W dobie algorytmizacji kultury, gdzie decyzje o produkcji podejmuje się często na podstawie „big data”, „Ołowiane dzieci” jawią się jako intrygująca hybryda. Z jednej strony otrzymujemy intymny portret dr Jolanty Wadowskiej-Król, postaci ikonicznej dla Katowic-Szopienic; z drugiej – uniwersalną przypowieść sformatowaną tak, by poruszyć widza w USA, Brazylii czy Korei. Warto zatem przyjrzeć się, czy konieczność przetłumaczenia tej lokalnej historii na język popkultury nie odbyła się kosztem historycznej prawdy.
Serce w pyle: Joanna Kulig i ciężar gatunku
Fundamentem opowieści jest postać dr Wadowskiej-Król. Choć scenariusz, zgodnie z regułami gatunku „whistleblower drama”, izoluje bohaterkę, czyniąc z niej samotną wojowniczkę na wzór Erin Brockovich, to psychologiczna prawda o tej postaci pozostaje nienaruszona. Joanna Kulig unika pułapki hagiografii, oddając „wewnętrzny ogień” i determinację zwykłej kobiety – lekarki, która staje przed tragicznym dylematem: leczyć dzieci tylko po to, by wracały do środowiska, które je zabija.
Najważniejszym mandatem wiarygodności stała się reakcja rodziny pierwowzoru – córka lekarki po premierze przyznała, że twórcom udało się uchwycić istotę osobowości jej matki. Stało się to możliwe mimo licznych fabularnych przeinaczeń, wprowadzonych na potrzeby dramaturgii.
W rzeczywistości nikt nie spalił lekarce Trabanta, ona sama nie była w ciąży, cieszyła się ogromnym szacunkiem kobiet na osiedlu, a na pierwszą ewakuację do sanatorium zgłosiło się sto procent dzieci.
Seans nie należy do łatwych. „Ołowiane dzieci” to obraz bezlitosny – „New York Times” ostrzega wręcz przed przytłaczającym klimatem produkcji. Clint Worthington na łamach serwisu RogerEbert.com argumentuje jednak, że ten ciężar jest uzasadniony: „Ten ton jest niezbędny, by oddać desperację i kruchość ludzkiej wytrzymałości, którą ten miniserial zgłębia”. Porównując dzieło do „Czarnobyla”, krytyk podkreśla, że brudna estetyka i znakomita gra Kulig tworzą obraz, od którego – mimo bólu – nie sposób oderwać wzroku.
Mrok ten jest ściśle związany z topografią serialu. Szopienice nie są tu tylko tłem; są aktywnym bohaterem. Termin „Śląski Czarnobyl”, choć historycznie jest anachronizmem (akcja toczy się dekadę przed katastrofą elektrowni), trafnie oddaje intencje twórców. Z dbałością o detale odtworzono atmosferę dusznego, zapylonego miasta, gdzie huta jest jednocześnie żywicielką i morderczynią.
Bohaterowie i czarne charaktery
O ile postać protagonistki broni się w starciu z faktami, o tyle portret antagonistów bywa dyskusyjny.
Zdzisław Grudzień (Zbigniew Zamachowski), postać historyczna o złożonym życiorysie, został w serialu zredukowany do roli jednowymiarowego despoty. Dla widza zagranicznego, nieznającego niuansów PZPR, Grudzień musiał stać się czytelnym symbolem opresji. Podobnie fikcyjna postać oficera SB, Huberta Niedzieli (Michał Żurawski), służy podkręceniu tempa i wprowadzeniu elementów thrillera.
To momenty, w których wierność historyczna ustępuje miejsca wymogom „binge-watchingu” – potrzebie utrzymania napięcia za wszelką cenę. Również fakt, że dr Wadowska-Król rozpoczęła badania kilka miesięcy po wizycie Breżniewa w Katowicach, został przesunięty w czasie, by służyć dramaturgii. Dla polskiego widza wiarygodność wątku polityczno-esbeckiego może budzić skojarzenia z filmem o Edwardzie Gierku – nieco kabaretowym z istoty – ale trzeba przyznać, że ten wymyślony konflikt skutecznie napędza akcję.
Ciąg dalszy recenzji znajdziesz pod polecanymi artykułami
Jeszcze więcej materiałów na temat serialu "Ołowiane dzieci" w ŚLĄZAGU:
- Jaki Śląsk pokazują „Ołowiane dzieci”? Serial Netflixa a prawda o PRL‑u. Recenzja
- Maciej Pieprzyca, reżyser "Ołowianych dzieci": Starałem się dobrze i emocjonalnie opowiedzieć tę historię
- Wnuk profesorki z "Ołowianych dzieci": To opowieść strasznie krzywdząca i niesprawiedliwa. Uderza nie tylko w historyczną prawdę, lecz także w dziedzictwo mojej babci, prof. Bożeny Hager-Małeckiej
- "Najfajniej jest grać zróżnicowane postacie, bo wtedy jest kolorowo." Michał Żurawski o pracy na planie "Ołowianych dzieci" Netflixa
Ekofeminizm czy polska rzeczywistość?
Zachodnia krytyka chętnie filtruje serial przez pryzmat ekofeminizmu. Choć brzmi to jak modna nakładka, w przypadku „Ołowianych dzieci” ten trop jest trafny i organiczny. W realiach PRL to mężczyźni zarządzali przemysłem, a kobiety – lekarki, pielęgniarki, matki – ponosiły zdrowotne i społeczne konsekwencje tych decyzji.
Joanna Kulig ucieleśnia archetyp „troskliwej wojowniczki”, której działania wynikają z biologicznego imperatywu ochrony życia; jest „Siłaczką” nowej generacji. Serial trafnie oddaje też specyfikę śląskich domów robotniczych, w których panował faktyczny matriarchat: górnik i hutnik zarabiali pieniądze, ale to żony zarządzały budżetem i decydowały o większości spraw rodzinnych.
To właśnie odróżnia polską produkcję od amerykańskich odpowiedników. W przeciwieństwie do filmowej Erin Brockovich, dr Wadowska-Król jest częścią systemu, z którym walczy. Co więcej, serial – wierny historii – nie oferuje taniego happy endu. Dzieci zostają uratowane, ale huta truje dalej. Ten brak „hollywoodzkiego finału” paradoksalnie stał się atutem w oczach globalnej widowni.
Zagwozdka globalizacji
Strategia „glocal” Netflixa zadziałała niemal perfekcyjnie. Widzowie w Wielkiej Brytanii czy USA odczytują tę historię przez pryzmat walki o ekologię i prawa kobiet, traktując realia PRL jako egzotyczną scenografię. W Polsce serial pełni funkcję tożsamościową i rozliczeniową, co jednak nie obyło się bez zgrzytów. Przy pewnych uproszczeniach, jak ograniczenie języka śląskiego dla lepszej komunikatywności, produkcja powiela stereotyp Śląska jako krainy wyłącznie biedy i patologii.
W tym aspekcie twórcy minęli się z prawdą materialną. Scenarzysta ze scenografem zignorowali fakt, że w 1974 roku hutnik zarabiał kilkukrotnie więcej niż wynosiła średnia krajowa, a dzięki specjalnej dystrybucji miał dostęp do dóbr luksusowych, jak na tamte czasy. Również wnętrza śląskich mieszkań słynęły z nienagannej czystości, co stoi w sprzeczności z filmowym brudem.
Te odstępstwa od prawdy wywołały ożywioną dyskusję w środowiskach śląskich, które po raz kolejny poczuły się marginalizowane przez kulturę popularną. Reakcją na wytykanie owych błędów ze strony części ogólnopolskiej widowni był dość nieuprzejmy atak na lokalne wartości i „czepialstwo”. Pozostaje jednak gorzka świadomość, że w 190 krajach widzowie utrwalą sobie obraz polskich, nie śląskich robotników jako wulgarnych, wiecznie pijanych postaci snujących się po szarych podwórkach. Taka jest cena globalizacji.
Podsumowując, „Ołowiane dzieci” to dzieło o wysokiej wiarygodności psychologicznej. Nawet jeśli rzeczywistość została uproszczona na potrzeby thrillera, rdzeń opowieści – prawda o heroizmie w nieludzkim systemie – pozostaje nienaruszony. Sukces w ponad 100 krajach dowodzi, że opowiedziana szczerze lokalna historia ma siłę przebicia murów kulturowych, stając się ważnym głosem w debacie o kosztach postępu.


