Najkrótsza historia języków na Śląsku
Homo sapiens pojawił się na dzisiejszym Śląsku 40–35 tysięcy lat temu, przynosząc ze sobą absolutnie nam nieznane protojęzyki. Zdecydowanie bliżej naszych czasów, pod koniec drugiego tysiąclecia przed naszą erą, ziemie te zamieszkiwały ludy należące do tak zwanej kultury łużyckiej, o nieznanej nam dziś etniczności (o ile w ogóle możemy ją wytypować), które to naturalnie miały jakiś język. Potem jest już prościej. Przez pięćset lat mieszkają tu Celtowie, posługujący się hipotetycznymi śląskimi dialektami celtyckimi, a później plemiona germańskie. Ci w V i VI wieku naszej ery ustępują plemionom słowiańskim. Przez około 700 lat Śląsk jest w zdecydowanej większości zamieszkany przez Słowian, którzy zapewne miejscami wymieszali się z pozostałymi Germanami, przyjmując jednocześnie trochę kultury po Celtach, na przykład wybór miejsc kultowych. Nas interesuje jednak język.
To, co nastąpiło w średniowieczu, XIX-wieczni działacze polscy nazywali mianem germanizacji Śląska. Ówcześni działacze niemieccy zwali to regermanizacją związaną z „epizodem słowiańskim”, a neutralnie i fachowo mówi się po prostu o średniowiecznej kolonizacji niemieckiej. Bo to właśnie średniowiecze dało nam na Śląsku prawdziwy kocioł językowy.
Day ut ia pobrusa
Niemcy, a dokładniej Cesarstwo Rzymskie w okresie pełnego średniowiecza było krajem na wskroś przeludnionym i gospodarczo niewydolnym. Od XII wieku trwała wielka akcja migracyjna, która parła we wszystkie możliwe strony. Do Francji, na Wyspy Brytyjskie, do Italii, na Bałkany, no i oczywiście na tereny Polski i Czech. A i dalej jeszcze szła. Książętom śląskim było to w to graj. Wspierali zaludnianie księstw osadnikami i zakładanie miast na prawach niemieckich. Ba, bywało, że niemieccy osadnicy trafiali tu nawet nie z Cesarstwa, a z Małopolski.
Spowodowało to wielki tygiel językowy. W miastach mówiono w wielu językach i dialektach: niektóre wsie były słowiańskojęzyczne, inne niemiecko. Najsłynniejszym przykładem jest oczywiście Szywołd (Schönwald), czyli dzisiejszy gliwicki Bojków, gdzie aż do 1945 roku występował dialekt wywodzący się z języka średnio-wysoko-niemieckiego, wyjątkowo mało zmieniony w stosunku do mowy średniowiecznej. Ale Szywołd to ewenement. Wiele osad albo asymilowało się z mową słowiańską (nazywaną podówczas polską), albo ewoluowało, wypracowując dialekty Schläsch, czyli niemieckiego brata przyrodniego godki. Co ciekawe, dialekty Schläsch, a zwłaszcza Oberschlesisch, były głównym pasem transmisji germanizmów do naszej godki, nie zaś literacki hochdeutsch.
Przez wieki kody językowe mieszały się z wolna i zdaniem badaczy na prowincji dominowały raczej słowiańskie dialekty niż germańskie; w miastach zaś bywało z tym różnie. Ponadto nie można zapominać o wpływach czeskich, sztucznych językach kancelaryjnych oraz łacinie. Jednak XVIII i XIX wiek przyniosły prawdziwą rewolucję.
Lass mich mal mahlen
Nie wiemy, kiedy i jak dokładnie Schläsch wyparł słowiańskie dialekty Dolnego Śląska. Domyślać się tylko możemy, że proces ten nie trwał tygodnia i że odbywał się w pierwszej kolejności w wyższych klasach społecznych, a potem stopniowo przechodził na niższe. Faktem jest jednak, że najpierw miasta zaczęły mówić po niemiecku, a potem i wieś słowiańska zaczęła szprechać. I to na całym Śląsku… Całym? Nie, kilka miejscowości wciąż stawiało opór i mówiło tak, jak za jejich starzików.
Językoznawcy i etnografowie w pierwszej połowie XIX wieku notowali, że w rejonie Oławy – zaledwie 30 km od Breslau – oraz na północnym pograniczu Śląska z Wielkopolską nadal trzymała się godka. Bo tak możemy ją nazwać.
Sami Ślązacy mówili, że jest to mowa polska, bądź wasserpolska, i tutaj należy oddać sprawiedliwość kwestii samej nazwy. Paradoksalnie nie wiemy jednak, co to dokładnie oznaczało i na ile było to tożsame z identyfikacją z państwem polskim czy bliżej nieokreśloną kulturą polską. Wiemy na pewno, że nie niosło to ze sobą identyfikacji narodowej we współczesnym tego słowa rozumieniu, a Ślązacy spytani o to, kim są, w pierwszej kolejności powiedzieliby, że ewangelikami albo katolikami. Z punktu widzenia historycznego i naukowego musimy tu jednak postawić granicę naszej wiedzy i możliwości wejścia do umysłów naszych przodków.
Określenie wasserpolski również jest problematyczne, mamy bowiem dwie zaproponowane etymologie: obiegową i nieco bardziej naukową, chociaż nie możemy ostatecznie rozsądzić, która jest bliższa prawdy. Pierwsza zakłada, że wasserpolski oznacza rozwodnioną mowę Ślązaków – ni to polską, ni to niemiecką. Druga z kolei mówi, że to określenie wywodzące się od śląskich flisaków, których nazywano właśnie „wodnymi Polakami”, a ich mowę – wasserpolską.
Matyrlok
Patrząc na to, jak wyglądała dolnośląska godka Wodnych Polaków, widać w niej wiele elementów spotykanych na Górnym Śląsku. Jest sycenie, jest unosowienie jak w okolicach Opola (banda zamiast będę), są też słowa typowo górnośląskie, jak fanzol, krupniok czy gacopiyrz. Natomiast podtyłowy matyrlok to nasz górnośląski szmaterlok. Śledząc więc dawne słowniki oraz realizowany w tym roku projekt „Po DolnoŚląsku”, można odnieść nieodparte wrażenie, że oławski dialekt to nic innego jak zmarła kuzynka naszej godki. A może i siostra.
Z jednej strony projekt, realizowany przez Instytut Dolnośląski i koordynowany przez Tomasza Sielickiego, to inicjatywa, która ma przypomnieć współczesnym mieszkańcom Dolnego Śląska o zapomnianych, słowiańskich korzeniach regionu. Z drugiej strony – nam, Górnoślązakom – pośrednio dużo mówi o godce i pokazuje, jak bardzo endemiczni zostaliśmy.
Dla zachowania porządku i z dziennikarskiego obowiązku musimy jednak dodać, że działania w ramach projektu są bardzo różnorodne i obejmują (do końca 2026 roku) kilka głównych obszarów:
- Wydarzenia kulturalne i koncerty: Projekt inaugurowany jest poprzez eventy we Wrocławiu (np. na Ostrowie Tumskim). Obejmują one m.in. koncerty muzyki średniowiecznej i renesansowej, przypominające dawnych poetów-śpiewaków (jak książę wrocławski Henryk IV Probus), a także plenerowe pokazy gry na instrumentach historycznych.
- Edukacja i prelekcje: Organizowany jest cykl otwartych i darmowych wykładów w siedmiu dolnośląskich miastach (m.in. we Wrocławiu, Legnicy, Oławie, Kątach Wrocławskich czy Środzie Śląskiej). Tomasz Sielicki oraz inni eksperci opowiadają tam o historii dialektu, zaginionych słowach i dawnych obyczajach.
- Żywy folklor i rekreacja: Aby inicjatywa nie opierała się tylko na teorii, zaplanowano pokazy tradycyjnych, zapomnianych tańców dolnośląskich (takich jak koza, kozira czy jedliniok), które wykonują lokalne zespoły pieśni i tańca. Dodatkową atrakcją urozmaicającą formę przekazu są takie pomysły, jak wycieczka zabytkowym autobusem do Ratowic (miejscowości związanej z dawnymi badaczami dialektu).
- Praca badawcza: Oprócz działań eventowych, organizatorzy współpracują z dialektologami i naukowcami, aby przygotować profesjonalne, pisemne opracowanie najważniejszych cech zaginionej dolnośląskiej goudki.
Jednak
jak mawiają mistrzowie samurajów, przyszłość zawsze w ruchu jest
i kto wie, czy nam goudka oławska nie wkradnie się do literatury
śląskiej i tym sposobem ponownie odżyje.


