ARC
Ernst Borinski

Marcin Zasada: Prof. Ernst Borinski jest bohaterem Ameryki. A on nasz, śląski. Lekcja dla Katowic

Marcin Zasada: Prof. Ernst Borinski jest bohaterem Ameryki. A on nasz, śląski. Lekcja dla Katowic

autor artykułu

Marcin Zasada

Tu na początek powinien być jakiś cytat o pielęgnowaniu zbiorowej pamięci, ale zapomniałem. To znaczy… Nie zrozumieliśmy się, może przez złą interpunkcję. „Ale zapomniałem” to właśnie ten cytat. Co z tego, że historia Śląska roi się od wspaniałych życiorysów, skoro mottem strażników pamięci jest „Ale zapomniałem”?

To miał być tekst o Ernście Borinskim, panu z Katowic, którego życiorys sam odkryłem i opisałem prawie 10 lat temu. Wspomniałem o nim przedwczoraj, z okazji rocznicy jego śmierci. I właściwie mógłbym powtórzyć to samo, czemu dziwiłem się od pierwszego spotkania z panem Ernstem: „Dlaczego w Katowicach nie ma nawet śladu po tym człowieku?”. I to właśnie jest powód do głębszej refleksji. O niej za moment.

Na początek: dlaczego miałby być, ślad po Borinskim? Dziękuję za to pytanie. Wiecie, że w wielu naszych miastach znajdziemy takie osobliwości, jak wieczne pamiątki po rzekomym przystanku króla Sobieskiego w drodze na albo z Wiednia? Pamiątkową płytę informującą, że „w tym miejscu lądował Jan Paweł II”? To w Sosnowcu, o ile pamiętam – koło marketu. Więc chęci są i możliwości też, tylko jakby priorytety dyskusyjne. A Ernst Borinski (26.11.1901-26.05.1983) był z Katowic, jego rodzina żyła na Śląsku od pokoleń. Co najważniejsze – prof. Ernst Borinski dokonał w życiu rzeczy wielkich.

Borinski i Martin Luther King

„Zawsze wydawało się to dziwne - ten skromny pan przyjechał z drugiego końca świata do Missisipi i odcisnął tak głębokie piętno na moim życiu” - mówiła o nim prof. Joyce Ladner, socjolog, działaczka społeczna, kiedyś współpracowniczka prezydenta Billa Clintona. W Ameryce, za zasługi w walce z rasizmem, Borinskiego stawia się w jednym rzędzie z Martinem Lutherem Kingiem. Jest twarzą Tougaloo College, w którym wykładał – jego nazwiskiem nazwano m.in. jeden z budynków uniwersyteckiego kampusu oraz fundusz stypendialny. Poświęcano mu wystawy, filmy i publikacje naukowe. Wychował też kilka pokoleń amerykańskich profesorów, działaczy społecznych, polityków i obywateli.

Borinscy – znana rodzina śląskich Żydów - mieszkali tu od pokoleń. Byli kupcami znanymi nie tylko w Katowicach, ale i Żorach, Królewskiej Hucie czy Zabrzu. Stryj Ernsta, Karl Borinski zrobił karierę jako germanista, historyk literatury i profesor Uniwersytetu Monachijskiego. Ernst również zdobył gruntowne wykształcenie na kilku niemieckich i holenderskich uczelniach (dyplomy z prawa, filozofii i prawa międzynarodowego). Znał 6 języków, w tym polski. Najprawdopodobniej władał też godką, bo w obszernym wywiadzie, którego udzielił na stare lata w Ameryce, wspomniał coś o mówieniu w „polish dialect”. Więc niech będzie nawet siedem języków. Dodajmy, że w USA skończył też socjologię na Uniwersytecie w Chicago i obronił doktorat w Pittsburghu.

Pierwszy przerzucił most

W 1938 roku Borinski uciekł do Ameryki, bo w hitlerowskich Niemczech czekały go już tylko szykany, a w końcu śmierć w obozie koncentracyjnym. Teraz istotne do jakiej Ameryki trafił. Był taki film: „Missisipi w ogniu” z Genem Hackmanem w roli głównej. Wtedy w USA w najlepsze funkcjonowały tzw. regulacje Jima Crowa, rasistowski system ograniczający prawa byłych murzyńskich niewolników. W stanie Missisipi, ostoi segregacji i prześladowania ciemnoskórych, samo głoszenie idei równouprawnienia groziło grzywną lub odsiadką.

- Pamiętam, że pewnego razu poczułem się trochę dziwnie, gdy siedząc w stołówce, zdałem sobie sprawę, że moim mentorem nie jest czarny, a biały, żydowski emigrant - opowiada prof. Donald Cunnigen, kolejny wychowanek śląskiego bohatera, dziś wykładowca Uniwersytetu w Rhode Island.

Prof. Borinski przyjął posadę wykładowcy w Tougaloo College w Missisipi – uczelni dla czarnoskórych ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie istniała integracja studenckich środowisk, biali byli przyjmowani i odbierani ze zrozumiałą nieufnością lub nawet wrogością. Ernst Borinski zasłużył na miano amerykańskiej legendy, bo jak dziś chwalą się nie tylko w stanie, w którym pracował i działał, „jako pierwszy przerzucił most nad przepaścią dzielącą białą i czarną społeczność akademicką”. Powtórzmy: było to w czasach, gdy rasizm, jak zaraza, toczył południowe stany.

Borinski szybko zdobył serca swoich studentów. Ci wspominali potem, że na wykładach i zajęciach z socjologii (uczył też języka niemieckiego i rosyjskiego) uczył ich rzeczy, o których nikt wcześniej do nich nie mówił: tolerancji, rozumienia siebie nawzajem, rozumienia swojej wolności, debatowania o ideach ponad podziałami, wiary w swoją szansę i swoją wartość. „Czuliśmy z nimi pewną wspólnotę, ponieważ wytłumaczył nam, jak sam w Niemczech doświadczył podobnego prześladowania” - opowiada prof. Joyce Ladner.

Borinski do panteonu

Profesor z Katowic wzbudzał sensację na wielką skalę, gdy zaczął organizować spotkania, dyskusje, a nawet wspólne posiłki dla studentów o różnym kolorze skóry. Dzięki niemu, ruszyła integracja czarnych i białych środowisk akademickich - coś, co wcześniej wydawało się nie do pomyślenia. Publikował w amerykańskiej prasie, na innych uczelniach wygłaszał płomienne przemówienia nawołujące do wyzwolenia się z okowów segregacji.

Po którymś z odczytów na Millsaps College w Jackson, gdzie ciemnoskórzy nie mieli wstępu, działalnością Borinskiego zainteresowała się agencja Missisippi State Sovereignty Commission, która przede wszystkim sumiennie pilnowała porządków ustanowionych w Missisipi przez białego człowieka. Ernst był śledzony, inwigilowany, próbowano go zdyskredytować, oskarżając o komunistyczną i wywrotową konspirację. Borinski wygrał nie tylko tę walkę. W 1965 roku Millsaps College stał się pierwszą uczelnią „tylko dla białych” w Missisipi, która dobrowolnie sprzeciwiła się segregacji. Prawa Jima Crowa wkrótce potem zostały uchylone przez Kongres. Dziś Borinskiego wymienia się w Ameryce jako jednego z tych, którzy przyczynili się do owego wyzwolenia.

Wystarczy, by Borinskiego wprowadzić do śląskiego panteonu? Nie, nie tej świetlicowej wystawy abp. Skworca, na którą nie zasłużył nawet Kazimierz Kutz. Mam na myśli pamiętanie, cokolwiek w przestrzeni Katowic, co upamiętni tego człowieka. Dlaczego Borinski nie ma pomnika, ulicy, tablicy w swoim rodzinnym mieście? Bo „ale zapomniałem”. Gdy państwowa polityka historyczna zsyła nam żołnierzy wyklętych albo (rękami nadgorliwych funkcjonariuszy) np. plac Marii i Lecha Kaczyńskich, na samorządach i lokalnych organizacjach spoczywa szczególny obowiązek pilnowania własnej pamięci.

Ludzie, macie budżety obywatelskie

Przez 3,5 roku po śmierci Kutza w Katowicach nawet w jednej piątej nie wykorzystano jego dziedzictwa i kulturowego potencjału. Podobnie z Wojciechem Kilarem (zmarł prawie 9 lat temu). Przejęcie, wyremontowanie, wykorzystanie domu jednego i drugiego trwa i to istotne, pozytywistyczne działania. Czy wystarczające? Nie żartujmy. Na środku Rynku w Katowicach powinien stać pomnik Kazimierza Kutza. Kilar powinien od kilku lat ściągać do NOSPR największe gwiazdy muzyki filmowej. Trzeba tylko zacząć kreatywnie myśleć na poziomie, na którym u szczytu mocy twórczych funkcjonowali ludzie pokroju obu panów K.

Problem dotyczy oczywiście nie tylko Katowic. W takich Świętochłowicach, w których ludziom szczególnie przydałby się jakiś powiew lokalnej dumy, pochowany jest Jerzy Gottfried. Wielki architekt i budowniczy Śląska, projektant m.in. pięknego pałacu na Zgodzie (dziś Centrum Kultury Śląskiej), przez wiele lat mieszkał w Świętochłowicach. Mija 5 lat od jego śmierci. Ktokolwiek w Świętochłowicach się o niego upomniał? Jak sądzicie?

Prezydenci mogą niedomagać z historii, ale lokalne społeczności? W Rybniku z budżetu obywatelskiego budują na rondzie mini wieżę Eiffla. Czekam na dzień, w którym zamiast czterdziestej tężni solankowej albo osiemdziesiątej plenerowej siłowni, ktoś w Świętochłowicach postanowi przypomnieć Gottfrieda, w Katowicach Borinskiego, a w np. w Bytomiu Romana Kostrzewskiego. W moim mieście swój plac i pomnik na nim ma Karin Stanek. Nic nie ujmując sympatycznej pani z kucykami, Kostrzewski to kamień milowy w historii polskiej muzyki. Gdzie jesteście, śląscy metalowcy?

Powiadają, że głosem śląskości są dziś koszulki z napisami w godce. Mam apel do ich producentów – zróbcie linię z podobiznami Borinskiego, Ernsta Brunona Motzki (katowiczanin na liście Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, znacie?), Franza Waxmana (tak, tego oskarowego kompozytora z Królewskiej Huty) i jeszcze paru innych, o których nic nie powiedzą Wam w panteonie górnośląskim. Trudno uwierzyć, ale w roku 2022 jesteśmy w takim momencie, w którym nawet o Kutzu trzeba przypominać.

Na koniec: wiecie jak to było z Marią Göppert-Mayer w Katowicach? Pierwsza tablica przypominająca jej katowickie pochodzenie powstała z oddolnej inicjatywy. Dziś nikt w Katowicach nie ma wątpliwości, że warto chwalić się swoją noblistką. Mam nadzieję, że w końcu podobnie będzie z Borinskim.

Pamiętajmy, że hrabia von Reden ze trzy razy tracił głowę na swoim pomniku w Chorzowie. To być może najlepszy dowód, że czasem potrafimy zadbać o własną historię, niezależnie od tego, kto i jak próbuje ją nam pisać za nas.