Można by odnieść wrażenie, że w warszawskich gabinetach czas płynie innym rytmem, a raczej nie płynie wcale, zapętlony w wiecznym roku 1922, 1945 czy 2016. Zmęczenie, z jakim człowiek pochyla się nad kolejnymi „opiniami” Instytutu Pamięci Narodowej, jest niemal fizyczne. To ten specyficzny rodzaj znużenia, który towarzyszy obserwowaniu kogoś, kto z uporem godnym lepszej sprawy próbuje przelać ocean śląskiej złożoności do plastikowego kubeczka narodowej martyrologii.
Schabik legitymizował nazistów?
Weźmy na warsztat przypadek Karla Schabika z Gliwic. To człowiek, który przez ćwierć wieku mozolnie kreślił wizję nowoczesnego miasta-ogrodu, dbając o to, by robotnik miał gdzie odetchnąć wśród zieleni. Dziś staje on przed obliczem urzędniczej machiny jako „element systemu”. IPN, w swej nieskończonej mądrości, stosuje tu metodę, którą można nazwać „lustracją retrospektywną”. Zgodnie z tą logiką, skoro Schabik projektował parki w czasach, gdy nad ratuszem łopotała flaga ze swastyką, to swoją pracą legitymizował zbrodniczy reżim.
Fakt, że ów rzekomy „zbrodniarz” mimo silnych nacisków nigdy nie zapisał się do NSDAP, a swoją lojalność wobec miasta i jego mieszkańców przypłacił ostatecznie śmiercią w sowieckim łagrze, pozostaje dla centrali jedynie niewygodnym przypisem. To biurokratyczne spłaszczanie biografii prowadzi do absurdalnych wniosków: wybitny urbanista zostaje zrównany z ideologicznym funkcjonariuszem, bo śmiał trwać na posterunku fachowca w czasach pogardy. To nie jest rzetelna historia; to urzędnicza nekromancja uprawiana na zlecenie politycznego paradygmatu.
Ulitzka bez kontekstu
Jeszcze jaskrawszym dowodem na intelektualną kapitulację centrali jest sprawa księdza Carla Ulitzki z Raciborza. Lider śląskiego Centrum, nazywany „Niekoronowanym Królem”, twardo bronił języka polskiego w Kościele, za co był bity przez bojówki SA, by ostatecznie trafić do KL Dachau. Mimo to wciąż nie może doczekać się godnego upamiętnienia. Dlaczego? Bo IPN wyciąga z jego wielowymiarowego życia jedno, wyrwane z kontekstu głosowanie nad Ermächtigungsgesetz (ustawy o pełnomocnictwach) w 1933 roku. Czyni to, całkowicie ignorując atmosferę terroru i wycelowane w posłów pistolety SS na sali obrad.
Dla Warszawy „grzechem pierworodnym” Ulitzki nie jest jednak to jedno nieszczęsne głosowanie, lecz fakt, że śmiał marzyć o autonomii Śląska w ramach Niemiec. To dokładnie ta sama linia pogardy, którą prezentował wojewoda Grażyński w czasach sanacji, a później komunistyczni politrucy w PRL-u: Ślązak może być bohaterem tylko wtedy, gdy jest jednoznacznie „nasz”, gdy idealnie pasuje do wizji powrotu do „Macierzy”. Status ofiary totalitaryzmu nie wystarcza, by zadowolić dzisiejszych inkwizytorów pamięci, jeśli biografia delikwenta mieni się odcieniami szarości, których w Warszawie nikt nie potrafi – lub nie chce – rozpoznać.
Zderzenie tych dwóch światów – warszawskiego i śląskiego – ujawnia głęboką wyrwę w rozumieniu historii. Tam, gdzie IPN widzi w piastowaniu urzędów w latach 1933–1945 jedynie legitymizację zbrodniczego systemu, perspektywa lokalna dostrzega przede wszystkim fachowość, etos pracy i autentyczną troskę o infrastrukturę, która miała służyć pokoleniom, niezależnie od barw powiewających na masztach. To fundamentalny spór o to, czy rzetelne wykonywanie obowiązków architekta czy lekarza w czasach mroku jest kolaboracją, czy raczej formą cywilizacyjnego przetrwania.
Podobny dysonans dotyczy tragicznego wyboru księdza Ulitzki. Dla urzędników z centrali jego głosowanie w 1933 roku to akt współudziału w budowie dyktatury, podczas gdy historycy regionu widzą w tym dramatyczną, choć ostatecznie skazaną na porażkę, próbę ratowania resztek wolności religijnej pod brutalnym przymusem. Ostatecznie jednak największą barierą pozostaje kwestia tożsamości narodowej. Brak poparcia dla polskiego projektu narodowego w oczach Instytutu automatycznie dyskwalifikuje daną postać, ignorując fakt, że dla wielu mieszkańców regionu była to postawa wynikająca z dbałości o unikalną, wielokulturową specyfikę ich „małej ojczyzny”.
Działania te wywołują niebezpieczny „efekt mrożący” w lokalnych samorządach. Radni w Gliwicach, zamiast stać murem za dziedzictwem Schabika, zdejmują projekty z porządku obrad, obawiając się otwartej konfrontacji z opinią Instytutu. To forma miękkiej cenzury, która zubaża regionalną tożsamość w imię ideologicznej sterylności. IPN, powołany do badania zbrodni przeciwko narodowi, staje się w oczach Ślązaków instytucją uprzedzoną – strukturą, która nie pojmuje, że tragizm losów tego pogranicza nie daje się zamknąć w prostych, binarnych schematach.
Zamiast rzetelnej edukacji i osadzania postaci w kontekście epoki, otrzymujemy radykalne wymazywanie. Zamiast dojrzałego państwa, potrafiącego oddzielić dorobek cywilizacyjny od ideologicznego obłędu, mamy prostacki urzędniczy dyktat płynący z Warszawy. Co paradoksalne, takie podejście jedynie wzmacnia nastroje autonomistyczne, stanowiąc namacalny dowód na to, jak mało „centrala” wie o duszy Śląska. Walka o Schabika i Ulitzkę , a wcześniej o Szewczyka, to nie spór o treść napisów na tabliczkach. To walka o prawo do pamięci o regionie, którego twarz jest wielokulturowa, tragiczna i – co najgorsze dla urzędników – odporna na centralne sterowanie. Nic się nie zmieniło. Znowu to samo.
Może Cię zainteresować:
Piotr Fuglewicz: Buntownik z Kioto. Japoński świat profesora Shinsuke Hosody
Może Cię zainteresować:
W sercu śląskiego mroku. Jak niemiecki doktor zszywał krainę śmierci. Historia Juliusza Rogera
Może Cię zainteresować: