ciekawością i odwagą.
Zapomniana powieść o Katowicach
Choć Alfred Szklarski zapisał się w zbiorowej pamięci przede wszystkim jako twórca przygód Tomka Wilmowskiego, to w jego dorobku znajduje się jeszcze jedna powieść młodzieżowa – „Sobowtór profesora Rawy”. Książka, wydana w 1963 roku, pozostaje w cieniu słynnego cyklu podróżniczego, a niesłusznie: to jedna z najciekawszych literackich panoram Katowic lat 60., napisana przez człowieka, który znał to miasto jak własną kieszeń.
W przeciwieństwie do egzotycznych wypraw Tomka, akcja „Sobowtóra…” toczy się tu, na Śląsku, w przestrzeni, którą Szklarski oglądał codziennie z okien swojej modernistycznej kamienicy przy Jordana. Katowice profesora Rawy są miastem w budowie, pulsującą metropolią, pełną neonów, bruku, modernistycznych gmachów i przemysłowych pejzaży. To Katowice z nowym dworcem kolejowym, z powstającym „Zenitem”, z brukowaną Kościuszki, z tramwajami linii 16, z kolejką wąskotorową biegnącą spod Wujka aż po Ferrum. To także Katowice z willami Brynowa, z parkiem Kościuszki, z jego rododendronami, daliami, legendą wieży spadochronowej i tajemniczymi podziemiami dawnej kopalni „Beata”.
Szklarski odtwarza te miejsca z niezwykłą precyzją – jak ktoś, kto nie tylko mieszkał w mieście, ale je kochał. Profesor Rawa, jego bohater, patrzy na Katowice z sympatią i dumą, widząc w nich „miniaturę europejskich metropolii”. To spojrzenie samego autora: człowieka, który po wojnie wybrał Katowice na swoje miejsce do życia i twórczości.
„Sobowtór profesora Rawy” jest więc czymś więcej niż sensacyjną powieścią z elementami science fiction. To literacki dokument epoki, zapis miasta, którego już nie ma – z brukiem, z pijalnią piwa przy Kościuszki 33a, z kawiarnią Orbis w hotelu Monopol, z willami Różyckiego, z kolejką wąskotorową i z nieistniejącym już spichlerzem z Gołkowic stojącym w parku.
To Katowice widziane oczami pisarza, który – choć pisał o Australii, Afryce i Ameryce – najbardziej zakorzeniony był właśnie tutaj.

Yellowstone, Żółty Kamień i śląski trop
W ostatnich latach świat zachwycił się serialem „Yellowstone”, epicką sagą o ranczu Duttonów, rodzinie, ziemi i dziedzictwie. Wydaje się to odległe od Śląska – a jednak istnieje zaskakujący most między Montaną a Katowicami. I prowadzi on wprost do twórczości Alfreda Szklarskiego.
W swojej Trylogii indiańskiej „Złoto Gór Czarnych” Szklarski (wspólnie z żoną Krystyną, której imponujący research współtworzył całość) stworzył jedną z najpełniejszych w polskiej literaturze opowieści o rdzennych mieszkańcach Ameryki. To historia Dakotów – ich kultury, wierzeń, tragedii i walki o przetrwanie. W centrum tej opowieści stoi Przebiegły Wąż, a później jego syn, wojownik o imieniu… Żółty Kamień.
I tu pojawia się niezwykła zbieżność: Żółty Kamień to po angielsku Yellowstone. Imię, które dziś kojarzymy z serialem Sheridana, Szklarski nadał swojemu bohaterowi już w latach 70. XX wieku.
Żółty Kamień u Szklarskiego jest postacią tragiczną i symboliczną – wojownikiem, który w bitwie nad Little Bighorn zabija generała Custera, ginąc jak bohater. Jego imię pochodzi od grudki złota, „żółtego kamienia”, który dla Indian staje się metaforą nienawiści i zguby przyniesionej przez białych. To literacka licentia poetica, ale też mocny symbol, który Szklarski wykorzystuje, by opowiedzieć o zderzeniu kultur i o tragedii rdzennych ludów Ameryki.
Co ciekawe, w historii rzeczywiście istniał wojownik o podobnym imieniu – Czejen Żółty Nos, uczestnik bitwy nad Little Bighorn, który zdobył proporzec 7. Pułku Kawalerii. Szklarski mógł znać tę historię, podobnie jak mógł znać indiańskie imię wodza Galla – Pizi, oznaczające „gorycz” i „żółć”. W jego powieści złoto staje się talizmanem, w którym zaklęta jest nienawiść do białych – emocja, która ma pomóc Dakotom przetrwać. To wszystko pokazuje, jak głęboko autor zanurzył się w kulturze Indian i jak świadomie budował symbolikę.
Dlatego zestawienie „Yellowstone” z „Żółtym Kamieniem” nie jest przypadkową grą słów. To symboliczny dialog między współczesną popkulturą a śląskim pisarzem, który pół wieku temu opowiadał o tych samych wartościach: o ziemi, dziedzictwie, pamięci i walce o tożsamość.

Alegoria Śląska w „Złocie Gór Czarnych”?
W centrum Trylogii indiańskiej Alfreda Szklarskiego znajduje się miejsce szczególne – Góry Czarne, kraina Dakotów, przestrzeń walki, pamięci i utraconego świata. To właśnie tam rozgrywa się najważniejszy dramat sagi, tam rodzi się symboliczne „złoto”, które staje się przekleństwem i błogosławieństwem jednocześnie. I tu pojawia się pytanie, którego chyba dotąd nikt głośno nie postawił:
czy Szklarski nie umieścił w samym sercu tej trylogii alegorii Śląska – ziemi, na którą trafił po tragedii Powstania Warszawskiego?
Biografia pisarza autorstwa Jarosława Molendy - Alfred Szklarski sprzedaca marzeń - daje do tego mocne podstawy.
Po upadku powstania Szklarski stracił wszystko. Żona z trzymiesięcznym dzieckiem tułała się przez obozy, trafiła do niemieckiego folwarku pod Łodzią. On sam – chory na gruźlicę, wyczerpany, pozbawiony dachu nad głową – odnalazł rodzinę dopiero po czterech dniach poszukiwań. Gdy wrócili do Warszawy, okazało się, że nie mają już nic. „Zaczynamy życie od nowa” – pisał.
I zaczęli. Ale nie w Warszawie. Nie w Łodzi czy gdzie indziej. Wybrali Śląsk.
Dlaczego? Molenda podaje kilka tropów: że na Śląsku mieszkała rodzina żony, region dawał większą szansę na stabilizację, a Katowice stały się po wojnie jednym z najważniejszych ośrodków kulturalnych w kraju, bo miasto nie zostało zniszczone, miało wolne mieszkania i infrastrukturę. A może przede wszystkim – tutaj Szklarski był anonimowy, bezpieczny, daleko od warszawskich rozliczeń i podejrzeń. W każdym razie do czasu.
To właśnie na Śląsku – w Katowicach – Szklarski (mimo przeszkód – w tym artykule pomijam wątek skazania i więzienia za publikowanie w gadzinowej prasie) odbudował swoje życie. Tu znalazł pracę, tu zaczął pisać na nowo, tu powstały wszystkie jego najważniejsze książki.
I teraz wróćmy do Gór Czarnych.
W trylogii sa one surową przestrzenią metafizycznej przemiany i miejscem, gdzie rodzi się nowa tożsamość, gdzie bohaterowie próbują ocalić pamięć i przetrwać mimo katastrofy. Czy to nie brzmi jak emocjonalny krajobraz człowieka, który przeżył Powstanie Warszawskie, stracił dom, rodzinny świat, a potem musiał zbudować wszystko od początku – właśnie na Śląsku?
Złoto w powieści – przeklęty, żółty kamień – jest symbolem bólu, gniewu, pamięci o krzywdzie. Ale Góry Czarne są też miejscem przetrwania i odrodzenia głównego bohatera.
Tak samo Śląsk był dla Szklarskiego ziemią obcą, a jednak przyjmującą. Surową, ale dającą schronienie, miejscem, gdzie mógł zacząć od nowa i gdzie mógł pisać o wolności, tożsamości i narodzie – w sposób zakamuflowany, ale czytelny dla uważnych.
Nic dziwnego, że krytycy widzą w Trylogii indiańskiej ukryte wątki niepodległościowe, przemycone pod okiem cenzury. A jeśli tak – to Góry Czarne mogą być czymś więcej niż geograficzną scenerią.
Mogą być Śląskiem w przebraniu. Ziemią, która ocalała, gdy inne światy runęły. Ziemią, która pozwoliła Szklarskiemu przetrwać – i pisać.

Góry Czarne i Śląsk? Zaskakujące ale logiczne
W Ostatniej walce Dakotów Alfred Szklarski opisuje Góry Czarne z niezwykłą czułością i namysłem. To nie jest tylko sceneria. To emocjonalny krajobraz, przestrzeń, która ma znaczenie symboliczne. Tak pisze o nich sam autor:
„Za Złymi Ziemiami leżały Góry Czarne, które według legend indiańskich stanowiły tajemniczą krainę duchów. (…) W Górach Czarnych przestałoby wreszcie gnębić uciekinierów widmo głodu. (…) Wreszcie w lasach Gór Czarnych można było zaopatrzyć się w drągi na szkielety do tipi…”
To opis miejsca, które jest bezpieczne, życiodajne, pełne zasobów, odizolowane od świata cierpienia. Ostatniej ostoi dla tych, którzy przeszli przez piekło.
Czy Szklarski świadomie stworzył alegorię? Tego nie wiemy. Ale wiemy, że jego emocjonalna biografia i emocjonalna geografia Trylogii indiańskiej układają się w zaskakująco spójny obraz.
I może dlatego właśnie serce trylogii bije w Górach Czarnych – bo tam Szklarski umieścił własne doświadczenie: doświadczenie człowieka, który stracił wszystko, a potem znalazł nową ziemię, na której mógł żyć, pisać i ocaleć. Góry Czarne są dla Indian miejscem, gdzie można przetrwać po katastrofie. Śląsk był takim miejscem dla niego samego.
Ale to jeszcze nie wszystko. Kolejna analogia Gór Czarnych i Śląska (też Czarnego) nasuwa się przecież w sposób nieodparty.
Czarne złoto Gór Czarnych
W przypisie do Ostatniej walki Dakotów Alfred Szklarski precyzyjnie opisuje Góry Czarne (Black Hills):
„Góry Czarne (Black Hills)… liczne bogactwa naturalne: złoto, srebro, węgiel kamienny, wolfram, kwarc. (…) Góry Czarne były uważane przez Indian za uświęcone miejsce, w którym mieszkają duchy oraz cienie wymarłych zwierząt i potworów.”
Ten przypis – suchy, encyklopedyczny – ma swoją wagę. Bo pokazuje, że Black Hills to nie tylko sceneria indiańskiej sagi. To region górniczy. I to w dużej mierze region wydobycia węgla kamiennego.
A teraz spójrzmy na fakty historyczne. Black Hills były jednym z najważniejszych ośrodków górniczych w USA. Wokół kopalń powstały miasta takie jak Lead, Deadwood czy Newcastle – centra wydobycia i przetwórstwa. Region rozwijał się dzięki górnictwu, a jego gospodarka przez dekady opierała się na surowcach. Brzmi znajomo? To przecież Śląsk.
I teraz nagle wszystko zaczyna się układać. Szklarski po wojnie trafia właśnie na Śląsk – region górniczy, surowy, ale stabilny. Góry Czarne w jego powieści są miejscem ocalenia, ale też miejscem bogactw naturalnych, w tym węgla kamiennego. Black Hills i Śląsk łączy nie tylko symbolika, ale i struktura gospodarcza, krajobraz kulturowy, mitologia pracy i przetrwania.
To nie jest przypadek. To jest literacki rezonans. Góry Czarne u Szklarskiego są święte i pełne duchów przeszłości, bogate w surowce i naznaczone tragedią. Są przestrzenią, gdzie toczy się walka o przetrwanie i miejscem, które daje siłę, ale wymaga hartu. Śląsk – zwłaszcza powojenny – był dokładnie taki sam.
I teraz, gdy zestawimy to z biografią pisarza: człowieka po traumie Powstania, który stracił wszystko poza rodziną, który musiał znaleźć nową ziemię i który trafił do regionu górniczego, gdzie odnalazł stabilizację oraz sens życia. I który właśnie tu napisał swoją najdojrzalszą, najbardziej symboliczną trylogię…
…to pytanie, które stawiamy, przestaje być śmiałą hipotezą, a staje się prawdopodobną interpretacją:
Czy Góry Czarne nie są w istocie literackim cieniem Śląska? Czy nie są jego metaforą – surową, górniczą, tragiczną, ale dającą ocalenie?
Szklarski nigdy tego nie powiedział wprost. Ale jego życie i jego literatura mówią to za niego.
Powstanie Dakotów i Powstanie Warszawskie
I jeszcze coś.
W Złocie Gór Czarnych Szklarscy podkreślają, że wielkie powstanie Dakotów w Minnesocie – dramatyczny bunt przeciw amerykańskiej ekspansji – trwało od sierpnia do października 1862 roku.
To właśnie ten zryw zmusił przodków Żółtego Kamienia do ucieczki na zachód, aż do Dakoty Południowej, gdzie leżą Góry Czarne – ich ostatnia ostoja.
A teraz spójrzmy na daty:
- Powstanie Dakotów: sierpień–październik 1862
- Powstanie Warszawskie: sierpień–październik 1944
Dwa powstania i dwie katastrofy. Dwie walki o przetrwanie, a potem dwie tułaczki po klęsce, w drodze ku nowej ziemi.
Czy Szklarski – Warszawiak, który stracił wszystko i musiał uciekać – mógł nie zauważyć tej zbieżności? Czy mógł nie poczuć, że historia Dakotów jest w pewnym sensie jego własną historią?
Wiele na to wskazuje. Dakotowie uciekają po sierpniowym powstaniu i Szklarski ucieka po sierpniowym powstaniu. Dakotowie tracą swój świat, swoje domy, swoje ziemie. Szklarski traci Warszawę, rodzinny świat, cały dobytek. Dakotowie wędrują przez Złe Ziemie, ścigani przez kawalerię. Szklarski wędruje przez GG, szukając żony i dziecka.
A wreszcie Dakotowie znajdują ocalenie w Górach Czarnych – krainie duchów, kopalin, górników, ostoi. Szklarski znajduje ocalenie na Śląsku – ditto. Ta paralela jest tak wyraźna, że trudno ją uznać za przypadek.
Zwłaszcza że Szklarski – jak podkreślała jego córka – rozumiał Indian, bo sam był emigrantem politycznym, człowiekiem wypędzonym przez historię. Co więcej, jego trylogia pełna jest ukrytych wątków niepodległościowych, które krytycy odczytują jako zakamuflowaną opowieść o Polsce pod jarzmem PRL-u.
I dlatego pytanie, które stawiam w tym artykule, jest nie tylko uprawnione – jest konieczne:
Czy „Złoto Gór Czarnych” jest zakamuflowaną opowieścią o losie powstańca warszawskiego, który odnalazł swoje Góry Czarne na Śląsku?
Wszystkie tropy
– biograficzne, historyczne, symboliczne, geograficzne – prowadzą
w tę stronę.
Nasze własne góry czarne
Alfred Szklarski nigdy nie powiedział wprost, że w Górach Czarnych ukrył własną historię –człowieka dotkniętego przez wojnę, który by ocaleć, musiał znaleźć nowe miejsce na ziemi. Ale kiedy czytamy jego trylogię z perspektywy biografii, Katowic i śląskiego doświadczenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że ta opowieść jest czymś więcej niż rekonstrukcją dziejów Dakotów. To także zapis losu pisarza, który po sierpniowej katastrofie 1944 roku sam przeszedł przez swoje „Złe Ziemie”, by odnaleźć własne Góry Czarne.
Dlatego w rocznicę jego śmierci warto spojrzeć na Szklarskiego nie tylko jak na autora „Tomka”, ale jak na twórcę, który potrafił w literaturze zaszyć własną pamięć, traumę i ocalenie. A także jak na pisarza, który – choć pisał o Dakotach – najgłębiej zakorzenił się właśnie tutaj, na Śląsku. Tu żył, tu tworzył, tu odnalazł spokój. I być może dlatego jego Góry Czarne tak mocno przypominają nasze. Przecież góry to kopalnie.
Może Cię zainteresować:
Serial „Yellowstone” a Śląsk. Ranczo, Dziki Zachód, Indianie i Żółty Kamień z Katowic
Może Cię zainteresować:
