Fotopolska.eu/collage
Hast du gewidzioł

Wyniki spisu CUS. Ilu Ślązaków mieszkało w Niemczech? Nikt na Śląsku nie mówił po śląsku? Obalamy fake news

Ostatni spis powszechny na Śląsku CUS (Cesarski Urząd Statystyczny) przeprowadził w grudniu 1910 roku, a wyniki zostały opublikowane dwa lata później. Jednak na ich rzetelne opracowanie przyszło nam trochę poczekać, bowiem spis wcale nie jest tak oczywisty jak z pozoru może się wydawać.

Fałszywa grafika w internetach

Zacznijmy może od grafiki, która co jakiś czas pojawia się w mediach społecznościowych, z reguły w dwóch wersjach: angielskiej i niemieckiej, chociaż treść jest mniej więcej ta sama. Jest to próba przedstawienia spisu z 1910 roku jako mapki pokazującej, gdzie mieszkają Niemcy, a gdzie Polacy.

Ewentualnie pojawia się wariant, w którym mowa o języku polskim czy też niemieckim na niemalże identycznej mapce. Do tego dochodzą komentarze skrajnie prawicowych komentatorów w stylu: „tego wam Kohut nie powie, gdzie ten jego język śląski” etc.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że tego typu mapki to fake newsy wynikające z tego, że osoby je opracowujące nie potrafią czytać źródeł. Bowiem nikt w 1910 roku (ani w żadnym innym cesarskim spisie) nie pytał o narodowość, a dane językowe nie pozwalają nam na jasny podział: język polski – język niemiecki. Ale po kolei.

Ostatni przedwojenny spis

Od 1875 roku spisy w Rzeszy odbywały się co pięć lat, zawsze w grudniu, a ten z 1910 roku był ostatnim pełnym spisem przedwojennym. Kolejny, zaplanowany na 1915 rok, zakłóciła wojna. I to właśnie spis z 1910 roku był jednym z najczęściej podnoszonych argumentów za podziałem Górnego Śląska podczas konferencji paryskiej.

Za organizację odpowiadał centralny Cesarski Urząd Statystyczny, ale faktyczne zbieranie danych prowadziły urzędy statystyczne krajów związkowych. W przypadku Górnego Śląska było to Królewskopruskie Biuro Statystyczne w Berlinie, które po spisie z 1890 roku triumfowało swoim podejściem metodologicznym, wyznaczając standardy spisowe w Europie.

Spis miał charakter jednej nocy spisowej, a w 1910 roku był to czwartkowy wieczór, 1 grudnia. Technicznie opierał się na kilku dokumentach: głównie liście domowej wypełnianej przez głowę gospodarstwa domowego oraz karcie indywidualnej, wypełnianej przez każdego zdolnego obywatela. Rachmistrzowie – zwykle lokalni nauczyciele, urzędnicy czy policjanci – roznosili formularze przed spisem, a potem je zbierali. Jeśli nikogo nie zastali w domu, uzupełniali dane na podstawie ustnych informacji od sąsiadów lub domowników, odnotowując to zastrzeżenie i zostawiając możliwość korekty przez samego gospodarza.

Pytania obejmowały: imię i nazwisko, płeć, datę urodzenia, stan cywilny, wyznanie, zawód, miejsce urodzenia i zamieszkania, a w regionach wielojęzycznych – pytanie o język (Muttersprache). Nikt nie pytał jednak o narodowość.

Wyniki dla rejencji opolskiej

Różnica między kartami spisowymi a oficjalnymi wynikami była zauważalna. Urzędnicy bowiem ustawiali dane według przyjętych przez siebie kryteriów. Zaczynali dosyć standardowo: dla każdej gminy podawali powierzchnię, liczbę zabudowań, ogólną liczbę mężczyzn, kobiet oraz zawodowych wojskowych. Następnie dzielili wyniki według wyznania, a każdemu z nich przypisano kategorie językowe. Odpowiednio: język niemiecki, język niemiecki oraz inny, język polski, język inny.

Prosta matematyka mówi nam, że mieliśmy więc 12 kategorii językowych (katolicy, ewangelicy i żydzi). Po zsumowaniu całości dla Rejencji opolskiej wychodziło:

  • niecałe 53% języka polskiego,
  • ponad 40% języka niemieckiego,
  • 4% języka niemieckiego wraz z innymi,
  • 4% języków innych.

I teraz pytanie, jak to rozumieć.

Badacze wskazują, że „język inny” zapewne najczęściej oznaczał czeski bądź morawski, ale jednocześnie powinny się tam znaleźć mniejszości migranckie, a więc odpowiednio język rosyjski, francuski i być może jidysz u Żydów przybyłych tu z terenów polskich. „Język niemiecki oraz inny” (jako język ojczysty, to bardzo ważne) oznacza zapewne dzieci pochodzące z małżeństw mieszanych, ale od każdego przypadku zależało, czy była to niemczyzna i lokalna śląszczyzna, zewnętrzna polszczyzna, niemiecki i czeski, albo niemiecki i francuski. Brakuje nam dokładnych danych, żeby powiedzieć, co dokładnie kryło się w tych 4%.

Idąc dalej, niemczyzna też będzie dosyć bogatym zbiorem. Patrząc na spis, dowiadujemy się, że za niemiecki uznawano urzędowy Hochdeutsch, lokalny Oberschlesisch, dialekt szywołdzki wywodzący się ze średnio-wysoko-staroniemieckiego oraz inne dialekty niemieckie – na przykład reński, który w 1910 roku, choć egzotyczny, bywał słyszany na śląskich ulicach.

Analogicznie sprawa wygląda z językiem polskim: tu zbiorczo potraktowano śląszczyznę, literacki polski i dialekty robotników pochodzących a to z Kongresówki, a to z Księstwa Poznańskiego.

I chociaż ta metoda nie jest sama z siebie niczym złym, tak nie jest ona najbardziej precyzyjna, jeśli chodzi o oddanie stanu faktycznego.

Po pierwsze, mamy problem z tym, jak zakwalifikować 8% odpowiedzi z kategorii mieszanych i innych.

Po drugie, uciekają nam wyspy językowe, które wyróżniały się w otoczeniu, ale nie zdaniem rachmistrzów.

Po trzecie, kategoria „języka ojczystego” bywa dosyć myląca – masa ludzi, którzy wyuczyli się języka niemieckiego i w nim odbywali 80% rozmów, słusznie nie mogła wskazać go jako języka ojczystego. I najważniejsze: na pograniczu istnieje znacznie więcej kodów komunikacyjnych niż tylko te urzędowe kategorie.

Hast du gewidzioł?

Profesor Tomasz Kamusella w jednym z artykułów na temat języka śląskiego słusznie zwrócił uwagę, że przecież pogranicze mówiło zupełnie inaczej, niż pokazują nam to spisy powszechne. Po pierwsze, musimy sobie uświadomić, że mówimy o świecie, w którym każdy z języków ma inne notowania społeczne.

Śląszczyzna ma niski prestiż, a język niemiecki jest kodem wysokiego prestiżu. Średni prestiż ma na Górnym Śląsku Oberschlesisch, czyli lokalny dialekt niemiecki, natomiast zróżnicowany posiada standardowa polszczyzna – w zależności od sytuacji prestiż bywa niski lub wysoki.

Po drugie, wszyscy są w jakimś stopniu wielojęzyczni. Każdy musi czasem pójść do urzędu, dogadać się w sklepie i każdy ma problem ze ściepnięciem wongla. Każdy żyje na placu, wszyscy są ze sobą osłuchani i chociaż umiejętność komunikacji bywa ograniczona, to każdy potrafi coś powiedzieć w kodzie sąsiada czy pracodawcy.

Po trzecie, ludzie swobodnie mieszają ze sobą kody komunikacyjne i tworzą własne mieszanki. Profesor zestawił kiedyś 10 wypowiedzi z epoki, gdzie 1 oznaczało standardową niemczyznę, a 10 standardową polszczyznę i pokazał, jak komunikaty stopniowo przechodzą z jednego kodu w drugi. Zaczynamy w niemieckim z wtrętami typu pieronischer, przechodzimy przez piękne konstrukcje pokroju hast du gewidzioł, a potem po czystej śląszczyźnie w stylu zaś żech widzioł Alojza drapy kołym bez Cidry rajzować, docieramy do polskiego. Problem polega na tym, że w przypadku połowy z tych wypowiedzi bardzo trudno nam orzec, w jakim właściwie języku zostały wypowiedziane. Każdy podział jest tu dyskusyjny.

Po czwarte, nikt z nas nie mówi w taki sam sposób przez całe życie. Stylizujemy nasze wypowiedzi, dopasowujemy je do kontekstu, kradniemy zwroty znajomym, docieramy się z najbardziej intymnymi wyznaniami. Na pograniczu to zjawisko nie odbywa się wyłącznie w jednym języku, ale w płynnej mieszance, gdzie niemożliwy jest jasny podział zakładający, że osoba X mówi tylko w jednym jasno zdefiniowanym języku.

Głowa do góry

Spisy powszechne, a zwłaszcza ich opracowania, to nie jest rzeczywistość. To tylko interpretacje otaczającego nas świata i – siłą rzeczy – jego spłycenie. Spisy mają ponadto proste zadanie, a kategorie zaproponowane przez pruskich urzędników miały być przede wszystkim użyteczne, a nie zniuansowane. Nie możemy wymagać od nich bycia lustrem rzeczywistości, ale też nie wolno nam ich tak traktować.

Ze spisu należy wyciągnąć coś zupełnie innego. Skoro opierają się one na deklaratywności, mówią nam o Górnym Śląsku lat pańskich 1875, 1880, 1885, 1890, 1895, 1900, 1905 i 1910. Pokazują, jak w każdym z tych lat ludzie myśleli, że mówią, albo za kogo chcieli, by ich uznano. I to jest cholernie dużo. To przede wszystkim spojrzenie w psychikę naszych przodków.

Musimy jednak być świadomi kilku rzeczy. Po pierwsze, na pewno istnieje korelacja między deklaracją a stanem faktycznym, ale jest ona na tyle skomplikowana, że nie można przełożyć wyników w stosunku 1:1. Należy je podawać wymieniając wszystkie zastrzeżenia. Po drugie, to jak myślimy o świecie, historycznie bywa bardziej rzeczywiste, niż sam świat. Po trzecie, historia jest naprawdę skomplikowana, zniuansowana, a praca ze źródłami nie zawsze jest łatwa.

Czasem zdajmy się na to, co mają do powiedzenia naukowcy.

Ruda Slaska Rynek

Może Cię zainteresować:

Dlaczego najbardziej śląskie miasto Śląska to Ruda Śląska? "Tu śląskość zawsze była zupełnie oczywista"

Autor: Michał Wroński

16/08/2025

Panna maria teksas

Może Cię zainteresować:

Roman Balczarek: Język śląski w Teksasie. Jak 150 lat temu powstała alternatywna alternatywna wersja godki

Autor: Roman Balczarek

15/05/2026

Przygotowanie kart do glosowania001

Może Cię zainteresować:

Roman Balczarek: Triumf demokracji okazał się pogwałceniem woli Ślązaków. Fakty i mity plebiscytu na Górnym Śląsku

Autor: Roman Balczarek

17/03/2024