REWOLUCJA 1989 ROKU
UPADEK GÓRNEGO ŚLĄSKA
Dla Górnego Śląska rok 1989 nie był rewolucją z fajerwerkami. To nie był moment wybuchu, lecz powolnego wygasania. Przemiany polityczne, a zwłaszcza idące za nimi przemiany ekonomiczne w regionie pełnym kopalń i hut oznaczały coś zupełnie innego niż w Warszawie, Gdańsku czy Krakowie. Tutaj nie tylko świętowano koniec epoki socjalizmu, ale przede wszystkim zadawano pytanie: „Co będzie z naszą pracą?”.
Pierwsze lata transformacji były brutalne. Wolny rynek okazał się przestrzenią nie tyle wolności, co bezlitosnej konkurencji. Przemysł ciężki – przez dziesięciolecia sztucznie podtrzymywany przy życiu przez państwo – nie wytrzymał zderzenia z globalną ekonomią. Zamykały się kolejne kopalnie i kolejne huty. Robotnicy, przyzwyczajeni do stałego zatrudnienia, regularnej wypłaty i godności pracy, zderzyli się z nowym słowem: bezrobocie. W niektórych powiatach Górnego Śląska przekraczało ono 25%, a nawet 30%.
Osiedla robotnicze popadały w ruinę. Budynki przemysłowe stały się ruinami szybciej, niż je wybudowano. Zdegradowany krajobraz – z hałdami, wyschniętymi rzekami, śmierdzącym powietrzem – przypominał o przemijaniu nie tylko systemu, ale całego świata. Restrukturyzacja górnictwa odbywała się pod hasłem „ratowanie budżetu państwa”. Koszty dopłat do wydobycia były gigantyczne, a zapotrzebowanie na węgiel spadało. Wprowadzono tzw. Górnicze pakiety socjalne – odprawy, emerytury, programy przekwalifikowania. Ale pieniądze nie likwidowały poczucia utraty tożsamości, dumy, sensu.
Wielu górników otrzymało odprawy w wysokości 30–50 tysięcy złotych (wówczas to była spora suma), ale ludziom, którzy nigdy wcześniej nie prowadzili działalności gospodarczej, pieniądze te szybko się kończyły, zwłaszcza że często były inwestowane w chybione interesy: bar, kiosk, komis samochodowy. „Dali mi 40 tysięcy. Kupiłem busa. Po dwóch latach nie było ani busa, ani kasy” – wspominał jeden z byłych górników z Rudy Śląskiej.
Odprawy rozwiązywały problem krótkoterminowo. Nie tworzyły nowych miejsc pracy. Nie zmieniały struktury gospodarki. Niektóre zakłady – jak nieczynna Kopalnia Rozbark czy Huta Pokój – przypominały ruiny cywilizacji, która zniknęła w ciągu zaledwie dekady. Zniknęła bez wojny, bez bomby, bez pożaru – tylko przez decyzje ekonomiczne.
Dla rodzin górniczych kopalnia była nie tylko miejscem pracy. Była tradycją, punktem odniesienia, fundamentem życia. Mężczyzna, który nie schodził już na dół, przestawał być „prawdziwym chłopem”. Kobieta, której mąż nie wracał z czarnym ręcznikiem i w poplamionym mundurze, czuła, że coś się skończyło. Ulica, której nie budził hałas zmiany porannej, rozbrzmiewała ciszą utraconego porządku. Nowy porządek – kapitalizm, prywatyzacja, wolny rynek – na Górny Śląsk nie przyszedł z obietnicą, lecz z wypowiedzeniem pracy. W wielu przypadkach decyzje zapadały w Warszawie, bez konsultacji z lokalną społecznością.
Dla mieszkańców Zabrza, Bytomia czy Świętochłowic była to nie tylko klęska ekonomiczna – to był upadek świata, który znali od dziecka. Z dnia na dzień dziesiątki tysięcy ludzi traciły pracę. Mężczyźni w wieku 45–55 lat, z wykształceniem zawodowym, często nieznający niczego poza obsługą kombajnu czy pieca hutniczego, lądowali na bezrobociu – bez pomysłu, jak odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Kolejne pokolenie – synowie górników, którzy mieli iść „na dół” jak ojciec i dziadek – zderzało się z rzeczywistością braku przyszłości. Znikały pewne dochody. Rodziny żyły z zasiłków, z nieformalnych robót, z kredytów, które szybko przeradzały się w długi. W niektórych dzielnicach – jak Zandka w Zabrzu, Lipiny w Świętochłowicach, Nikiszowiec w Katowicach i wiele innych – zaczęły pojawiać się symptomy trwałego wykluczenia społecznego: bieda, alkoholizm, przemoc domowa, problemy ze zdrowiem psychicznym, emigracja młodych – najpierw do Niemiec, potem do Anglii, Irlandii, Holandii. Za tym szło przekształcanie się tych miejsc w scenografie niczym z filmu postapokaliptycznego. Normą stawały się w nich opustoszałe familoki z wybitymi szybami, zawalone magazyny i zardzewiałe suwnice, wieże szybowe oplecione bluszczem i ciszą, milczące dźwigi, wyłączone syreny, puste łaźnie. Zamykanie kopalni było rozrywaniem wspólnoty. A z tą wspólnotą odchodziła wiara, że Górny Śląsk może jeszcze być czymś więcej niż rezerwuarem taniej siły roboczej i wspomnień po potędze.

Lipiny w Świętochłowicach. Opowieść o upadku
Lipiny, dzielnica Świętochłowic, to jedno z miejsc, które stały się symbolem upadku Górnego Śląska po 1989 roku. Choć problemy zaczęły się nieco wcześniej, to właśnie transformacja gospodarcza sprawiła, że na dobre rozgościły się tutaj bezrobocie i ubóstwo, a nieco później ich konsekwencje w postaci różnej maści zjawisk patologicznych. Wszystko to rozegrało się na tle charakterystycznej architektury – pięknych, lecz zaniedbanych kamienic, które są pamiątką po działającej tu niegdyś hucie cynku.
Losy Lipin dobrze pokazują przebieg zjawisk gospodarczych i społecznych, jakie kształtowały Śląsk w ciągu dwóch ostatnich stuleci – od wiejskich początków z końca XVIII wieku, przez okres gwałtownej industrializacji, po współczesne problemy postindustrialne. Wydobycie węgla kamiennego ruszyło tu w 1823 roku, trzy lata później miejscowość przeszła w ręce hrabiego Karola Łazarza Henckla von Donnersmarcka – jednego z najpotężniejszych magnatów przemysłowych regionu. Za jego czasów zaczęto wznosić pierwsze osiedla robotnicze. Z biegiem lat przybywało zakładów pracy, co wiązało się z dynamicznym rozwojem infrastruktury i napływem ludności. W 1834 roku uruchomiono w Lipinach huty cynku, odpowiadając na rosnące zapotrzebowanie na ten surowiec, wykorzystywany m.in. do produkcji blachy cynkowej i innych wyrobów metalowych. Z czasem dzięki nowoczesnym technologiom poprawiono zarówno jakość, jak i wydajność produkcji. Zakłady dynamicznie się rozwijały, stając się jednym z kluczowych elementów przemysłowego imperium Donnersmarcków. Pod koniec XIX wieku przyjęły nazwę Zakłady Cynkowe „Silesia” i stały się jednym z największych producentów cynku w regionie, działając zarówno na rynku krajowym, jak i międzynarodowym.
Znaczenie Lipin stopniowo rosło. W 1875 roku zostały podniesione do rangi samodzielnej gminy, w której oddano do użytku kościół, w 1894 roku uruchomiono tramwaj parowy łączący Lipiny z Zabrzem i Królewską Hutą, wkrótce ulice miejscowości oświetliły pierwsze lampy elektryczne, a w 1907 roku wzniesiono ratusz. Na początku XX wieku zakłady cynkowe wciąż pełniły istotną funkcję w regionalnej gospodarce. Rosnące potrzeby rozwijającego się przemysłu chemicznego i metalurgicznego zwiększały popyt na cynk, co sprzyjało ich dalszej modernizacji i rozbudowie. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku i przyłączeniu do niej części Górnego Śląska Lipiny znalazły się w granicach II Rzeczypospolitej. Mimo licznych wyzwań „Silesia” pozostawała jednym z najważniejszych zakładów przemysłowych regionu, dając zatrudnienie wielu okolicznym mieszkańcom.
W 1945 roku, po zakończeniu wojny, zakłady zostały przejęte przez państwo, a sześć lat później Lipiny oficjalnie włączono do Świętochłowic. Jeszcze w latach 50. i 60. XX wieku produkcja cynku odgrywała ważną rolę w lokalnej gospodarce, jednak już w kolejnych dekadach – w latach 70. i 80. – jej znaczenie zaczęło stopniowo maleć. Do głównych przyczyn tego procesu należały brak nowoczesnych rozwiązań technologicznych, coraz niższa opłacalność produkcji oraz postępujące zanieczyszczenie środowiska, które zbiegło się z rosnącą świadomością ekologiczną. Przez dziesiątki lat gleby i wody gruntowe w rejonie Lipin były skażone metalami ciężkimi, co negatywnie wpływało na warunki życia mieszkańców. Dziś po dawnych zakładach cynkowych nie pozostały niemal żadne fizyczne ślady, ale ich historia wciąż stanowi istotny element dziedzictwa kulturowego Świętochłowic.
Niestety likwidacja przedsiębiorstwa, a tym samym dziesiątek miejsc pracy, doprowadziła dzielnicę do niemal całkowitej ruiny – i to zarówno jeśli chodzi o budynki, jak i o tkankę społeczną. Stopniowo traciła ona na znaczeniu, aż stała się cieniem dawnej, dynamicznie rozwijającej się gminy. Rytm dnia ustalony przez zakład zastąpiły marazm, zniechęcenie i poczucie porzucenia. Coś, co działało przez dziesiątki lat, nagle zamknięto na głucho, a ludzie zostali zostawieni sami sobie. Gigantyczne bezrobocie sprawiło, że codziennością mieszkańców stała się bieda i wykluczenie społeczne. Często nie byli w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb życiowych, nie mówiąc już o tych wyższych – kulturalnych.
Kolejnym etapem dramatycznego spadku jakości życia stało się zaniedbanie budynków. Ulice Chorzowska, Wieczorka, Barlickiego, Rudzka, Świdra, Okrzei i wiele innych zaczęły wręcz straszyć. Ciągi kamienic wyglądają tak, jakby były scenografią mrocznego filmu, a nie domami ludzi w XXI wieku. A niegdyś były bardzo ładne: wysokie, ceglane, solidne i do tego ozdobione drobnymi detalami architektonicznymi, takimi jak gzymsy, łukowe nadproża nad oknami czy dekoracyjne obramowania drzwi i okien. Od lat nieremontowane, brudne elewacje osypują się, a po dekoracjach nie ma śladu. Zamiast nich zobaczyć można różnego rodzaju wulgarne napisy i inne ślady wandalizmu. Klatki schodowe i dawne wspólne podwórka zostały całkowicie zdewastowane.
Wiele kamienic jest zamieszkiwanych przez osoby znajdujące się w fatalnej sytuacji materialnej, które korzystają z pomocy społecznej i siłą rzeczy nie mają środków na bieżące utrzymanie i remonty budynków. Słabo działają spółdzielnie, brakuje pieniędzy i zarządców. Dzielnica uległa też wyludnieniu. Mnóstwo mieszkań jest opuszczonych, czego świadectwem są okna zabite deskami. Zdarzają się takie domy, w których tylko jeden, dwa lokale są zamieszkane, a w pozostałych hula wiatr. Większość sklepów przestała działać. Dobrze trzymają się tylko te z podstawowymi artykułami spożywczymi i alkoholem, który jest łatwo dostępnym środkiem znieczulającym, szybko pozwalającym zapomnieć o rzeczywistości. A często też jedynym środkiem, który tę rzeczywistość jakoś wypełnia.
Chociaż Górny Śląsk obecnie bardzo szybko odradza się po niedawnym upadku, żyje się tu wygodnie i dostatnio, to jednak nadal są miejsca, w których procesy regeneracyjne nawet się nie zaczęły. I Lipiny z pewnością do tego – coraz mniejszego, ale jednak wciąż istniejącego – grona „zakazanych dzielnic” należą. Niestety nieustannie borykają się z negatywnym wizerunkiem, co utrudnia przyciągnięcie inwestorów i realizację projektów rewitalizacyjnych.
Jest jednak jeden moment w roku, kiedy Lipiny starają się nabrać blasku i przyciągnąć gości z zewnątrz – to tradycyjna, kultywowana od dziesięcioleci procesja w święto Bożego Ciała. To jedno z najbardziej znanych i widowiskowych wydarzeń religijnych na Górnym Śląsku, będące nieodłącznym elementem tożsamości lokalnej społeczności. W tak uroczysty sposób zaczęto ten dzień obchodzić już w XIX wieku. Był on okazją do odpoczynku i radosnego, wspólnego świętowania. Kolorowa oprawa dawała radość i wytchnienie od szarych barw zwykłej robotniczej codzienności, w której nie było nic poza ciężką pracą i troską o gospodarstwo domowe. Tak jak w innych regionach Polski, tak i tutaj procesja wędruje z kościoła do poszczególnych ołtarzy polowych, budowanych przez okolicznych mieszkańców i ozdabianych kwiatami, obrazami o tematyce religijnej i lokalnymi akcentami dekoracyjnymi. Procesja na Lipinach wyróżnia się jednak tym, że zaraz za księdzem licznie maszerują parafianie, ubrani w bogato zdobione śląskie stroje ludowe, niosą obrazy lub figury świętych. Uroczystości Bożego Ciała są także okazją do zaprezentowania innego, bardziej przyjaznego oblicza Lipin, ponieważ pojawiają się tu wówczas goście z różnych miast Górnego Śląska, a nawet spoza regionu. A jednak mimo pogodnej atmosfery tego dnia i wielkich starań, by ukryć to, co brzydkie, dzielnicę spowija mrok. Gdyby szukać miejsca, w którym skończył się świat, to Lipiny mogłyby się stać celem takich poszukiwań. Dzielnicę wciąż trawią ogromne problemy, z którymi uporać się można, tylko mając ogrom środków, a do tego mnóstwo pomysłów, cierpliwości i zapału.
Osiedle Bobrek w Bytomiu
Kolejna opowieść o upadku W odpowiedzi na intensywny rozwój przemysłu ciężkiego na Górnym Śląsku, w 1854 roku w miejscowości Bobrek – która sto lat później została włączona w granice Bytomia – spółka Vulkan założyła Hutę Julia. Bobrek, znany już od XIV wieku, uległ głębokim przeobrażeniom wraz z postępującą industrializacją, zwłaszcza że położony był w sąsiedztwie bogatych złóż węgla kamiennego. Czyniło to ten teren wyjątkowo atrakcyjnym dla potentatów górniczych i hutniczych. Huta Julia szybko zyskała status jednego z najważniejszych zakładów przemysłowych w regionie. Dzięki inwestycjom w nowoczesne technologie oraz korzystnemu położeniu przez długie lata odgrywała znaczącą rolę w lokalnej gospodarce.
W okresie międzywojennym huta w Bobrku należała do największych i najbardziej zaawansowanych technologicznie zakładów tego typu na terenie Niemiec. Po zakończeniu II wojny światowej, już jako Huta Bobrek, kontynuowała działalność z dużym powodzeniem. Zakład był systematycznie modernizowany i rozbudowywany, co umożliwiało zwiększenie efektywności produkcji oraz lepsze dostosowanie się do zmieniających się realiów rynkowych. W czasach PRL-u huta w Bobrku, podobnie jak inne kluczowe zakłady przemysłowe w kraju, miała status dobra narodowego i odgrywała istotną rolę w realizacji planów gospodarczych państwa. W latach 70. XX wieku, na które przypadł szczytowy okres jej rozwoju, zatrudniała około 5 tysięcy pracowników, a pracowały w niej trzy wielkie piece i osiem pieców martenowskich.
Huta działała do 1994 roku. Nowa rzeczywistość ekonomiczna wymusiła jej zamknięcie, co okazało się katastrofą dla zatrudnionych w niej ludzi i ich rodzin. Z dnia na dzień zostali z niczym. Wpisało się to w ogólny trend lat 90. XX wieku, okresu, w którym restrukturyzacja przemysłu ciężkiego i zamknięcie wielu kopalń oraz zakładów hutniczych miały katastrofalne skutki dla takich dzielnic jak Bobrek. Huta Bobrek, która przez lata była sercem dzielnicy, musiała ograniczyć swoją działalność, co spowodowało masowe zwolnienia i wzrost bezrobocia. Dzielnica zaczęła zmagać się z problemami społecznymi. Do jej codzienności, tak jak w Lipinach, wkroczyły ubóstwo, bezrobocie i wykluczenie społeczne, za którymi maszerowali ich nieodłączni towarzysze: rozmaite zjawiska patologiczne. Bardziej obrotni znaleźli pracę gdzie indziej i opuścili swoje mieszkania. Ponieważ na ich miejsce nie było chętnych, mieszkania stały puste, co tylko pogarszało stan całych budynków. W ten sposób wiele familoków w Bobrku uległo degradacji, przyczyniając się do stworzenia mrocznego wizerunku tej okolicy. Dzisiaj osiedle to, jak wiele dzielnic postindustrialnych, stoi przed trudnym zadaniem odnalezienia nowej tożsamości. Przykładem, że to się może udać, jest inna podupadła robotnicza kolonia Bytomia – Zgorzelec, która przeszła kompleksową renowację i będzie przyjemnym miejscem do życia. Kluczem do sukcesu może być połączenie dziedzictwa przemysłowego z nowoczesnym podejściem do urbanistyki, zarządzania przestrzenią i dostosowania się do szybko postępujących zmian społecznych.
Pamiątką po hucie i czasach świetności Bobrka jest budynek siłowni przy ulicy Konstytucji, naprzeciwko pierwszego rzędu familoków. W przeszłości mieścił on urządzenia napędzane gazem wielkopiecowym powstałym w procesie redukcji rud żelaza, a także unikatowe, gigantyczne koła zamachowe o obudowie mającej 15 metrów średnicy. Piękny ceglany budynek, stylistycznie korespondujący z osiedlem robotniczym, składa się z dwóch połączonych ze sobą części: starszej i węższej z 1900 roku oraz młodszej, ukończonej w 1907 roku. Niestety na razie – tak jak domy – wygląda dość marnie, ale są plany, by urządzić w nim Muzeum Koksownictwa. Chorzów doczekał się Muzeum Hutnictwa i uhonorowania tej gałęzi przemysłu, więc może i w Bytomiu uda się zrealizować podobny pomysł? Tym bardziej że gmach jest naprawdę piękny – bardzo długi, neoromański, ceglany. Już w 1984 roku dostrzeżono walory jego architektury i wpisano siłownię do rejestru zabytków, co prawdopodobnie ocaliło ją od zagłady. Pod względem historycznym jest to w zasadzie jedyna pamiątka po hucie żelaza Julia, działającej w Bobrku przez prawie 150 lat.
Osiedle Zgorzelec. Trzecia opowieść o upadku, ale i o odrodzeniu
Bytom-Łagiewniki. Na samym południu miasta, tuż przy granicy z Rudą Śląską, kryje się jedno z najbardziej fascynujących miejsc na mapie Górnego Śląska – osiedle patronackie Zgorzelec. To tu, w cieniu dawnej huty, przemysł, historia i architektura splatają się w opowieść o wzlocie, zapomnieniu i odrodzeniu. Ta opowieść toczy się jakby w ukryciu, bo Zgorzelec jest oddalony od głównej drogi i sielsko zatopiony w lesie.
Kolonia powstała w latach 1897–1901 jako osiedle robotnicze dla pracowników huty żelaza Hubertus – zakładu założonego przez Huberta von Tiele-Wincklera, jednego z najważniejszych śląskich przemysłowców XIX wieku. Huta, później znana jako Zygmunt, była potężnym zakładem przemysłowym, który przez dekady produkował linie technologiczne i maszyny dla hutnictwa. Kolonia robotnicza stanęła na zachód od zakładu, na zielonych terenach przeciętych przez rzekę Bytomkę.
Osiedle składało się z ponad 30 ceglanych domów, wzniesionych w duchu pragmatycznego, ale estetycznego budownictwa patronackiego. Parterowe i jednopiętrowe budynki mieszkalne sąsiadowały z budynkami gospodarczymi, takimi jak pralnie, piekarnie oraz charakterystyczne chlewiki. Na początku XX wieku kolonia została sprzedana spółce Gräflich Schaffgotsch’schen Werke, a do mieszkań wprowadzili się górnicy z pobliskiej Kopalni Paulus- -Hohenzollern w Szombierkach. Z czasem osiedle stało się klasycznym przykładem śląskiego układu urbanistycznego – zwartego, uporządkowanego, podporządkowanego pracy i wspólnocie.
W końcu XX wieku osiedle Zgorzelec zaczęło popadać w ruinę. Przekształcenia gospodarcze lat 90., upadek Huty Zygmunt w 2000 roku i brak inwestycji sprawiły, że wiele budynków zostało wyłączonych z użytkowania – między 1999 a 2009 rokiem aż 13 familoków opustoszało i zaczęło się walić. Próby uczynienia z osiedla enklawy artystów zakończyły się niepowodzeniem. Zgorzelec przez lata pozostawał zapomnianą częścią miasta, mimo że jego architektura była już wtedy wpisana do rejestru zabytków. Jeśli jakimś obrazem trzeba by zilustrować słowo „getto” albo „bieda”, to widok ówczesnego Zgorzelca nadawał się do tego idealnie.
Aż tu nagle, w 2016 roku, Bytom ruszył z największym w mieście projektem rewitalizacyjnym – przywróceniem do życia kolonii Zgorzelec. Była to inwestycja nie tylko w mury, ale w nową jakość życia. Prace obejmowały wymianę stropów, dachów, kominów, rektyfikację budynków, renowację elewacji, wymianę stolarki okiennej i drzwiowej z zachowaniem historycznego wyglądu oraz wykonanie nowych instalacji wewnętrznych. Zrobiono dosłownie wszystko, co należało zrobić, zaczynając od „wnętrzności” budynków, a na kosmetyce kończąc. Ale rewitalizacja nie zatrzymała się na murach. Zmieniono całe otoczenie – powstały place zabaw, boisko, nowe chodniki, oświetlenie, mała architektura i zieleń. Inwestycję zakończono w marcu 2024 roku, a Zgorzelec przestał być „osiedlem-widmem”, stając się jednym z najciekawszych przykładów udanej rewitalizacji dziedzictwa przemysłowego w Polsce. Kolonia Zgorzelec to dziś unikat nie tylko w skali Bytomia, ale całego Górnego Śląska. To świadectwo przemysłowego dziedzictwa i zarazem przykład, jak można to dziedzictwo połączyć z nowoczesnością – bez gentryfikacji, z poszanowaniem tożsamości miejsca i ludzi. Jest tu teraz tak ładnie i ciekawie, że organizowane są nawet lokalne wycieczki, by pokazywać to osiedle!
Może Cię zainteresować:
Sandkolonie czyli Zandka. Wzorcowe osiedle zachowało się do dziś w pierwotnej formie
Może Cię zainteresować:
