Przez ponad dwie dekady był jednym z największych zjawisk śląskiej sceny teatralnej, regularnie gromadzącym komplety publiczności. Spektakl „Cholonek”, współreżyserowany przez Mirosława Neinerta, dyrektora Teatru Korez, oraz Roberta Talarczyka, obecnie dyrektora Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach i autora adaptacji powieści Janoscha, przechodzi historyczną metamorfozę.
Po 22 latach nieprzerwanego grania twórcy zdecydowali się na odważny krok: pierwotna obsada schodzi ze sceny, ustępując miejsca młodemu pokoleniu.
Biologia, czas i powrót do „prawdy literackiej”
O przyczynach tej decyzji obaj artyści mówią bez ogródek. Jak wskazuje Robert Talarczyk, zadecydowały przede wszystkim bezlitosny upływ czasu oraz biologia. Dyrektor Teatru Śląskiego przyznaje, że myśl o pożegnaniu z rolami dojrzewała w nich od kilku lat, ponieważ najlepszy czas dla spektaklu w ich dotychczasowym wykonaniu bezpowrotnie minął. Reżyser stawia sprawę jasno:
„Jeżeli ten spektakl ma dalej istnieć, a bardzo nam na tym zależy z Mirkiem Neinertem, no to trzeba ze sceny zejść niepokonanym i sprawić, żeby młodsi od nas weszli na tę scenę i dalej tę historię opowiedzieli”.
Z tą diagnozą w pełni zgadza się Mirosław Neinert, zaznaczając, że po przeszło dwóch dekadach takiego obrotu spraw należało się po prostu spodziewać. Aktorzy pierwszego składu zwyczajnie się postarzeli. O ile w jego własnej roli nie stanowi to przeszkody – Neinert żartuje, że jako sceniczny ojciec (którym pozostaje) mógłby mieć nawet 80 lat – o tyle w przypadku córek oraz „chłopców szczupłych i młodych” metryka zaczęła drastycznie odbiegać od wymogów scenariusza. Wymiana aktorów ma zatem zamknąć historyczny etap i przywrócić przedstawieniu wierność tekstowi poprzez zespół „bliższy prawdy literackiej”.
Kto wystąpi w „Cholonku”? Nowi aktorzy i intensywne próby
Nowa obsada nie została powołana pod wpływem nagłego impulsu. Mirosław Neinert zdradza, że casting odbył się już około dwa lata wcześniej, po czym realizacja pomysłu przez pewien czas „wisiała”. Gdy twórcy upewnili się, że wyłonieni kandydaci nadal chcą zagrać, od połowy września rozpoczęto regularne próby. Według przewidywań dyrektora Korezu premiera w odświeżonym składzie odbędzie się w grudniu lub na początku stycznia.
Talarczyk uzupełnia, że wybór wykonawców miał różnorodny charakter i obejmował „zarówno wersje castingowe, jak i niecastingowe”.
Dopytującym o personalia dyrektor Teatru Śląskiego na razie odmawia ujawniania nazwisk, tłumacząc, że na etapie prób woli zachować ostrożność, dopóki kształt spektaklu nie zostanie ostatecznie przypieczętowany. Obiecuje jednak, że widzowie poznają nowy zespół najpóźniej za około miesiąc.
Rąbka tajemnicy uchylił nieco Neinert – wspomniał, że w rolach męskich pojawią się rozpoznawalne już twarze, natomiast wykonawczynie ról kobiecych to artystki nieznane jeszcze szerokiej widowni.
Łącznik światów i „bat” za kulisami
Nowa odsłona „Cholonka” nie oznacza jednak całkowitego zerwania z tradycją. Jedynym aktorem z pierwotnego składu, który pozostaje w spektaklu, jest sam Mirosław Neinert. Ale grana przez niego postać zyska odrobinę inną funkcję dramatyczną i posłuży jako łącznik pomiędzy dawnym a nowym światem przedstawienia. Sam Neinert kwituje swoją dalszą obecność z ironicznym dystansem:
„Ja zostaję jako ten bat, który musi pilnować, żeby to wszystko dobrze szło i się nie rozłaziło”.
Twórcy kategorycznie wykluczają przy tym jakiekolwiek sentymentalne powroty dawnej ekipy. Robert Talarczyk ucina spekulacje o okazjonalnych występach, deklarując wprost, że nie zamierzają naśladować zespołów rockowych, które latami żegnają się z publicznością kolejnymi trasami.
„Pół życia” i droga od lęku do „teatralnego cudu”
Dla artystów moment pożegnania z dawną obsadą wiązał się z ogromnym wzruszeniem. Mirosław Neinert unika patetycznych słów o „końcu epoki”, ale przyznaje, że 22 lata wspólnych wyjazdów w najróżniejszych warunkach po Polsce i za granicą stanowiło dla nich „pół życia”. Spektakl ukształtował całe katowickie środowisko, a jego sukces pociągnął za sobą kolejne, zarówno jeżeli chodzi o dalsze głośne sztuki o śląsku i po śląsku (z „Mianujom mie Hanka” według Alojzego Lyski na czele), jak i kariery artystów – by wymienić tu tylko samego Talarczyka czy fenomenalną Grażynę Bułkę.
Tymczasem przed premierą w 2004 roku nikt nie wróżył przedstawieniu tak imponującej kariery. Talarczyk wspomina, że realizatorzy byli pełni obaw i nie mieli pojęcia, jak spektakl zostanie przyjęty. Poczucie, że „coś się udało”, nadeszło dopiero w chwili, gdy Kazimierz Kutz publicznie pobłogosławił spektakl, nazywając go „teatralnym cudem”, a publicysta Michał Smolorz określił realizację mianem wielkiego wydarzenia.
Fenomen: barwne postaci kontra bezlitosna „perspektywa żaby”
Zapytani o jedną, kluczową rzecz, dzięki której „Cholonek” przez ponad dwie dekady nie schodził z afisza, obaj reżyserzy udzielają skrajnie różnych odpowiedzi:
- Mirosław Neinert wskazuje krótko na „barwność postaci”. W jego ocenie bohaterowie Janoscha nie są nudnymi figurami pomnikowymi, lecz ludźmi targanymi autentycznymi namiętnościami i wadami. Dyrektor Korezu porównuje śląską familię do bohaterów filmu Ettore Scoli Odrażający, brudni i źli – z portretu ułomnych postaci wyłania się wspólnota, w której widzowie potrafią rozpoznać samych siebie i pomyśleć: „No Boże, tacy jesteśmy”. Spektakl dotyka tożsamości Ślązaków, przypominając, że swojej trudnej historii nie trzeba się wstydzić, a widzom w reszcie kraju uświadamia skomplikowane losy regionu (zaczynajac od tego, że Śląsk nie znajdował się pod zaborami, a na zawiłych losach Śląska i Ślązaków w XX wieku kończąc).
- Robert Talarczyk proponuje z kolei interpretację przewrotną i prowokacyjną. Żartuje, że sukces spektaklu wynikał z... braku krytycznej refleksji śląskiej widowni nad własnym środowiskiem. Widzowie odebrali „Cholonka” z sentymentalnym zachwytem jako opowieść o swoich przodkach, nie dostrzegając, jak bezlitosna, i tak na zdrowy rozum antyśląska i pokazana „z perspektywy żaby” jest to historia o ludziach podłych, głupich i koniunkturalnych. Jak prowokacyjnie pointuje Talarczyk:
„Może to ten brak refleksji Ślązaków nad swoim plemieniem sprawił, że gramy to 22 lata, bo gdyby byli bardziej refleksyjni, to może by kazali nam to zdjąć po dziesięciu przedstawieniach”.
Rada dla spóźnialskich i nadzieja na kolejne 20 lat
Dla widzów, którzy przez ponad dwie dekady odkładali wizytę w teatrze i przegapili pierwotną obsadę, reżyserzy mają dwie różne rady.
Neinert rzuca bezceremonialne: „Chopie, ogarnij się”. I przestrzega, że przy wiecznym odkładaniu spraw na później niczego się w życiu nie doświadczy, bo „w teatrze to już w ogóle nie ma na potem”. Słowem, kto nie widział – niech żałuje, bo jest czego.
Talarczyk jest bardziej wyrozumiały, przypominając, że nie wszystko stracone. I radzi pisać petycje do Telewizji Polskiej, która zarejestrowała spektakl około 2015 roku, by wykupiła prawa i udostępniła to archiwalne nagranie na stałe w serwisie TVP VOD.
Przekazanie pałeczki młodym wykonawcom ma być dla kultowego przedstawienia zastrzykiem energii. Reżyserzy liczą, że nowa obsada pozwoli „Cholonkowi” z powodzeniem trwać na scenie przez kolejne 10, a może nawet 20 lat.
Może Cię zainteresować:
„Cholonek” w Korezie. Spektakl, który na nowo opowiedział historię Ślązaków, i to po śląsku
Może Cię zainteresować:
Zbigniew Rokita: Postawmy w Katowicach pomnik Cholonka. Symbol śląskiego humoru i zagubienia
Może Cię zainteresować: