Trzynaście lat po jego śmierci wciąż trudno znaleźć na Śląsku kogoś, kto łączyłby tak wiele ról i jednocześnie tak konsekwentnie trzymał się własnego sposobu patrzenia na świat. Michał Smolorz – rocznik 1955, urodzony w Szopienicach – był jednocześnie reporterem, reżyserem, producentem, scenarzystą, publicystą i kimś, kto nieustannie próbował rozsupłać śląskie węzły tożsamościowe.
Nie zaczynał od wielkich planów. Po maturze w katowickim Koperniku i studiach na Politechnice Śląskiej trafił do Telewizji Polskiej. W stanie wojennym wyleciał z pracy po negatywnej weryfikacji politycznej – i to doświadczenie ustawiło go na długo. Pracował wtedy w zawodach, które z telewizją nie miały nic wspólnego, m.in. jako kierowca autobusu, a jednocześnie publikował w wydawnictwach podziemnych. To był jego sposób na zachowanie ciągłości: skoro nie mógł mówić oficjalnie, mówił nieoficjalnie.
W drugiej połowie lat 80. wydał książkę „Cysorz” (pod pseudonimem Stefana Szuleckiego), satyryczną opowieść o niesławnej pamięci Zdzisławie Grudniu i śląskim aparacie władzy epoki gierkowskiej. Po 1989 roku wrócił do TVP, ale już nie jako trybik w instytucji – raczej jako ktoś, kto chce ją przestawiać na nowe tory. Był sekretarzem programowym, zastępcą redaktora naczelnego, dyrektorem ds. ekonomicznych. Szybko jednak poszedł własną drogą.
W 1989 roku stworzył pierwszy w Polsce program regionalny TVP – ruch pionierski, który pokazywał, że Śląsk może mieć własną telewizyjną narrację, a nie tylko być dodatkiem do Warszawy. Dwa lata później, w 1991 roku, założył z Wojciechem Sarnowiczem prywatne studio Antena Górnośląska. To tam powstały setki filmów i programów – ponad 200 produkcji – w tym cykl rozmów Kazimierza Kutza „Wesoło, czyli smutno”, jeden z najważniejszych telewizyjnych zapisów śląskiej tożsamości. Kutz mówił o Smolorzu z charakterystyczną dla siebie mieszaniną ironii i czułości:
„Był największą osobowością w sferze publicznej regionu. Uosobieniem Górnego Śląska walczącego o swoją tożsamość, o uznanie swojej inności i etniczności”.
Smolorz pisał równolegle do gazet – od „Dziennika Zachodniego” po „Politykę” – i zawsze miał ten sam styl: bezpośredni, niecierpliwy wobec banału, wyczulony na fałsz. Jego felietony często rozpoczynały regionalne dyskusje, bo nie odpuszczał nikomu: ani politykom, ani instytucjom kultury, ani środowiskom, które uważały się za depozytariuszy „prawdziwego Śląska”. W 2012 roku wydał „Śląsk wymyślony”, książkę, która była próbą uporządkowania i krytyki śląskich mitów i sporów, ale bez tonu kaznodziei. Raczej jak ktoś, kto mówi: „sprawdźmy, co tu naprawdę jest, a co tylko nam się wydaje”.
W 2002 roku spróbował wejść w politykę – kandydował jako niezależny na prezydenta Katowic. Nie wygrał, ale ten epizod dobrze pokazuje, że nie chciał być tylko komentatorem. Chciał mieć wpływ na rzeczywistość, a nie tylko ją opisywać.
Zmarł nagle 10 stycznia 2013 roku w Katowicach, w wieku 57 lat. Wiadomość o jego śmierci spadła na Śląsk jak coś nierealnego – błyskawiczna, niepojęta, dla wielu wręcz dewastująca. Ludzie pamiętają tamten dzień z niezwykłą wyrazistością: co robili, gdzie byli, z kim rozmawiali. Rzadko który publicysta zostawia po sobie tak silny ślad w pamięci zbiorowej.
Zostawił po sobie dorobek, który nie mieści się w jednej szufladzie, ba – w całej szafie! I może dlatego tak trudno go dziś zastąpić.
Podsumować Smolorza? Bez szans
Kim zatem był Smolorz? Był postacią, którą ciężko zamknąć w kilku zdaniach. Dziś nas już Heksa nie wyszydzi, więc nieśmiało spróbujmy to chociaż naszkicować. Z pełną jednak świadomością, iż próba ta najprawdopodobniej skazana jest na porażkę.
Smolorz to twórca o niebywałej energii, który nie bał się żadnego medium – pisał, reżyserował, produkował, prowadził rozmowy, tworzył formaty, które do dziś są punktami odniesienia. To krytyk własnego regionu, ale nie w sensie bessewwissera (nawet jeżeli bywał tak odbierany), lecz taki, który krytykuje, bo mu zależy czy wręcz czyni to z... czystej miłości do krytyki przedmiotu. A w związku z tym także i architekt śląskiej debaty publicznej, który potrafił i nie bał się nazywać rzeczy, jakie inni omijali. Do tego publicysta piszący nie tyle „o Śląsku”, co „ze Śląska”, tzn. samemu gotując się w tym kotle czarownic wraz z innymi, a nie z pozycji zimnego obserwatora. I wreszcie autor, który łączył temperament pyskacza z wrażliwością kronikarza. Śląsk jak żywy organizm, a nie jak zestaw symboli. Może dlatego jego teksty i filmy nie starzeją się bądź dobrze im to wychodzi.
Jak Smolorz patrzyłby na dzisiejszy Śląsk?
Pytanie oczywiście bez odpowiedzi. A w każdym razie bez takiej, która nie byłaby zgadywaniem. Co jednak poradzić – człowieka aż korci, by choć spróbować sobie to wyobrazić. Na podstawie tego, z jakich pozycji, w jaki sposób i o czym Smolorz zabierał głos.
Wydaje się więc pewne, że gdyby Michał Smolorz żył dziś, nie wyrodziłby się w komentatora od śląskości, który powtarza znane formułki i dokłada kolejne warstwy symboli do już i tak ciężkiego zestawu śląskich znaczeń. Jeżeli zaczynał od pytania, co tu naprawdę jest, a co tylko nam się wydaje, to właśnie ono poprowadziłoby go również przez współczesne spory – te, które tak często bardziej przypominają konkurs na najgłośniejszą deklarację niż rozmowę o realnych problemach.
W debacie o języku śląskim to właśnie Smolorz mógłby być tym, który raz-dwa odciąłby nadmiar emocji i wrócił do podstaw. Zapytałby, czy język ma służyć ludziom, czy politycznym deklaracjom, czy jego rozwój idzie w parze z realnym użyciem, czy może tworzymy kolejny symbol, który ma więcej znaczeń niż funkcji. Nie byłby przeciwnikiem uznania języka śląskiego – wręcz przeciwnie. Tak regionalne, jak i warszawskie Okopy Świętej Trójcy rozjechałby ciężkim Harleyem, i to z lubością. Ale jednocześnie byłby przeciwnikiem traktowania śląskiego jako naszego Świętego Graala. A komentując ostatni, przykry kryzys (nazwijmy to tak, bo Smolorzem nie jesteśmy) w Radzie Języka Śląskiego – nie brałby jeńców.
Podobnie patrzyłby na Metropolię, zwłaszcza na koncepcję supermiasta. Miał radar na słowne wydmuszki, więc szybko zauważyłby, że dzisiejsza narracja o „jednym organizmie” często brzmi lepiej na konferencjach niż w życiu codziennym. Zapytałby, ile jest w tym wszystkim realnej współpracy, na ile miasta rzeczywiście działają razem, a na ile między sobą rywalizują. A może i o to, czy mieszkańcy Rozbarku i Niwki czują jakąkolwiek wspólnotę – i czy w ogóle im zależy, czy choć odrobinę łechce ich ego myśl, że mieszkają w kilkumilionowym mieście. Bo może jednak gdzieś tam w Mysłowicach woleliby płacić niższe raty kredytu za dom i czynsze niż w Kato. I to jest dla nich ważniejsze. Wszelako znowu: nie chodziłoby mu o rozbijanie idei, ale o jej odmitologizowanie – o sprawdzenie, co działa, a co jest tylko narracją.
A w sprawie transformacji energetycznej? Tu Smolorz raczej nie miałby cierpliwości do nostalgii. Nie dlatego, że przeszłość jest nieważna, ale dlatego, że uważałby, iż nie może być jedynym punktem odniesienia. Patrzyłby na transformację jak na proces, który trzeba opisać uczciwie: z kosztami, ryzykiem i niepewnością. Bez bajek o zielonych miejscach pracy dla każdego, ale też bez straszenia końcem świata po zamknięciu kopalń. Interesowałaby go prawda, a nie fajny storytelling.
W polityce pamięci to nie Smolorz budowałby pomniki (choć, paradoksalnie, to właśnie on jest dziś w czołówce tych, którzy mają największe szanse stanąć w najbliższych latach na śląskim cokole). Dzisiejsze spory o to, kto ma prawo reprezentować śląskość, uznałby za jałowe i bardziej tożsamościowe niż praktyczne. Zapytałby, czy pamięć ma służyć budowaniu wspólnoty, czy tylko potwierdzaniu własnej racji, czy nie tworzymy kolejnych mitów, które za chwilę będą wymagały demitologizacji, i czy nie uciekamy w symbole, bo boimy się mówić o realnych problemach społecznych. Jego intuicja była zawsze taka sama: pamięć jest ważna, ale nie może zastąpić myślenia.
Wreszcie – media. Tu akurat coś mogłoby ulec zmianie: gdyby dziś pisał felietony, byłyby pewnie krótsze, ostrzejsze i bardziej niecierpliwe niż niegdyś. Dzisiejszy medialny szum, szybkie opinie, szybkie oburzenia i (jakże częste) szybkie zapomnienia byłyby dla niego idealnym polem do pracy. Nie dlatego, że lubił prowokować, ale dlatego, że lubił porządkować. Miał talent do wyciągania sedna z rzeczy, które inni komplikowali. W epoce nadmiaru informacji znowu to on byłby kimś, kto mówi: „stop, tu jest problem, a nie tam”.
Gdyby żył dziś, byłby nadal potrzebny. Może zresztą bardziej niż kiedykolwiek. Nie dlatego, że miał rację we wszystkim, ale dlatego, że miał metodę. Nie wierzył w gotowe narracje, nie bał się zadawać niewygodnych pytań, nie traktował Śląska jak muzeum ani jak projekt polityczny. Widział ludzi, nie symbole. W czasach, gdy śląska debata często kręci się wokół tożsamościowych haseł, Smolorz przypominałby, że tożsamość to nie dekoracja, tylko codzienność: praca, język, miasto, pamięć, spór, kompromis. Oraz – nie zapominajmy – poczucie humoru.
Może Cię zainteresować:
