Komis płytowy Mariusz Klepacki

Kultowy komis płytowy w Katowicach ocalał. - Dzięki życzliwym ludziom znalazłem w sobie siłę, żeby dalej prowadzić to miejsce - mówi Mariusz Klepacki

Jedyny stacjonarny komis płytowy, jaki się ostał w Katowicach, miał zostać zamknięty. Jego właściciel, Mariusz Klepacki, napisał nawet pożegnalny post na profilu Record Store na Facebooku. Po publikacji odezwały się do niego setki ludzi, nie wyobrażających sobie Katowic bez tego, istniejącego w sumie od 23 lat, miejsca. - Dzięki nim znalazłem w sobie siłę, by zawalczyć o to miejsce - mówi Mariusz.

Żeby tam trafić, trzeba się trochę natrudzić. Komis płytowy Record Store w Katowicach znajduje się co prawda przy głównej ulicy 3 Maja, ale jest głęboko ukryty w niepozornej jednopiętrowej dobudówce o gołębim kolorze w drugim od ulicy podwórku. Nawet adres ma dziwny - 3 Maja 19/30a. Najpierw trzeba więc wejść w jedno podwórko z barem Nowy Dekameron, salonem manicure "Exclusive Nails" i sklepem z herbatami, a z niego w kolejne. Tam Record Store za sąsiadów ma antykwariat naukowy, ksero, usługi krawieckie i solarium.

Drzwi gołębiego budynku są obklejone naklejkami nie pozostawiającymi wątpliwości, co tu rządzi. "Vinyl never dies" - głosi jedna. "Hur-rock-aine" - jest napisane na innej. Widać, że zrobiła się z tych drzwi tablica, bo jest i reklama katowickiego studia tatuażu o wdzięcznej nazwie "Matka cię zabije", i wlepka Hasiok Records.

Tysiące płyt, od Rihanny przez The Clash po muzykę świata

Z ciemnego korytarza ze stołami zawalonymi płytami winylowymi za piątkę sztuka, krętymi wąskimi niczym w Anglii schodami wchodzimy na piętro. A tam - dość wysokie pomieszczenie i istne szaleństwo. Półki wypchane tysiącami CD-ków, kosze z winylami, książki o muzykach (od Encyklopedii Muzycznej PWN po biografię Adele), gazety muzyczne, DVD z koncertami. Gatunki muzyczne - rozmaite. Tina Turner grzecznie leży obok Rihanny. Na innym stole - Nirvana sąsiaduje z The Clash i Green Day. W rogu półki uginające się od winyli z muzyką klasyczną. W koszach - płyty jazzowe. A jeszcze, jak ktoś akurat reflektuje, są płyty z muzyką z Etiopii czy z filmów bollywoodzkich. Przez dźwięki muzyki, która tu leci zawsze, przebijają się stukania plastiku o plastik, gdy klienci grzebią w płytach.

Ściany wypełnione plakatami, m.in. z koncertów, np. z pierwszego w Polsce koncertu punkrockowego, czyli występu The Raincoats "w dniach 1.04 78 (sobota) i 2.08 78 (niedziela) w godz. 17.00 i 21.00", na który - jak czytamy - zaprasza Socjalistyczny Związek Studentów Polskich.

Plakat punkrockowych The Raincoats z Londynu (bo jaka inna nacja nazwałaby tak zespół) wisi na honorowym miejscu - wszyscy, którzy płacą za kupione tu płyty mają go naprzeciw - nie bez kozery. Jak wyznaje właściciel Record Store, Mariusz Klepacki, w młodości był punkiem i choć z włosów już nie ułoży irokeza, to ciągle bliskie są mu punkowe wartości.

- Ten sklep, jeśli jest w jakiś sposób wyjątkowy, to dlatego, że nie sprzedaję tylko płyt, które są popularne, ale też pokazuję underground, muzykę z całego świata. Czasami mam wrażenie, że nie jestem na właściwym miejscu, bo codzienne pytania o Dżem, o Pink Floyd i Led Zeppelin mnie męczą. Nie jestem typowym, wychowanym na Trójce, sprzedawcą - wyznaje.

Komis płytowy Record Store istnieje w Katowicach od 23 lat

Klepacki prowadzi komis płytowy w Katowicach przy 3 Maja od 23 lat. W tym konkretnie miejscu - od 11 lat (wcześniej sklep znajdował się po drugiej stronie ulicy, w bramie gdzie dziś jest pub Biała Małpa).

I jeszcze we wrześniu 2022 roku wydawało się, że to będzie ostatni rok istnienia tego miejsca. Klepacki nawet napisał 14 września pożegnalny post na profilu komisu na Facebooku. "Poddałem się i są to ostatnie dni, może tygodnie sklepu. Właśnie mija 23. rok, od kiedy stworzyłem to miejsce - od zera - bez grosza przy duszy. Dwie generacje się tu uczyły muzyki". Reakcja internautów go zaskoczyła. Setki komentarzy pod postem, wiadomości na Facebooku, SMS-ów, telefonów. - Do dzisiaj ich wszystkich nie przeczytałem - przyznaje Mariusz.

Wszystkie wiadomości wyrażały żal z tej decyzji i nawoływały do utrzymania komisu. Były sędzia Jarosław Gwizdak pisał: "Strasznie mi przykro… może to jeszcze nie koniec, może jeszcze gdzieś, kiedyś. Dziękuję i przepraszam, że za rzadko wpadałem". Adam Kowalski, dyrektor Muzeum Hutnictwa w Chorzowie: "Przez wszystkie te 23 lata większość płyt gromadzonych na mojej półce zajmują sidiki z komisu. Pamiętam, jak jeszcze na studiach, w pierwszej lokalizacji kupiłem u Ciebie Skeleton Crew i to mi wywaliło gust. Mega żal. Koniec epoki, symboliczny koniec młodości". Z kolei Marcello wspominał: "Nie raz odkładałem kasę by kupić coś w twojej świątyni. Nie raz zrywałem się ze szkoły by poczuć choć trochę magii w tej szarości, która dookoła tak nas absorbuje. Nie poddawaj się, bo Katowice potrzebują ciebie i tego miejsca. My cię potrzebujemy."

Ludzie nie tylko pisali w internecie, ale też przez wiele dni po dramatycznym wpisie tłumnie przychodzili do komisu i kupowali płyty.

- To, co się tu działo, przeszło moje wyobrażenie. Przewinęło się tu po kilkaset osób dziennie. Niektórzy przyjeżdżali specjalnie z Wrocławia czy Krakowa, żeby mi powiedzieć, bym nie zamykał sklepu, przynosili prezenty - opisuje Mariusz Klepacki.

"To co się wydarzyło wczoraj - ogromnie dziękuję! - nie pozostawia mi wyboru. Muszę próbować, bo ten sklep to społeczność!" - pisał 16 września na Facebooku. "Przeżyliśmy wspólnie przeprowadzki, zalania, lockdowny, kradzieże, nawet brak sufitu. Cholera jasna! przynajmniej spróbuję zawalczyć, aby to przetrwało w tym lub innym kształcie" - obiecywał.

Ostatecznym ciosem był list z urzędu skarbowego

Wtedy, we wrześniu, przyznaje, że przeżywał duży kryzys.

- Nałożyło się na siebie kilka spraw. Wymęczyła mnie biznesowo pandemia, bo nie mogłem jeździć po płyty za granicę. A ja tak naprawdę nie lubię sprzedawać płyt. Największą dla mnie radością są zakupy płyt, które później mogą ucieszyć kogoś innego - wyznaje Klepacki.
- Poza tym płyty są coraz droższe. Miałem wrażenie, że sklep staje się coraz mniej atrakcyjny, bo nie ma ciekawych dla klientów płyt. Coraz więcej musiałem sprzedawać nowych egzemplarzy. Męczyło mnie też, że słuchamy jako Polacy słabej muzyki. Po 23 latach codzienne pytanie o zespół Dżem stało się irytujące. Wolę pokazać takiego człowieka jak Eden Ahbez, który nie był ostatnim hipisem tylko pierwszym hipisem; nie śpiewał o narkotykach, harleyach, whisky tylko o zdrowym odżywianiu. Nagrywał lepszą muzykę i miał ciekawsze rzeczy do powiedzenia - opowiada.

Gwoździem do trumny komisu, jak mu się wydawało, był list z urzędu skarbowego, po którym - jak sam mówi, znalazł się w świecie Kafki. Okazało się, że powinien sklep prowadzić jako płatnik VAT-u, o czym nie wiedział. I spłacić naliczone zaległości, które idą w dziesiątki tysięcy złotych. - Wydawało mi się to wszystko naraz takim ciosem, że po nim już nie ma sensu tego dalej ciągnąć. Ale reakcja ludzi była tak olbrzymia! Gdyby nie to, tego sklepu by już nie było. Bardzo im wszystkim dziękuję - mówi.

Nawet przemyślał już, co będzie robił po zamknięciu sklepu. Spędziłby więcej czasu z rodziną. Ma dwie córki, jedna mieszka w Oslo w Norwegii, druga, dla której był z żoną kiedyś rodziną zastępczą - w hiszpańskiej Andaluzji. Siostra jego mamy mieszka w Buenos Aires w Argentynie. - Jeżeli finanse by mnie nie zabiły, to spędziłbym kilkanaście miesięcy z rodziną. Odwiedziłbym moją przyszywaną wnuczkę w Andaluzji, bo byłem tam tylko raz i to tylko na kilka dni. Chętnie spędziłbym tam na przykład tę zimę - śmieje się.

Mariusz Klepacki prowadzi komis płytowy przy ul. 3 Maja w Katowicach od 23 lat

Undergroundowy mikrodom kultury

Klepacki, który pochodzi z Katowic, płyty sprzedaje już od 30 lat, wcześniej, zanim zdecydował się założyć swój komis, pracował w Undergroundzie oraz w pierwszym Empiku w Katowicach, na parterze Supersamu. - Od dziecka interesowała mnie muzyka. Już jako nastolatek słuchałem punk rocka i muzyki undergroundowej, co też wiązało się przekonaniami politycznymi. Walczyliśmy m.in. o zniesienie obowiązkowej służby wojskowej - wspomina.

Jego komis płytowy to nie tylko sklep, ale też undergroundowy mikrodom kultury. Przed pandemią organizował tu regularnie koncerty, na których mogli się prezentować różni muzycy. Odbywają się tu raz w miesiącu giełdy płytowe, na które przychodzą tłumy metalowców.

- Nie prowadzę tego sklepu dla pieniędzy, bo nie ma z niego wielkich zysków. Przyświeca mi idea upowszechniania dobrej muzyki. A dzisiaj kupić płytę wcale nie jest tak łatwo, bo coraz mniej jest takich fizycznych nośników. Muzyka przeniosła się do internetu - ubolewa Klepacki. - Poza tym płyty sprowadzane z zagranicy są drogie, zwłaszcza te z Wielkiej Brytanii. Nie każdy też lubi kupować przez internet. Więc teoretycznie czas dla małych stacjonarnych sklepów płytowych znów staje się dobry - uważa.

Jego marzeniem byłoby sprzedawanie w sklepie tylko tego, co się samemu lubi i ceni, ale właściciel Record Store wie, że by utrzymać takie miejsce, trzeba być elastycznym. - Czasami nawet dokładam pieniądze, by promować zjawiska i wytwórnie, które lubię i chcę, by poszły w świat. Zarabiam wtedy na mainstreamowych wykonawcach, płytach, które kupię stosunkowo tanio. Tak duży sklep jak na polskie warunki musi oferować szeroką gamę muzyki - uważa.

Klepacki sam pozyskuje płyty do swojego komisu. Skupuje je od klientów na miejscu, ale też jeździ na giełdy płytowe. Gdy był młodszy i płyty były tańsze, to potrafił ze znajomym wykupić cały sklep płytowy w Sztokholmie albo kontener płyt w Japonii. - W ostatnich latach koncentruję się na największej giełdzie płytowej w Holandii, która odbywa się dwa razy w roku, i na Berlinie, który jest stosunkowo blisko, a jest bogaty w płyty - opisuje.

Już wkrótce będzie miał więcej czasu, by poszukiwać płyt, bo do Record Store powróci Adam Olszówka, "wszechstronny subiekt i obserwator rzeczywistości", który pracował przez pięć lat z Klepackim. Powrócą też jego słynne rysunki, znane fanom komisu, w których w obrazkowy i tekstowy oraz humorystyczny sposób opowiada o rozmaitych sytuacjach, jakie się zdarzają w tak niezwykłym sklepie jak komis płytowy. Przykłady? "18 sierpnia 2016: - Dobry, ma pan coś, co lubią tygrysy? - Mięsny jest na Stawowej, "26 lipca 2017: - A czemu nie ma szlagrów? Wyście som gorole, że nie ma?" albo "2 listopada 2017: Jestem niekompetentny i się nie znam na niczym bo mi chwilowo brakuje Zeppelinów. Podobno gdzie indziej mają". Książkę z tymi rysunkami i żartami (są genialne!) można kupić w Record Store za 3 dychy.

Od 28 listopada komis będzie otwarty już nie na pół gwizdka, jak do tej pory, ale w pełnych godzinach, od 10 do 18.

Chemical brothers

Może Cię zainteresować:

FEST Festival ogłasza pierwszych artystów na rok 2023. Wśród nich The Chemical Brothers

Autor: Martyna Urban

23/11/2022

Wojciech Kilar

Może Cię zainteresować:

Ziemia Obiecana brzmi jak huta Baildon, czyli ile jest Śląska w muzyce Wojciecha Kilara?

Autor: Roman Balczarek

21/10/2022