Brutalizm to nurt architektury późnego modernizmu zapoczątkowany w końcówce lat 40. XX wieku. Swoją nazwę wziął od francuskiego pojęcia „béton brut” oznaczającego surowy, nieobrobiony beton. „Brutale” charakteryzują się surową, masywną formą pozbawioną elementów dekoracyjnych. Taki był też najsłynniejszy katowicki „brutal”, czyli dawny dworzec kolejowy.
Katowicki „brutal” zaprojektowany przez warszawskie „tygrysy”
Powstał według projektu warszawskich „tygrysów”, czyli wybitnych architektów: Wacława Kłyszewskiego, Jerzego Mokrzyńskiego i Eugeniusza Wierzbickiego. Zaprojektowali oni budowlę funkcjonalną, nowoczesną i wyrazistą. Główny gmach był dwukondygnacyjny - długi na 144, szeroki na 54 i wysoki na 14,5 metra.
Dolny poziom przeznaczony był dla podróżnych przybywających na stację samochodami, wyposażony był m.in. w poczekalnię, kasy czy przechowalnię bagażu. Górny poziom dworca zaprojektowano z myślą o użytkownikach transportu publicznego i pieszych – tam powstał wysoki na 7,5 metra hol z poczekalniami, kasami czy kawiarnią. Prowadziła do niego długa estakada, a pod nią znajdowały się przystanki komunikacji miejskiej.
Projekt konstrukcji został opracowany przez Wacława Zalewskiego, uważanego za jednego z najzdolniejszych i najbardziej innowacyjnych konstruktorów tamtego czasu (był autorem m.in. konstrukcji hali Spodek czy warszawskiego Supersamu). To on wymyślił strukturę wspartą na ustawionych w dwóch rzędach żelbetowych kielichach. Podstawę każdego z nich stanowił słup o kwadratowym przekroju, który przy dachu rozszerzał się na cztery strony, a rozpiętość czaszy każdego kielicha wynosiła ponad 18 metrów. To na nich wspierały się stropy oraz dach dworca, pomiędzy nimi znalazły się przeszklone elewacje.
15 lat temu, 11 stycznia 2011 roku, runął ostatni z żelbetowych kielichów
Budowę nowego katowickiego dworca, przy ulicach 3 Maja i Stawowej, ukończono w 1972 roku. Był to kluczowy węzeł komunikacji kolejowej na Górnym Śląsku, a dziennie mógł obsłużyć 25 tys. pasażerów. Dwa lata po jego otwarciu, w 1974 roku, ze stacji skorzystało 200 mln pasażerów.
Dworzec jednak nigdy nie był remontowany i ulegał degradacji. W latach 90. zaczął obrastać przypadkowymi dobudówkami, budkami czy straganami. Przez chwilę była nawet mowa o remoncie gmachu, który miał się rozpocząć w 2008 roku. Wybrano jednak wyburzenie… Rozbiórka rozpoczęła się 22 grudnia 2010 roku, a ostatni z kultowych żelbetowych kielichów runął 11 stycznia 2011 roku.
Potwierdziliście, że katowicki „brutal” nadal budzi emocje
Ponad dwa tygodnie temu (27 grudnia 2025 r.), w 15. rocznicę rozbiórki, przypomnieliśmy katowickiego „brutala”. Napisaliśmy wówczas, że nadal budzi on emocje, a wy, drodzy czytelnicy ŚLĄZAGA, to potwierdziliście. Post na Facebooku na ten temat zyskał ponad tysiąc reakcji i zostawiliście blisko 170 komentarzy. Jest o genialnej architekturze, smrodzie i brudzie, ale nie tylko…
Nasza czytelniczka Jolanta wspomina schody „wykończone były metalowymi listwami, o które podczas schodzenia zaczepiało się obcasem i leciało na pysk”. Pisze także o straganach „z chińskimi majtkami innym badziewiem na całej estakadzie, wstyd jak cholera”, dodaje, że pamięta „czekanie na autobus na tym placu, upał, smród spalin, i topiący się asfalt, zero ławki, zero”.
W odpowiedzi Jakub napisał, że „smród spalin to jest dopiero teraz, w holu dworca i w Galerii Katowickiej z podziemnego parkingu i przystanków autobusowych. Na przystanku tramwajowym nadal brak ławki i zadaszenia. Schody ruchome na dworcu nie działają, tablice odjazdów też popsute”.
Mirosława dodała, że tęskni za dawnym dworcem, „tym bardziej teraz, jak przyjezdni mnie pytają gdzie jest dworzec PKP w Katowicach”. Zaś Barbara dodała, że „przedtem był więcej widoczny a i autobusowy dworzec był obok i to było pewne udogodnienie gdyby tak go odrestaurowali byłby również piękny bo widoczny”.
Paweł, odnosząc się do dworcowej estakady, napisał, że nienawidził tych „pieprzonych płyt”. I dodał „zawsze miałem wrażenie, że w końcu trafię na taką, która będzie zbyt obluzowana i będę mieć twarde lądowanie na asfalcie lub dachu jakiegoś busa”. Z kolei Tomek napisał, że po tej estakadzie zdarzało mu się nawet rowerem jeździć.
„Był ciekawą bryłą, a te wszystkie wady, to efekt braku dbałości o obiekt”
Alina napisała, że wyburzony dworzec „był ciekawą bryłą, a te wszystkie wady, to efekt braku dbałości o obiekt”. Dodała, że „przecież smród, stragany i brudne zaniedbane schody, to nie był zaprojektowany efekt, tylko zaniedbanie”. Żałuje starego dworca, bo „teraz mamy handel w okropnej bulwie i zero przestrzeni. A komunikacja miejska został rozproszona po wielu miejscach i trudno wytłumaczyć czasem skąd się można dostać w jakieś miejsca autobusem czy tramwajem”.
Ewa dodała, że „gdyby stary dworzec odrestaurować z pewnością robiłby wspaniałe wrażenie. Głównie dlatego, że był wyeksponowany i wokół było dużo przestrzeni. Obecny przylega do galerii i to jest syndromem naszych czasów, gdzie grunt jest kosmicznie drogi i każdy metr kwadratowy w mieście jest wykorzystany”.
Bogdan stwierdził, że „to był dworzec przez duże „D” - miał duszę oraz specyficznym tryb życia, które na nim trwało 24 h przez 365 dni. Poczekalnia dla młodzieży szkolnej, izba matki z dzieckiem, salon żołnierski, placówka MO, sklepy Pewex, Cepelia, itp. Kultowy bar z ciemnym piwem, restauracja z palmami. Dzisiaj to dworzec przez małe „d”, gdzie liczy się tylko komercja, a nie wygoda i dobro podróżnych”.
„Zero sentymentu do śmierdzącego obleśnego starego dworca. Jego czas słusznie przeminął”
Dariusz odpowiedział, że „owszem, żal kilku bud z żarciem za grosze, kilku fajnych stanowisk z tanimi książkami, ale budynek to był syf brud i ubóstwo. Przynajmniej ok. 2005 w górę, może wcześniej było lepiej”. Zaś Bartek napisał, że ma „zero sentymentu do śmierdzącego obleśnego starego dworca. Jego czas słusznie przeminął”. Przemo dodał, że „to był doprawdy piękny dzień, gdy opresyjny koszmar moderno-polo poszedł w drobiazgi”. Maciej napisał, że pamięta dobrze „ten śmierdzący, obszczany dworzec ze śpiącymi menelami w śpiworach i dodał, że „dobrze że już tego syfu nie ma”.
Jolanta zaznaczyła, że „architektura była ładniejsza niż dzisiaj, było jaśniej przestronnie a teraz ciemno i wygląda to jak trumna i pasuje do tej ciemności i nie wiem komu się to podoba ta ciasnota brak przestrzeni”. Zenon odpowiedział, że „teraz jest o niebo jaśniej i przyjemniej. Nie ma żadnego porównania. Były pewne rzeczy, które były lepsze, ale ogólne wrażenie jest teraz lepsze. No i działają schody ruchome, bo tamte na perony to długi czas były tylko atrapą. Choć te też przez pewien czas szwankowały”.
Wiele komentarzy dotyczyło brudu i smrodu, a Dorota przypomniała, że kiedyś „było czysto, ciepło i przyjemnie”, a „później coś się porobiło i nikt o nic nie dbał, poczekalnie opanowali bezdomni i gołębie i zrobiło się bardzo bardzo nieprzyjemni. A starczyło tylko posprzątać i wyremontować, a nie rozwalić wszystko i postawić taka szkaradę”.
Adam stwierdził, że „był zaniedbany i śmierdzący, ale charakterystyczny i architektonicznie piękny. To handlowe paskudztwo, które stoi teraz nadaje się tylko do wyburzenia: ani to ładnie, ani funkcjonalne, ani wartościowe jako przyszły zabytek”. Karolina zaznaczyła, że korzysta z galerii i „dobrze, że jest pod ręką, zawsze na szybko można zrobić zakupy lub przyjemnie poczekać na autobus lub pociąg, niemniej architektonicznie stary dworzec był w lepszym guście”.
„Żal kilku bud z żarciem za grosze”
Macie też sporo kulinarnych wspomnień związanych z katowickim „brutalem”. Bogdan – jak już pisaliśmy - przypomniał o „kultowym barze z ciemnym piwem” i „restauracji z palmami”. Dariusz dodał, że „żal kilku bud z żarciem za grosze”. Sebastian wspomina „spotkania pod zegarem, oraz hamburgery w budkach obok”, które kupował w drodze do szkoły. Katarzyna podkreśla, że „budki z burgerami były super”, z kolei Dorota pamięta „dworzec kiedy był ładny, gdy na górze była kawiarnia i pyszne wz-tki, na dole była restauracja (…) te pyszne lody włoskie i ta ogromna kolejka do tego okienka”.
Wspominacie także salony gier czy automaty do gier na dworcu. Adam napisał, że jako dziecko jeździł tam grać i dodał że „były takie gry stojące, odbijało się kuleczką, czarno-biały ekran na monitorze, Tetris czy coś w tym stylu”. Z kolei Gerard dał bardzo wyczerpujący opis o tym, jak w latach 80. XX wieku na maszynie do gier zarabiał pieniądze:
Na katowickim dworcu, od wejścia od strony Pocztowej, najbliższe wejście na peron 4, stał automat gier typu „PIŁKARZYKI” lub „TENIS” potocznie. Może nieuczciwe w owym czasie, ale ta właśnie maszyna pozwoliła mi zarobić niemałą kasą. Aby zagrać trzeba było wrzucić monetę 5 zł i aby zakończyć jeden z graczy musiał wygrać wynikiem 15 do 0, 1, 2, 3, 4 itd kończąc wynikiem 15:14, gdyż remis nie wchodził w grę. Taka rozgrywka trwała zaledwie kilka minut max, jak pamiętam to 3-5 min. Zdarzało się, że dłużej, ale to już wytrwali gracze. Wracając do mojego "zarobku” – otóż, aby grę zrestartować, czy jak kto woli odpalić nie używając wspomnianych 5 zł, wystarczyło dotknąć jedna ręka kaloryfera (maszyny zazwyczaj stawiano kolo grzejników, szczególnie zimowa porą), a druga ręką zwrotu monet, oczywiście bardzo dyskretnie trzeba było to zrobić, a kasę dawali gracze mi „Kierownikowi Salonu”. Spędzałem tak kilka godzin dziennie. Nigdy mnie nie nakryto, żadna kamera, których chyba nawet jeszcze tam nie było, mnie nie uchwyciła. Przepraszam oszukanych, ale kto w Polsce Ludowej tego wtedy nie robił, aby jakoś funkcjonować. Pozdrawiam graczy z tamtych lat.
Z kolei nasza czytelniczka Marta podzieliła się wspomnieniem o spotkaniu Grzegorza Markowskiego w kiosku przy głównym wejściu na dworzec. A na podsumowanie najlepszy jest komentarz Sabiny: „Pamiętamy, wspominamy. Młodzi byliśmy, dlatego było pięknie”.
Może Cię zainteresować:

