Z familoka na deski teatru – Grażyna Bułka w szczerym wywiadzie o swoim życiu, aktorstwie i Śląsku
Świętkowa w Cholonku, tytułowa Hanka w monodramie Mianujom mie Hanka, aktorka znana z licznych spektakli w Teatrze Śląskim, Teatrze Korez i Teatrze Polskim w Bielsku-Białej oraz wielu charakterystycznych ról na wielkim i małym ekranie – Grażyny Bułki nie trzeba przedstawiać miłośnikom teatru i filmu. W poruszającym, szczerym wywiadzie rozmawia z Tomaszem Kowalskim nie tylko o swoich najsłynniejszych rolach i przełomowych momentach w karierze, ale też o dawnym i nowym Śląsku, o języku, poezji, tożsamości i macierzyństwie. O wyzwaniach na scenie i poza nią, a także o tym, co najbardziej intymne i osobiste. O drodze, jaką trzeba pokonać z Lipin w Świętochłowicach na deski teatru i przed kamerę – o blaskach i cieniach bycia stąd.
Fragment książki "Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd" - rozmowy Tomasza Kowalskiego z Grażyną Bułką

TOMASZ KOWALSKI: Za chwilę wyruszymy w długą podróż przez twoje życie. Takie wędrówki zaczyna się zazwyczaj od miejsca narodzin, od rodzinnego domu, tego mikrokosmosu, który często zostaje w nas do końca podróży i rozgrzewa nasze sentymentalne serca, kiedy na dworze mróz. Dla ciebie tym miejscem są Lipiny, dzisiaj dzielnica Świętochłowic, kiedyś osobna gmina. Zanim jednak porozmawiamy o twoim dzieciństwie, chciałbym cię zapytać o pewne zjawisko, które mnie nieco irytuje. Mówię o poszukiwaniu inspiracji do snucia opowieści o Górnym Śląsku jedynie w pejzażach dzisiejszych Lipin, Bobrka, Szopienic i wielu podobnych miejsc, które – to smutne – przegrały z tym, co nazywamy zmianami ustrojowymi, kulturowymi, cywilizacyjnymi. Zamknięte kopalnie i huta, ostrupiałe, walące się familoki, bezrobotni handlujący zebranym złomem, umorusane dzieci bawiące się wśród zardzewiałych wraków samochodów, wszechobecne alkohol i przestępczość. Zgadzam się, że należy o tym mówić, zgadzam się również, że z punktu widzenia artystycznego ma to wiele walorów i jest dobrym materiałem na przykład dla artysty fotografa. Skutek jest jednak taki, że w świat idzie tylko jeden przekaz: obraz naszej małej ojczyzny pełen smutku, beznadziei, żalu.
GRAŻYNA BUŁKA: Oczywiście masz rację. Myślę podobnie i mnie też to irytuje. Odnoszę czasem wrażenie, że ludzie, którzy pokazują takie pejzaże, mają dobre intencje – w nieco przewrotny sposób, nawet trochę na przekór wszystkim, starają się odrdzewić obraz upadłego Górnego Śląska, Lipin pełnych biedy, beznadziei, tego całego chacharstwa, ale ostatecznie niestety znowu pokazują te najgorsze rzeczy. A ja Lipiny pamiętam zupełnie inaczej. Może to kwestia idealizowania dzieciństwa, szczególnie jeśli było ciepłe, dobre i pełne miłości. Urodziłam się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku i mieszkałam tam do tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że to było miejsce – o dziwo – pełne kultury. Vis-à-vis familoka, gdzie się urodziłam i gdzie mieszkaliśmy, znajdował się prężnie działający Dom Kultury „Grota”, dzisiaj Centrum Kultury Śląskiej w Świętochłowicach Filia Lipiny przy ulicy Chorzowskiej. Zresztą doskonale pamiętam, że całe moje młode życie było zamknięte w trójkącie, który tworzyły: gruba, czyli kopalnia, Matylda, gdzie pracował mój tata i gdzie moja ciocia prowadziła kantynę, Kościół Parafi pod wezwaniem Świętego Augustyna i dom kultury. Nadal mam przed oczami ten widok… Zamknęli kopalnię, a mój tata stoi na chodniku i patrzy w dół ulicy, która tam wiodła, stoi i płacze. Jako dziecko nie potrafłam zrozumieć, po jakiemu on tak płacze. I on mi wtedy powiedział: „Dziołcha, to jest całe moje życie, ja tam zacząłem robić, jak miałem czternaście lat”. Dla niego ta sytuacja była prawdziwym dramatem, czuł się tak, jakby mu urwano ręce i został kaleką. Nie potrafił się odnaleźć w kopalni Śląsk, do której go przenieśli. Na szczęście niewiele mu brakowało do emerytury.
Mówisz ciekawe rzeczy. Słyszałem kiedyś, chyba mówił to Arkadiusz Gola, nasz znakomity fotograf zakochany w Śląsku, że kopalnię, grubę, górnicy i ich rodziny traktowali jak matkę. To nie było miejsce pracy, do którego przychodzi się jak za karę. To była świętość, w której obronie nawet oddawano życie. Kiedy się tę niezwykłą relację zrozumie, zrozumie się też, co stało za tragedią w kopalni Wujek w Katowicach w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku. To był nie tylko sprzeciw społeczno-polityczny, to była obrona matki.
Gruba nas karmiła, gruba nas wychowywała, myśmy wszyscy byli związani z grubą. Był tam lekarz, była kantyna, organizowano wczasy, organizowano imprezy okolicznościowe w domu kultury. Górnictwo wspierało sport. Wrócę do mojego magicznego trójkąta – życie moje i moich Lipiniorzy toczyło się między grubą, kościołem i domem kultury. Dlatego mnie Lipiny kojarzą się właśnie z tym. Oczywiście jak w każdym mieście istniały rejony, w które się nie zapuszczano, ale generalnie żyłam w świecie zupełnie innym niż ten pokazywany nam teraz – wynik zamknięcia najpierw kopalni Matylda, potem Huty Silesia, która przecież truła nas niemiłosiernie. Ja widzę zupełnie inne Lipiny. Myśmy mieli na jednej ulicy – Chorzowskiej – wszystko. Był komisariat milicji, był rzeźnik, była apteka, były ciuchy, był sztof, była fszhala…
…czyli sklep z materiałami i sklep rybny.
Tak. Przeszłam dwieście metrów i mogłam kupić wszystko. Czy idealizuję dzieciństwo? Chyba jednak nie. Bo żyłam w tych czasach, kiedy tam było naprawdę fajnie. Wszyscy się znali, wszyscy mieli – w sensie finansowym – raczej podobnie, nikt nikomu niczego nie zawiścił. Jako sześćdziesięcioparoletnia kobieta wiem, bo wreszcie jednoznacznie to do mnie dotarło: nie chcę nikogo prosić o zaakceptowanie tego, że jestem Ślązaczką. Ja już tego nie potrzebuję. Natomiast ofcjalne uznanie, że istnieje język śląski, jest dla mnie ważne, bo pozwoliłoby uzyskać dotacje na uczenie dzieci i młodych ludzi tego języka. Jeżeli z jakichś powodów oficjalne uznanie nie nastąpi, to przecież – na litość Boską – ślonsko godka nie zniknie! Ktoś uważa, że nie jestem Ślązaczką? Mam to w rzyci, bo to nie znaczy, że mnie nie ma. Przeszłam już te wszystkie etapy – tego tłumaczenia się, tej ciągłej potrzeby docenienia, uznania. Nie potrzebuję tego. I to nie jest kwestia dumy. Mnie, jak to się u nas mówi, loto, za kogo mnie uzna ktoś z Lublina, Poznania, Warszawy albo czy się nade mną polituje. Ja jestem stąd i taka zostanę do śmierci. Byłam Ślązaczką dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt lat temu i wtedy ocena mojej śląskości przez innych mnie obchodziła, a czasem bolała. Teraz dalej jestem Ślązaczką, ale bez jakichkolwiek kompleksów. Musiałam do tego dojrzeć. I nie interesuje mnie również pokazywanie tego Śląska umęczonego, tej naszej lokalnej martyrologii, jakie to my były boroki, jak to się wszyscy na nas uwzięli. Nie. My, jak inni, bywaliśmy różni: dobrzy, źli, bywaliśmy też oprawcami…
Mieliśmy też pecha.
Otóż to. W każdej nacji są ludzie fajni i niefajni. Byli, są i będą. Chyba najbardziej irytuje mnie to, w jaki sposób nas się pokazuje – strasznie stereotypowo, przez pryzmat biedy, familoków, bezrobocia, chacharstwa. A przecież kiedy ktoś przejedzie się przez ten nasz hajmat, zobaczy tyle pięknych miejsc, zrewitalizowanych budynków poprzemysłowych, nowoczesnych, przyjaznych ludziom, tyle miejsc z bogatą historią, z gotową opowieścią o złotej erze tej ziemi i obietnicą dobrej przyszłości. Spotka mnóstwo mądrych, inteligentnych osób żyjących tu z dziada pradziada albo przyjezdnych, bo dla mnie nie ma żadnego znaczenia, skąd kto przyjechał, jeśli się poczuł Ślązakiem. Jeśli poczuł, że to jego miejsce, że chce tu żyć i coś dobrego dla Śląska robić, mogę mu tylko powiedzieć: „Rób, synek, bo Ślązacy to fajna nacja, a Śląsk to atrakcyjne miejsce”.
Powtarzam, a to wynika z moich własnych doświadczeń, że „nowi Ślązacy” są często silniej zaangażowani w kultywowanie tradycji tego regionu i często lepiej obeznani z jego historią niż pnioki, czyli rdzenni mieszkańcy.
Mój zawód sprawia, że sporo jeżdżę po Śląsku. Zauważyłam – co jest straszne – że świadomość historyczna Ślązaków jest często bardzo, bardzo słaba, niezależnie od ich wykształcenia. Nie wiem, czy wynika to z ignorancji, niedouczenia czy z nieprzywiązywania wagi do pewnych spraw. Nawet ja o wielu faktach historycznych związanych ze Śląskiem, szczególnie tych niejednoznacznie ocenianych, dowiaduję się dopiero teraz. Na przykład kiedyś szanowałam Wojciecha Korfantego, uważałam go za wielką osobowość. Teraz dotarło do mnie, że to nie był naiwny Ślązak, który uwierzył w coś, co go przerosło, albo lepiej powiedzieć: który dał się w coś wciągnąć. On był zwierzęciem politycznym z ogromnymi osobistymi ambicjami, z parciem na stanowiska, z ogromnym apetytem na pieniądze. No i poniósł straszne konsekwencje walki prowadzonej z sanacją, ale do spiżu mocno mu brakowało. A tak przy okazji… Popatrzmy, w jak niewielkiej odległości stoją w Katowicach Pomnik Korfantego i Pomnik Piłsudskiego. To chyba najgłośniejszy chichot historii.
Konkludując: pokazujmy Śląsk, piękną odrębność tego regionu, wartości mu przypisane, stanowiące powód do dumy.
Oczywiście. Prosty przykład: orkiestry górnicze. One były i są charakterystyczne tylko dla tego regionu. Pozostają siłą. Trzeba je pielęgnować, dopieszczać, zapewnić im finansowanie. Przecież grają w nich nie wykształceni muzycy, ale często samoucy, niebywale utalentowani ludzie. Mój tata wprawdzie nigdy nie należał do orkiestry, mimo to sam nauczył się grać na cyi, czyli akordeonie. Doszedł do takiej perfekcji, że grał na weselach, na różnych imprezach. Orkiestry górnicze to rodzaj wspólnoty. A wspólnota jest tym, co mnie na Śląsku najbardziej wzrusza. Sąsiadki nieraz się ze sobą wadziły, ale jeśli komuś by się jakaś krzywda działa, to tam jeden za drugim stawał. Jak jakiś bajtel był głodny, bo jego mama musiała kajś iść, to mu druga dawała sznite z cukrem albo kompotu. I chyba mi tego najbardziej brakuje w dzisiejszych czasach i na współczesnym Śląsku niestety też.


