Są na Śląsku miejsca, które nie potrzebują reklamy ani wielkich rocznic, żeby o sobie przypominać. Wystarczy, że człowiek przejdzie przez park w Pszczynie, zobaczy odbicie pałacu w wodzie stawu i już wie, że trafił do przestrzeni, która trwa tu od zawsze – choć przecież nic nie trwa od zawsze. A jednak Muzeum Zamkowe daje nam coś z tej iluzji: jakby czas się tu zatrzymał,a wojny, zmiany granic, systemów i właścicieli przechodziły bokiem, nie naruszając tej jednej, spokojnej osi.
A przecież 8 maja 1946 roku, kiedy powołano muzeum, nic nie było oczywiste. Pałac dopiero co wyszedł z wojennej zawieruchy. Na szczęscie ze zględnie obronną ręką, za to z historią, którą trzeba było poskładać na nowo. A jednak udało się – i to w sposób, który dziś wydaje się niemal cudem. Bo mało który zamek w Polsce zachował tak wiele oryginalnych wnętrz, mebli, detali, zapachów epoki. Mało który pozwala wejść do środka i poczuć się nie jak zwiedzający, ale jak gość.
Dlatego rocznica Muzeum Zamkowego nie jest tylko datą w kalendarzu. To okazja, by przypomnieć sobie, jak wiele ten pałac widział, jak wiele przetrwał – i dlaczego wciąż działa na ludzi tak samo, niezależnie od tego, czy przyjeżdżają tu po raz pierwszy, czy po raz trzydziesty. Bo Pszczyna ma tę rzadką właściwość: człowiek wraca tu nie dlatego, że „trzeba zobaczyć”, ale dlatego, że chce wrócić.
Zwiedzając Muzeum Zamkowe w Pszczynie
Kiedy przekracza się próg zamku w Pszczynie, od razu widać, że to nie jest zwykła muzealna ekspozycja. Tu wszystko wygląda tak, jakby mieszkańcy wyszli tylko na chwilę. To wrażenie nie jest przypadkowe – około osiemdziesięciu procent wyposażenia jest oryginalne, zachowane dokładnie tak, jak na przełomie XIX i XX wieku. Dlatego zwiedzanie zaczyna się właściwie od wejścia w czas, który się tu nie rozpadł.
Na parterze czekają apartamenty cesarskie Wilhelma II, odtworzone na podstawie fotografii i inwentarzy z okresu I wojny światowej. Wchodzi się najpierw do salonu narad z dużym stołem, przy którym podejmowano decyzje wojskowe, potem do gabinetu pracy z neobarokowym biurkiem, dalej do sypialni cesarza z łazienką i łożem z baldachimem. Obok znajduje się sypialnia cesarzowej Augusty Wiktorii. Korytarz prowadzący do tych pomieszczeń zdobią trofea myśliwskie, w tym charakterystyczna głowa żubra upolowanego przez Hansa Heinricha XI.
Kiedy rusza się schodami w górę, trudno nie zatrzymać wzroku na monumentalnej klatce schodowej z jasnego piaskowca. Trójbiegowe schody, złocone latarnie, ogromne wazy i kopia słynnej wazy Warwicka tworzą przestrzeń, która wygląda jak wizytówka całej rezydencji – reprezentacyjna, ale nieprzesadzona.
Pierwsze piętro, bel étage, to serce zamku. Tu znajduje się apartament księżnej Daisy z salonem, sypialnią i buduarem w stylu rokokowym, należącymi do najpiękniej zachowanych wnętrz XVIII wieku w Polsce. Dalej jest biblioteka wyłożona orzechową boazerią, z bogatą sztukaterią i starodrukami, wśród których są m.in. Historia Polski Długosza z 1712 roku i Biblia Weimarska z 1708. W Salonie Wielkim uwagę przyciąga orzechowa boazeria, obrazy Dirka Dalensa III i ogromny, czterdziestoośmioramienny żyrandol z kryształowymi kulami. Tuż obok znajduje się Galeria Lustrzana z czterema wielkimi lustrami i panneau przedstawiającymi Książ i Promnice.
Najbardziej efektownym wnętrzem jest Sala Lustrzana – najwyższa w całym zamku, z dwoma lustrami o powierzchni czternastu metrów kwadratowych każde i pięcioma kryształowymi żyrandolami opuszczanymi na kołowrotach z poddasza. Największy z nich waży niemal dwieście kilogramów i składa się z ponad tysiąca elementów. Dziś odbywają się tu koncerty z cyklu „Wieczory u Telemanna”.
Na drugim piętrze zamek pokazuje swoje bardziej kameralne oblicze. Jest tu galeria myśliwska z trofeami i bronią od XVI do XX wieku, w tym wypchanym żubrem „Kaderem”, znanym z filmu Magnat. W salonie muzycznym stoi fortepian z Głogówka, na którym miał grać Beethoven, a ścianę zdobi portret Teresy Kunegundy Sobieskiej. W salonie empirowym znajdują się meble Davida Roentgena z charakterystycznymi ukrytymi mechanizmami, a w jadalni secesyjnej – meble wykonane przez Georga Klimta, brata Gustava.
Na koniec zwiedzania schodzi się do piwnic, gdzie mieści się Zbrojownia z europejską i japońską bronią, w tym zbrojami samurajskimi Ō yoroi, oraz Gabinet Miniatur otwarty w 2001 roku.
Początki
I teraz pytanie, które naprawdę potrafi zaskoczyć: czy wiecie, kiedy to muzeum właściwie powstało? I jak wyglądało w pierwszych miesiącach po wojnie, zanim zaczęto je nazywać „perłą Górnego Śląska”?
Bo choć dziś oglądamy wnętrza, które wyglądają jak żywcem przeniesione z przełomu XIX i XX wieku, to rok 1945 był dla zamku czasem zupełnie innym. Po wejściu Armii Czerwonej, zaraz w lutym 1945 urządzono tu szpital polowy, który działał aż do sierpnia. I tu Pszczyna miała wyjątkowe szczęście: podczas gdy wielezamków i pąłaców na Śląsku i Dolnym Śląsku zostało po wojnie kompletnie rozszabrowanych (a wśród nich Książ, inna rezydencja Hochbergów), tutejsze wnętrza przetrwały niemal nienaruszone. Ocalały meble, dekoracje, żyrandole, a nawet ogromne lustra w Sali Lustrzanej – rzeczy, które gdzie indziej ulegly dewastacji bądź błyskawicznie padły ofiara grabieży – to przez sowietów, to przez zwykłych szabrowników.
Właśnie w takim stanie – zmęczonym wojną, ale wciąż pełnym oryginalnego wyposażenia – pałac wchodził w nową epokę swojej historii.
Decyzja o zorganizowania na pszczyńskim zamku muzeum zapadła 1 czerwca 1945 na śląskim szczeblu wojewódzkim. Zaś 3 stycznia 1946 roku w „Gazecie Robotniczej” pojawiła się krótka notka, która dziś brzmi jak początek zupełnie nowego rozdziału:
„Powstanie Muzeum w Pszczynie. Wojewódzki Wydział Kultury i Sztuki przystąpił do opracowania projektu Muzeum w Pszczynie. Na początku zostanie zorganizowany dział krajoznawczo historyczny. Z czasem będzie stworzony dział przyrodniczy z ogrodami zoologicznym i botanicznym. Nadto przewidziana jest budowa domu dla naukowców i artystów, w którym mogliby oni przebywać w warunkach umożliwiających pracę.”
To był ważny sygnał, że ktoś szeregach w nowej władzy – tymczasem jeszcze kamuflującej się ze swym komunistycznym charakterem – świadom jest, jak wielką wartość ma ten zamek. I że trzeba go nie tylko zabezpieczyć, ale też otworzyć dla ludzi. Skromny komunikat prasowy mówi o praktycznnej decyzji, która uratowała jedną z najpiękniejszych rezydencji w Polsce.
„Ośrodek twórczy” i filia Bytomia
A teraz kolejny krok w czasie. Minęły niecałe cztery miesiące od pierwszej wzmianki o muzeum, kiedy 26 kwietnia 1946 roku „Gazeta Robotnicza” wróciła do tematu – tym razem z rozmachem, który dziś brzmi wręcz zaskakująco. Zamek w Pszczynie miał być nie tylko muzeum. W powojennej wyobraźni urzędników rysował się jako wielofunkcyjny ośrodek kultury, coś pomiędzy instytucją muzealną a domem pracy twórczej.
W gazecie czytamy, że dawna rezydencja książąt pszczyńskich „stanie się jedynym w swoim rodzaju ośrodkiem kulturalnym na Śląsku”. Obok „Muzeum Regionalnego” planowano utworzyć „dom artystów i uczonych” – miejsce, gdzie badacze, literaci i twórcy zajmujący się tematyką śląską mogliby mieszkać, pracować i wymieniać się myślami. Pomysł wyraźnie inspirowany sowieckimi wzorcami, ale w tamtym czasie traktowany jako nowoczesny i ambitny.
Co ważne, Ministerstwo Kultury i Sztuki nie tylko zaakceptowało projekt, ale przyznało na jego realizację 20 tysięcy złotych subwencji – co w realiach 1946 roku było znaczącym zastrzykiem finansowym. Dzięki temu prace prowadzone przez Wydział Kultury i Sztuki województwa śląsko-dąbrowskiego mogły wreszcie wejść „na tory realne”.
Zanim jednak cokolwiek mogło ruszyć, trzeba było uporządkować sytuację w samym zamku. W budynku nadal mieściły się biura Państwowego Urzędu Repatriacyjnego oraz pomieszczenia dla samych przesiedleńnców. Dopiero pod koniec marca 1946 roku rozpoczęto likwidację tych agend, pozostawiając jedynie część urzędników i magazyn żywnościowy. Następnie przejęto cały kompleks Hochbergów: zamek, oficynę, dwór w parku, a także około 80 hektarów parku i 100 hektarów folwarku.
Nie mniej ciekawy fragment artykulu w Dzienniku Zachodnim dotyczył jednak samego muzeum. Jak poinformowano, Muzeum Regionalne w Pszczynie ma być uzupełnieniem „Muzeum Śląskiego w Bytomiu”, a nawet przejąć część jego działów. To ważna informacja: w pierwszych powojennych planach Pszczyna nie była postrzegana jako osobna, autonomiczna instytucja, lecz jako element większej całości, wspólnie z przejętym po wojnie przez władze polskie dawnego Oberschlesisches Landesmuseum (Górnośląskiego Muzeum Krajowego) – bo o nie tu chodziło.
Nawiasem mówiąc, skończyło się odwrotnie: to do Muzeum Górnośląskiego trafiły przyrodnicze zbiory z Pszczyny. Do dziś stanowią one istotną składową bytomskiej kolekcji.
Wszystko to razem tworzy obraz Pszczyny, która w 1946 roku była czymś znacznie więcej niż tylko „zamkiem ocalałym po wojnie”. To był projekt polityczny, kulturowy i symboliczny – próba zbudowania na Śląsku centrum, które miało łączyć historię, naukę i sztukę. Część tych planów nigdy nie została zrealizowana, ale sama skala ambicji robi wrażenie do dziś.
Na początek – zgodnie z tym, co zapwiadała prasa – 9 maja 1946 udostępniono do zwiedzania pierwsze zamkowe wnętrza. Pierwotna ekspozycja była stosunkowo skromna – jej całość zmieściła się w paru salach na pierwszym piętrze. Ale ją zorganizowano i to było najważniejsze..
Gdy muzeum było młode
A teraz przenieśmy się do roku 1948, kiedy muzeum działało dopiero od dwóch lat, a jego ekspozycja wyglądała inaczej niż dziś – skromniej, bardziej chaotycznie, ale za to z ogromnym urokiem. Równiez i ją możemy ujrzeć oczyma ówczesnego reportera Dziennika Zachodniego. Dziennikarz zacząą swoją relację od obrazu Śląska, który wciąż pokutował w wyobraźni wielu ludzi: kominów, sadzy, fabrycznych syren. I od razu kontrastował go z Pszczyną – miasteczkiem cichym, czystym, z ogromnym parkiem, w którym ukryto muzeum. „Urokliwe” to słowo, które powtarzało się wtedy często.
Pałac opisywano jako monumentalny, „ludwikowski”, z zewnątrz nieco obcy, ale w środku pełen historii. Przypominano, że stoi na miejscu dawnego zamku obronnego, a wejście prowadzi przez starą „bramę wybrańców”, pozostałość dawnych murów. Już wtedy podkreślano, że muzeum nie ogranicza się do samego pałacu – włączono do niego także zbiory z Lublińca, Kochcic i Strzelec.
Zwiedzanie zaczynało się od sieni z monumentalnymi schodami. I od trzech eksponatów, które robiły na gościach piorunujące wrażenie: ogromnej żółtej wazy chińskiej ozdobionej smokami, równie wielkiej ciemnozielonej wazy pompejańskiej oraz starych sań wyrzeźbionych w formie Pegaza. To zestawienie – Orient, antyk i barokowa fantazja – musiało wyglądać jak sen muzealnika.
Na półpiętrze stała marmurowa „Nidja”, rzeźba z kararyjskiego marmuru, którą opisywano jako uosobienie wiosny. Wyżej witała zwiedzających „Amnezis” z małym Mojżeszem – kolejna włoska rzeźba, pełna wdzięku i miękkiej linii. Reporter pisał, że były tak piękne, że aż „nierealne”.
Parterowe sale miały zupełnie inny charakter. Surowe, gotyckie sklepienia – prawdopodobnie jeszcze z czasów średniowiecznego zamku – tworzyły idealne tło dla najstarszych zbiorów: ciężkich, dębowych skrzyń z XVI i XVII wieku, każdej innej, każdej z własną historią. Była tam czterystuletnia skrzynia zdobiona renesansowymi groteskami, mała szkatuła na biżuterię, a także angielski kredens z połowy XVII wieku z celtyckim napisem i rzeźbionymi postaciami, które same mogłyby być tematem wykładu.
W jednej z gablot – nieco przeładowanej, jak zauważano – znajdował się duży zbiór wyrobów cynowych.
Pierwsze piętro robiło zupełnie inne wrażenie. Jasne, przestronne sale, w tym barokowa jadalnia, którą określano jako arcydzieło epoki. Choć brakowało w niej mebli, bogactwo boazerii, skór kordobańskich, stiuków i złoconych rzeźb sprawiało, że wydawała się pełna. Z sufitu zwisały cztery kryształowe żyrandole. Dopiero po chwili wzrok padał na stojący w rogu niewielki angielski stół z drewna, które mieniło się jak jedwab.
Sala balowa była umeblowana białymi „Ludwikami” obitymi gobelinami – meblami króla Stanisława Augusta, które trafiły tu niedawno. Na ich tle wyróżniały się trzy różowe, pozłacane wazy z Sèvres, jedne z najcenniejszych eksponatów muzeum.
W bibliotece pokazywano dwa obrazy: flamandzki portret mężczyzny oraz pejzaż z krukiem karmiącym Eliasza. W innej sali wisiała kolekcja gotyckich obrazów religijnych. Była też porcelana francuska i saska, trofea myśliwskie oraz cały salon urządzony w stylu chińskiej laki.
W 1948 roku muzeum miało już 935 skatalogowanych eksponatów. Reporter podkreślał, że różnorodność zbiorów i przestrzeń pałacu sprawiają, że zwiedzanie jest przyjemne i nie męczy. Zwracał jednak uwagę na braki: ciemne posadzki, niedobór gablot, a przede wszystkim brak zabezpieczeń – zwiedzający mogli podejść do eksponatów zbyt blisko.
Po wyjściu z muzeum nie trafiało się na ulicę, lecz prosto do parku. Opisywano go z zachwytem: 45 hektarów trawników, mostki nad Pszczynką, jeziorka, pawilon na wzgórzu, jawory, rododendrony i azalie.
„Wszystko się tu godzi” – pisał autor – „sanie z pompejańską wazą, jawory z rododendronami”.
A na koniec – żubry. Bo Pszczyna bez żubrów nie istnieje. W 1948 roku w rezerwacie w Jankowicach żyło ich osiemnaście, a miesiąc wcześniej urodziło się kolejne cielę. Wspominano też o danielach i jeleniach, których ryk niósł się po zachodzie słońca.
Tak wyglądało zwiedzanie Muzeum Zamkowego w Pszczynie w 1948 roku – trochę inaczej niż dziś, ale z tym samym zachwytem, który to miejsce wywołuje od pokoleń.
Od 80 lat
Osiemdziesiąt lat od otwarcia Muzeum Zamkowe w Pszczynie nie przestaje robić wrażenia. Bo to jedno z tych miejsc, które nie muszą niczego udowadniać. Wystarczy wejść przez bramę, przejść pod żyrandolami, spojrzeć na lustra, a potem wyjść do parku. I już wiadomo, dlaczego to muzeum trwa – i dlaczego warto o nim je odwiedzać.
Może Cię zainteresować:

