Kattowitz

Czy Śląsk był kiedyś ładniejszy? Na pewno w jednej dziedzinie był - budownictwa przemysłowego. A co z resztą? Pisze Roman Balczarek

Ilekroć spoglądam na przedwojenne zdjęcia Śląska, czytam o XIX-wiecznych towarzystwach upiększania miast albo po prostu spaceruję ulicami Bytomia, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dawniej estetyka znaczyła więcej. I dyć gust jest jak rzyć – każdy ma własną, ale nie trzeba być najostrzejszą kredką w piórniku, by zauważyć, że współczesna architektura użytkowa rzadko sili się na piękno, a często wręcz ostentacyjnie je ignoruje. Ale czy kiedyś faktycznie było tu ładniej? I tak, i nie.

Codzienne piękno

Gazownia w Tarnowskich Górach
Gazownia w Tarnowskich Górach

Oto gazownia miejska w Tarnowskich Górach. Zdjęcie – jak podpowiada nam napis na zbiorniku – zostało wykonane po roku 1910, ale jeszcze przed wybuchem Wielkiej Wojny. I co widzimy na tej fotografii? Bogato zdobiony zbiornik, dwukolorowe kachle ułożone we wzór oraz lajste o kwiatowym motywie na ścianie. Zapewne większość czytelników zgodzi się z tym, że to co jest na zdjęciu było „ładne”. Ale przecież wcale nie musiało taki być.

Gazownia miała przede wszystkim spełniać swoją funkcję, a walory estetyczne mogły być jedynie dodatkiem. Choć koniecznym. Kachle, piece i zbiorniki były produktami masowymi, a jednak widzimy, że ówczesne społeczeństwo żyło w przekonaniu, że pomieszczenie zakładu przemysłowego może wyglądać niczym łazienka w bogatym mieszkaniu czy nawet dworku. Skoro ludzie spędzają w zakładzie osiem czy dziesięć godzin dziennie, to zasługują na „codzienne piękno”.

Dobrze ujął to brytyjski pisarz Sheehan Quirke w swoim eseju How Did The World Get So Ugly?, analizując projekt pierwszych lamp elektrycznych w Londynie (a przy okazji na świecie), zauważył, że ich twórcy wcale nie aspirowali do miana wielkich artystów. Chcieli po prostu, by przedmiot był ładny i interesujący, a przede wszystkim – by nie był nudny. W tej prostej zasadzie kryje się cała prawda o ówczesnym świecie, w którym estetyka była po prostu higieną codzienności.

Piękna Belle Epoque

Gazownia miejska w Tarnowskich Górach, Hala Targowa w Królewskiej Hucie, zabudowania kopalni Ferdynand (dzisiejsze Muzeum Śląskie) czy poczta w Gliwicach. Wszystkie te obiekty są dziećmi Belle Époque, czy „pięknej epoki", Przypada ona na lata 1871–1918, od zjednoczenia Niemiec do końca I wojny światowej i stanowi finałowy akord tak zwanego „długiego wieku XIX”, który rozpoczął się jeszcze w roku 1789, wraz z rewolucją francuską.

Nazywa się ją tak głównie ze względu na relatywną stabilizację polityki europejskiej oraz ogromny skok technologiczny, który pociągnął za sobą poprawę jakości życia, ale lubię też dodawać, że Belle Époque, zdominowana stylistycznie przez secesję, była czasem, w którym panowało silne przekonanie, że otaczający nas świat musi być sumą codziennego piękna.

I chociaż możemy- bardzo słusznie swoją drogą- zauważyć, że wspaniałe budowle powstawały niemal od zarania cywilizacji, to właśnie w XIX wieku estetyzacja przestała być domeną wyłącznie prywatnego majątku: od pałaców magnatów po ręcznie zdobione skrzynie posagowe chłopstwa. To piękno przelało się do sfery życia publicznego: stało się dobrem wspólnym, państwowym i zakładowym. Pierwsze wielkie fortuny przemysłowe oraz rodzący się nowoczesny aparat biurokratyczny miały środki, by wdrażać estetykę w każdy wytwór swojej działalności. I o ironio - żyjemy dziś w czasach, w których te fortuny jeszcze bardziej stać na budowę pięknych rzeczy.

Jednocześnie w XIX-wiecznych Prusach obserwujemy rozkwit stowarzyszeń zajmujących się tworzeniem parków, skwerów i ogrodów. Dochodzi do tego wszechobecna pruska pomnikomania. Jednym słowem: piękno opuściło pałace i kościoły, by wyjść na ulice.

Nie tak piękna Belle Epoque

W tym miejscu muszę przeprosić Cię, drogi Czytelniku, jeśli podczas lektury poprzedniego akapitu kręciłeś głową z niedowierzaniem. Ale tak trzeba było zacząć. Wszystko, co napisałem, choć jest prawdą, stanowi jedynie pewien wycinek rzeczywistości – wizytówkę, która starała się zdominować postrzeganie świata nawet tam, gdzie jeszcze nie dotarła.

Obok każdego placyku z dumnym pomnikiem wiktorii Niemiec nad Francją, obok każdej pięknej łaźni na grubie i obok każdego nowego ratusza na rynku, istniał inny świat. Waląca się zabudowa szachulcowa, gnijące drewniane domy, grząskie, nieutwardzone uliczki i zapomniane wiejskie drogi. Warunki sanitarne – mimo wyhamowania wielkich epidemii – pozostawiały wiele do życzenia, a średnią długość życia skutecznie obniżała śmiertelność niemowląt oraz częste wypadki w pracy.

Mieszkańcy kamienic czynszowych o kanalizacji mogli marzyć aż do XX wieku, a i wtedy przez lata ubikacje znajdowały się na półpiętrach. Chociaż, oddając sprawiedliwość, i tak bywało tam przestronniej niż w dzisiejszych mikrokawalerkach (i z pewnością taniej, ale to temat na inną rozmowę). No i nie zapominajmy o najważniejszym: wszechobecnej epidemii alkoholizmu, o której opowiem Wam szerzej w najbliższym czasie.

Poza tym, nie łudźmy się – nie każdy zakład przemysłowy wyglądał tak, jakby projektował go architekt Małego Wersalu. Zwłaszcza huty prezentowały się nieciekawie; tam, ze względu na ekstremalne warunki, mało kto dbał o dekoracje. Większość hal miała ognioodporne klepiska, a piece rzadko kiedy widywały ozdoby. A wspominałem już o wszechobecnym duszącym dymie, skutecznie ograniczającym widoczność i wydobywającym się z gazowni, maszyn parowych, kopalni, elektrociepłowni i hut?

Mimo tego wszystkiego, gdy w tamtym świecie powstawały obiekty użytku publicznego czy domowego, zazwyczaj towarzyszyła im jakaś myśl estetyczna. Weźmy za przykład gmach poczty w Chorzowie. Zbudowano go pod koniec XIX wieku, a w 1911 roku rozbudowano o słynną, ażurową wieżę. Szczyt nowoczesności połączony z tradycyjnym stylem.

Owa wieża nie była jedynie ozdobą – w uproszczeniu pełniła funkcję anteny telegraficznej. Dla ówczesnych inżynierów i architektów nie było problemu w znalezieniu kompromisu między technologią a estetyką. Wiedzieli to, o czym my czasem zapominamy: każda technologia w końcu się zestarzeje i stanie się bezużyteczna, ale dobry design pozostanie ponadczasowy.

Myślenie historyczne

O jednej rzeczy chciałbym jeszcze pomówić, zanim minie nam czas. O tym, jak zamiłowanie do neogotyku niekoniecznie musi iść w parze z szacunkiem dla gotyku prawdziwego.

Wiek XIX jest bez wątpienia wiekiem architektury historycznej, czyli takiej, która nawiązuje do dawnych stylów. Od antycznych, renesansowych i klasycystycznych inspiracji, po style romańskie, gotyckie i manierystyczne – nie zapominając, że w międzyczasie trzeba było wymyślić coś własnego, czyli secesję. Ale to, że wybuduje się neogotycki kościół w Reptach albo przerobi wrocławski Ratusz na „bardziej gotycki niż oryginał”, nie znaczy wcale, że jednocześnie dba się o oryginalną tkankę historyczną.

Jednym z aspektów rozwoju społeczeństw jest wytworzenie myślenia historycznego. Ludzkość zaczynała bez tej perspektywy; człowiek pierwotny wręcz buntował się przeciw historii, tworząc powtarzalne święta i naśladując odradzający się cykl natury. Dla starożytnych czymś absolutnie naturalnym było poczucie, że świat, w którym się rodzą, jest mniej więcej tym samym światem, w którym przyszli na świat ich dziadkowie i w którym narodzą się ich dzieci. Dopiero później stopniowo oswajaliśmy się z myślą, że żyjemy w pewnym ciągu przyczynowo-skutkowym, a rzeczywistość ulega nieustannym zmianom.

Niewątpliwa zasługa leży tu po stronie chrześcijaństwa, które nauczając swych wiernych, dzieliło minione dzieje na czasy przedpotopowe, starotestamentowe i najważniejsze – Chrystusowe, by płynnie przejść do teraźniejszości z jasnym oczekiwaniem przyszłości: paruzji (ponownego przyjścia Mesjasza) oraz wydarzeń apokaliptycznych.

Wracając jednak na Śląsk: kilka pokoleń temu ludzie żyli tu już w poczuciu zmienności dziejów, a rewolucja przemysłowa oraz industrializacja drastycznie przyspieszyły tę perspektywę. Ale to, że jesteśmy świadomi przeszłości, nie znaczy, że z automatu nadajemy jej wartość. Przez stulecia historię traktowano jako „nauczycielkę życia”, ale jej fizyczne świadectwa nie były specjalnie cenione. Po prostu nie byliśmy jeszcze na tym etapie rozwoju. Zresztą pierwsze muzea we współczesnym rozumieniu tego słowa to dopiero przełom XVIII i XIX wieku.

Paradoks niszczenia

Tuż obok budowanych z rozmachem gmachów Belle Époque powoli rozpadały się stare budowle. Remonty odbywały się wyłącznie po pożarach lub gdy konstrukcje groziły zawaleniem z nielicznymi wyjątkami. Miasta w XIX wieku miały się otwierać na nowoczesność, więc bez sentymentów burzono mury miejskie pamiętające średniowiecze, baszty oraz bramy. Rozbierano zamki, zasypywano fosy i zamykano rzeki w kamiennych korytach.

Nie widziano problemu z demontażem najbardziej okazałego, barokowego prospektu organowego w kościele św. Marii Magdaleny we Wrocławiu, który składał się z ruchomych figur cherubinów bijących w kotły i grających na anielskich trąbach. Nikt nie płakał za wyburzeniem w Tarnowskich Górach budynku ratusza, który pełnił tę funkcję przez niemalże 300 lat. Gdy w Starych Tarnowicach budowano nowy kościół w roku 1900, prawie wyburzono starą XIV-wieczną świątynię, bo na co ona komu, jak będzie teraz nowy kościół.

Pierwsze urzędy konserwatorskie powstały we Francji (1830) i w Anglii (1877), a i tak skupiały się one na ratowaniu najstarszego dziedzictwa, często deprecjonując nowożytność. A co dopiero u nas, na Śląsku. W 1839 roku w Cieszynie średniowieczna Rotunda św. Mikołaja została zasypana ziemią do 1/3 swojej pierwotnej wysokości, a dodatkowo przebudowana w stylu klasycystycznym, by udawać coś „ładniejszego”. Dopiero na przełomie lat 40. i 50. XX wieku przywrócono jej pierwotny wygląd.

Kaplica zamkowa, Cieszyn
Kaplica zamkowa, Cieszyn

Chociaż jest to paradoksem, że w czasach, w których budowano niesamowite konstrukcje nawiązujące do przeszłości, mało kto garnął się do ratowania prawdziwych zabytków, musimy po prostu zrozumieć, że minione społeczeństwo inaczej patrzyło na otaczający je świat.

Nic nie stoi na przeszkodzie

Nie wiem, czy Śląsk wyglądał kiedyś ładniej. Na pewno te 200 lat temu nie było problemu ze zrujnowanymi zakładami przemysłowymi. Było mniej ruin niż obecnie, bo też nie budowano tak trwale jak w dwóch ubiegłych wiekach. Z drugiej strony wiele zabytków nie wyglądało (poza dniami swojej nowości) tak dobrze jak dzisiaj.

W przypadku Katowic nie ma chyba wątpliwości, że wyglądają one teraz najlepiej w swojej historii. Mało które miasto w Polsce ma takie szczęście do architektury współczesnej, która po prostu gra z całością otoczenia. Ale z kolei patrząc na Bytom, Świony czy Rudę Śląską, nietrudno o wniosek, że kiedyś było tam zapewne o wiele ładniej. Chociaż trzeba jasno podkreślić: najgorsze, czyli lata 90., już chyba za nami.

Jednak patrząc na współczesne budynki przemysłowe, werdykt musi być jednoznaczny: tak brzydko jeszcze nigdy nie było. Korporacje i firmy zrezygnowały w pełni z walorów estetycznych w zakładach oraz halach. Jest brzydko, depresyjnie i ze szkodą dla wszystkich. A najgorsze, że te firmy stać na to, aby zrobić coś dobrego dla pracowników oraz społeczeństwa. Z obecną technologią nic nie stoi na przeszkodzie, aby budować równie pięknie, jak robili to niektórzy nasi przodkowie. I tu nawet nie chodzi o życie w muzeum – bo tego się nie da zrobić. Chodzi po prostu o funkcjonalizm z koniecznym dodatkiem estetycznym.

Te same korporacje, które przed laty zrezygnowały z budowania estetycznych zakładów, dziś zalewają nas bylejakością – od wyposażenia wnętrz, po całe osiedla i galerie handlowe. Codzienne piękno zostało wyparte przez surową estetykę, będącą jedynie fasadą minimalizmu. Współczesne domy, samochody i przedmioty użytkowe projektuje się wyłącznie pod dyktando dwóch funkcji: użyteczności i łatwości sprzedaży. Coraz więcej wokół nas bieli, czerni i szarości, bo to kolory bezpieczne i neutralne – budzą niechęć u najmniejszego odsetka odbiorców. Zamiast dawać nam przedmioty, które cieszą oko i poprawiają humor swoim designem, oferuje nam się to, co nie odrzuca. I choć to logiczne, to po ludzku po prostu przykre.

Rynek w Bytomiu w latach 90.

Może Cię zainteresować:

Bytom sprzed blisko 30 lat jak na Google Street View. Zielony Rynek, niebieska biblioteka i miasto, którego już nie ma

Autor: Maciej Poloczek

15/02/2026

Serial "Ołowiane dzieci", Netflix

Może Cię zainteresować:

„Ołowiane dzieci”: Gdy śląska trauma staje się globalnym hitem. Serial Netfliksa recenzuje Piotr Fuglewicz

Autor: Piotr Fuglewicz

14/02/2026

Conieco Tarnowskie Gory

Może Cię zainteresować:

Conieco, czyli jak niemiecki fast food próbował podbić Górny Śląsk. Pierwsze restauracje otworzył w Chorzowie i Tarnowskich Górach

Autor: Roman Balczarek

01/02/2026