Dziękujemy pani dr Annie Mierzejewskiej z Wydawnictwa Ebisu za udostępnienie nam fragmentu książki Roberta Ackermanna „Chodziłem po słonecznej stronie ulicy”, opisującej jego dzieciństwo w powojennym Bytomiu. Ten udostępniony rozdział przenosi nas jednak nie tylko w świat miasta — to także niezwykle nastrojowa opowieść o pierwszej szkolnej wyprawie do świeżo otwartego Planetarium Śląskiego. Oto ono, w latach swojej najwcześniejszej młodości, otoczone dopiero rodzącym się Wojewódzkim Parkiem Kultury i Wypoczynku. Polecamy uwadze, bo warto — zachęcając zarazem do sięgnięcia po całą książkę.
„Czwartego dnia rzekł Bóg: ”«Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata; aby były ciałami jaśniejącymi na sklepieniu nieba i aby świeciły nad ziemią». I stało się tak. Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu nieba, aby świeciły nad ziemią; aby rządziły dniem i nocą i oddzielały światłość od ciemności. A widział Bóg, że były dobre.
I tak upłynął wieczór i poranek – dzień czwarty.”
Epoka wiary w naukę: Polska w pierwszej dekadzie po wojnie
W tamtych latach – w pierwszej dekadzie po wojnie – wszystko, co miało związek z nauką, brzmiało w naszych uszach jak obietnica lepszego jutra. Polska dopiero co powstała z gruzów. Ziemia dymiła jeszcze w wielu miejscach, powojenne podwórka wyglądały jak pobojowiska, a ludzie – choć zmęczeni – żyli jakby w nowym rytmie.
Władza ludowa, świeżo umocniona, ogłaszała wszem i wobec, że teraz właśnie zaczyna się epoka nauki, oświaty i postępu technicznego. W gazetach codziennych pojawiały się artykuły o „nowym człowieku”, który potrafi nie tylko odbudować zniszczone fabryki, ale i patrzeć w przyszłość – najlepiej w taką przyszłość, której granice wyznacza samo niebo.
Budowa dużego obserwatorium astronomicznego tuż po wojnie była przedsięwzięciem wręcz niewiarygodnym. Dla wielu starszych ludzi, pamiętających głód i strach lat czterdziestych, myśl o tym, że w Polsce powstaje obiekt światowej klasy, brzmiała jak żart albo jak sen. Tymczasem na wzgórzu w Chorzowie, w otoczeniu lip i kasztanowców, wznosił się gmach, który równie dobrze mógłby stanąć w Berlinie, Moskwie czy Paryżu. Zresztą często mówiono, że takie planetarium to rzecz dostępna tylko dla narodów bogatych, sytych i pewnych swojej pozycji. A jednak – ludzie pracy, nauczyciele, inżynierowie i cała armia skromnych wykonawców robiła wszystko, by i u nas powstał obiekt nowoczesny, budzący dumę i przekonanie, że Polska nie tylko odbudowuje przeszłość, ale też buduje sobie przyszłość.
Ludzie naprawdę wierzyli, że nauka może odmienić świat. Gazety rozpisywały się o inwestycjach w szkolnictwo, o nowych laboratoriach, o technikach, zawodówkach, o kursach dla robotników, o bibliotekach dla młodzieży. Nawet jeśli wiele z tych artykułów było przesadnie optymistycznych, sam ton epoki był szczery: po latach wojny i okupacji Polacy chcieli żyć, pracować, uczyć się, podnosić głowy. W szkołach mówiono o konieczności kształcenia młodych pokoleń, a dzieci – nawet te biedne, w donaszanych butach – nosiły w sobie jakąś niewytłumaczalną radość, jakby z każdym rokiem było bardziej optymistycznie.
W tym kontekście chorzowskie obserwatorium wydawało się cudem. Nie tylko dlatego, że prezentowało potężny projektor Zeissa – maszynę, która w oczach większości uczniów i dorosłych była niemal magicznym wynalazkiem. Nowoczesność tego miejsca polegała na czymś więcej. Kopuła – wysoka, srebrzysta, lśniąca jak przyszłość – wyglądała jak fragment kosmodromu przeniesiony z radzieckich plakatów o podboju przestrzeni kosmicznej. Wnętrza zaprojektowano z rozmachem, który na tle szarych, jeszcze niepozalepianych ulic powojennych miast robił piorunujące wrażenie. Użyto najlepszych dostępnych materiałów, łącząc polskie doświadczenie z niemiecką precyzją przyrządów optycznych. Całość była tak nowoczesna, że wielu odwiedzających, zwłaszcza ze szkół robotniczych, wychodziło z planetarium w milczeniu – jakby nie wierząc, że mogli zobaczyć coś, co dotychczas oglądali tylko w ilustrowanych magazynach.
Dla nas – dzieci tamtych czasów – obserwatorium było symbolem tego, że Polska może patrzeć wysoko. Że nie jesteśmy skazani na biedę, że nie musimy się na zawsze kojarzyć ze zgliszczami wojny, że potrafimy stworzyć coś, co będzie wizytówką nowej epoki. Władze podkreślały, że planetarium ma służyć wszystkim obywatelom, a nie elitom. Wycieczki szkolne przyjeżdżały z najdalszych zakątków kraju: z Mazur, z Podkarpacia, z Pomorza. Dla wielu dzieci był to pierwszy kontakt z prawdziwą nauką, z kosmosem, z ideą, że Ziemia jest tylko punktem w ogromnej przestrzeni, a człowiek – jeśli tylko chce – może sięgnąć po coś więcej.
Polska lat pięćdziesiątych była krajem pełnym sprzeczności, które dorosłym spędzały sen z powiek, a dla dzieci – takich jak my – pozostawały niemal nieuchwytne. Władza ludowa z jednej strony ścigała się w propagandzie z Zachodem, przedstawiając kraj jako pewnie kroczący ku przyszłości, a z drugiej musiała zmagać się z biedą, brakami w sklepach, niedoborem mieszkań, trudnościami z transportem czy zwykłym, codziennym zmęczeniem ludzi. Mimo to w oficjalnych przemówieniach, gazetach i programach radiowych powtarzało się jak refren, że Polska wstaje z ruin, że rozwój nauki będzie fundamentem nowego społeczeństwa, a każde dziecko – nieważne, biedne czy bogate – ma prawo patrzeć w niebo, zrozumieć świat i kiedyś go zmieniać.
Plan sześcioletni, prowadzony z wielkim rozmachem i jeszcze większą wiarą w przyszłość, zakładał nie tylko budowę hut, kopalń czy zakładów przemysłowych, ale także placówek kultury i nauki. Wtedy właśnie zaczęto mówić o „upowszechnianiu wiedzy”, o tworzeniu nowych muzeów techniki, domów kultury, świetlic, bibliotek, a nade wszystko o inwestowaniu w szkolnictwo. Zmiany społeczne, które przechodził kraj, odczuwało się nawet w małych miastach: nowe szkoły rosły jak grzyby po deszczu, część nauczycieli kierowano na szybkie kursy dokształcenia, a młodzież – nawet ta, która jeszcze przed wojną nie miałaby szans na naukę – zaczynała wypełniać klasy przepełnionych, ale żywych szkół.
Wszystko to szło jednak w parze z wpływami politycznymi, które przenikały każdy zakątek państwa. Władze chciały, by obywatele wierzyli w siłę socjalistycznego postępu, więc każda inwestycja w naukę miała również znaczenie symboliczne. Planetarium w Chorzowie było tego najlepszym przykładem. Nie wystarczyło je po prostu zbudować – w propagandzie przedstawiano je jako triumf całej polskiej nauki, dowód na to, że naród robotniczo-chłopski nie tylko odbudował kraj, ale potrafi tworzyć instytucje na najwyższym światowym poziomie. W gazetach pisano, że dzięki temu obiektowi młodzież „zrozumie wielkość ludzkiego rozumu”, a Polska Ludowa „otwiera przed uczniami bramy kosmosu”.
Ludzie różnie to odbierali. Jedni patrzyli na te słowa podejrzliwie, inni – z prawdziwym entuzjazmem. W wielu domach, szczególnie robotniczych i górniczych, wciąż żyło się ciężko. Kartkowe przyzwyczajenia były świeże, pensje niewielkie, a mieszkania często w opłakanym stanie. A jednak w tamtej dekadzie unosił się w powietrzu pewien rodzaj wspólnotowego wysiłku – poczucie, że skoro wszystko zostało nam zniszczone, to musimy to odbudować razem. W święta państwowe odbywały się pochody, w których maszerowały całe zakłady pracy; w szkołach zbierano makulaturę i złom „na rzecz planu”; w radio emitowano audycje zachęcające młodych do nauki matematyki, fizyki, astronomii.
Jednocześnie na Śląsku – gdzie tradycja górnicza mieszała się z nowoczesnością przemysłową – ludzie mieli szczególną świadomość, że rozwój nauki jest nie tylko ozdobą, lecz koniecznością. Górnicy dobrze wiedzieli, że każda kopalnia zależy od techniki, od pomiarów, od geologii i od nieustannego postępu. Dlatego w regionie projekt planetarium przyjęto nie jako ekstrawagancję, ale jako poważną inwestycję. Chorzów, Katowice, Bytom, Tychy, Gliwice – te miasta, choć przybrudzone pyłem i dymem, żyły wielkimi ambicjami. W zakładach opowiadano, że za rok, za dwa, za pięć Polska będzie jednym z przodujących krajów w badaniach naukowych. Czasem były to mrzonki, ale częściej – prawdziwe marzenia zwykłych ludzi zmęczonych wojną i biedą.
W tej atmosferze rosło całe pokolenie powojennych dzieci: trochę głodne, trochę nieufne wobec dorosłych haseł, ale zarazem radosne, żyjące w przeświadczeniu, że świat staje otworem. Szkoła, choć surowa i wymagająca, była miejscem nadziei. Rodzice – górnicy, hutnicy, kasjerki, nauczycielki, kolejarze – widzieli w nas przyszłość. Mówili: „Uczcie się, teraz jest czas na zdobywanie wiedzy”. A gdy tylko pojawiała się możliwość zabrania całej klasy na wycieczkę do miejsca, które obiecywało pokazanie wszechświata – planetarium stawało się bramą do czegoś ważniejszego niż tylko nauka. Było bramą do świata, który dopiero miał nadejść.
Wczesne lata pięćdziesiąte w Polsce były czasem osobliwym – jednocześnie ciężkim i pełnym dziwnej, surowej energii. Polska, podporządkowana Związkowi Radzieckiemu, weszła w okres centralnie sterowanej odbudowy. Polityka była wszechobecna: w gazetach, w radiu, w życiu zakładów pracy, w szkołach, a nawet w lokalnych świetlicach. Nauczyciele musieli obowiązkowo korzystać z „postępowych programów”, a w podręcznikach od historii i geografii pojawiały się całe rozdziały o roli klasy robotniczej i o konieczności budowania nowego ustroju. A jednak za tą oficjalną fasadą kryła się prawdziwa codzienność – bieda, braki, wszechobecne kartki, szarość. Ludzie stali godzinami w kolejkach za węglem czy butami, a w wielu mieszkaniach nie było porządnego ogrzewania.
Jednak mimo tego przygnębienia – albo właśnie z jego powodu – pojawiła się niezwykła mobilizacja społeczna. Polacy naprawdę chcieli odbudować swój kraj. W miastach organizowano zbiórki na budowę szkół, przedszkoli, bibliotek, a w gazetach na pierwszych stronach drukowano zdjęcia uśmiechniętych robotników „budujących socjalistyczną przyszłość”. Ten uśmiech bywał wymuszony, ale niekiedy – całkiem prawdziwy. Bo poza ideologicznymi hasłami istniało realne, ludzkie pragnienie: po latach zniszczeń wreszcie coś tworzyć.
Władza uwielbiała powtarzać, że rozwój nauki jest „obowiązkiem wobec przyszłych pokoleń”. I rzeczywiście – w wielu szkołach pojawiły się nowe gabinety fizyczne, prymitywne choćby mikroskopy, globusy, modele atomów, mapy konturowe i plansze z wizerunkiem Mikołaja Kopernika, który stał się niemal patronem państwowej ideologii postępu. Podkreślano, że Kopernik – Polak, humanista i astronom – „wyprzedził swoją epokę”, więc Polska ma prawo do dumy i do tworzenia własnych centrów astronomicznych.
Narodziny planetarium: budowa, ambicje i symbol epoki
Na wzgórzu, które jeszcze kilka lat wcześniej było dzikim zadrzewionym pagórkiem, unosił się teraz zapach mokrej gliny, świeżo ciętych desek szalunkowych i smarów maszyn budowlanych. Wczesne lata pięćdziesiąte miały swój charakterystyczny dźwięk: stukot młotów pneumatycznych, metaliczny brzęk kielni uderzającej o cegłę, pokrzykiwania majstrów i charakterystyczne parsknięcia silników spalinowych, które wówczas dopiero zaczynały być codziennością na większych budowach.
Robotnicy pracowali od świtu. Widziało się ich, gdy jeszcze rosa trzymała się traw, a mgła podnosiła się znad parku jak cienka, mleczna zasłona. Szli grupami, niektórzy w znoszonych, łatanych roboczych kurtkach, inni w spodniach poplamionych wapnem i smołą. W rękach trzymali menażki i narzędzia, a twarze mieli surowe, ale skupione. W tamtych czasach budowa czegokolwiek – a zwłaszcza obiektu tak nowoczesnego – była czymś więcej niż tylko pracą. Robotnicy mieli świadomość, że tworzą symbol epoki.
Najpierw wyrównano teren. Z ziemi wyciągano stare korzenie, pozostałości po dawnych ogrodzeniach i bunkrach. Ogromne spychacze sunęły powoli, popychając zwały brązowej ziemi, która w słońcu wyglądała jak rozpalona cegła. Nad wszystkim unosił się kurz, który osiadał na ubraniach, na włosach, na brwiach – gdy robotnik wytarł czoło rękawem, zostawiał jasny ślad na twarzy.
Potem zaczęto wznosić konstrukcję pod przyszłą kopułę. Rusztowania wyrastały jak metalowy las, oplatając się dookoła centralnego budynku niczym druty pajęczyny. Na ich najwyższych poziomach pracowali cieśle i monterzy, których cienkie sylwetki rysowały się na tle nieba. Z dołu wyglądało to jak misterna praca mrówek – każda poruszała się po wąskiej desce, niosąc narzędzie, wiadro z zaprawą, wiązkę przewodów.
Najbardziej niezwykły widok pojawił się, gdy zaczęto formować samą kopułę. Metalowe segmenty, okrągłe jak wycinki wielkiej tarczy, podnoszono powoli dźwigiem. W połowie drogi w górę błyszczały w słońcu jak łuski wielkiego, powstającego dopiero stwora. Robotnicy kierowali je ruchem dłoni, stukając młotkami, dopasowując elementy z precyzją, która kazała zapomnieć, jak prymitywne bywały dostępne narzędzia.
Czasem słychać było krzyk:
– Uwaga na linę!
– Trzymaj! Wyżej! Jeszcze centymetr!
Gdy poszczególne części kopuły zbliżały się do siebie, powstawała między nimi szczelina – ciemna, jakby otwierająca wgląd do wnętrza przyszłego kosmosu. Potem metal zaskakiwał na swoje miejsce z głuchym, satysfakcjonującym „łup”. I tak z dnia na dzień planetarium rosło, nabierając opływowych, prawie kosmicznych kształtów.
Wokół równocześnie powstawał park. To nie było przypadkowe sadzenie drzew. To był plan – geometryczne ścieżki, równoległe aleje, rozchodzące się symetrycznie od wzgórza jak promienie. Młode topole stały w równych szeregach, przypięte do palików, żeby wiatr ich nie złamał. Ogrodnicy, ubrani w fartuchy i stare czapki z daszkiem, rozprowadzali ziemię, kopali doły, sadzili krzewy jaśminu, berberysu i śnieguliczki, które dopiero za lata miały stworzyć gęste, miodowe aleje.
Był w tym krajobrazie niezwykły kontrast: ciężkie, brudne prace przy budowie i obok – cicha, uporządkowana praca przy sadzeniu roślin. Jeden świat pełen hałasu, narzędzi, metalu i betonu; drugi – pachnący ziemią, wodą i zielenią.
Czasem widać było młodych przodowników pracy w granatowych koszulach, którzy z dumą pozowali do zdjęć dla lokalnej gazety. Zryw społeczny nakazywał wierzyć, że każdy krzew, każda cegła, każdy fragment stali ma znaczenie. I naprawdę ludzie wtedy wierzyli, że budują coś ważnego.
A kiedy w końcu kopuła została zamknięta, gdy jej srebrzysta powierzchnia odbijała słońce jak tarcza okrętu kosmicznego, wszyscy pracownicy – od inżyniera po pomocnika murarza – stanęli na chwilę w ciszy. Widzieli przed sobą nie tylko gmach, ale pomnik nauki i nowego ładu. Odtąd wszyscy mieli przyjeżdżać do Chorzowa i podziwiać Wszechświat.
Chorzów i Śląsk: miejsce, które czekało na gwiazdy
Przed I wojną światową Chorzów nazywał się Königshütte., czyli Królewska Huta. Przemysł hutniczy i ciężki wyznaczał rozwój tego miasta, które w średniowieczu było maleńką osadą w porównaniu do naszego Bytomia. W okresie międzywojennym Chorzów zaczął budować swoją polską tożsamość. Powstawały instytucje kultury, kluby sportowe, organizacje społeczne. W latach dwudziestych część ludności niemieckiej, a także Żydzi chorzowscy wyemigrowali do Bytomia. Specjalnie dla przesiedleńców powstała wielka dzielnica północna z kościołem świętej Barbary jako pamiątka chorzowskiej parafii pod takim samym wezwaniem. A pod wieżami tej świątyni znajdował się Plac Słowiański.
Po 1945 roku Chorzów stał się częścią nowej Polski – Polski Ludowej. Miasto nie było zburzone tak jak Warszawa, ale było nadwyrężone moralnie i demograficznie. Jedni wyjechali, inni przyjechali. Stare kamienice patrzyły na nowych mieszkańców. Władza ludowa potrzebowała symboli postępu.
Maj 1958: wyprawa klasy piątej B do Chorzowa
Był ciepły maj 1958 roku, a my – klasa piąta „B” – jechaliśmy do Chorzowa. Wszyscy w szkole mówili o tym od tygodnia. Obserwatorium astronomiczne! Prawdziwe teleskopy, planety, gwiazdy – no i ten wielki projektor, o którym opowiadała pani od geografii.
O 7:30 była zbiórka pod naszą podstawówką na ulicy Prusa. Miałem osiem minut pieszo. Niektórzy szli dłużej. Nikt nie dojeżdżał, bo w naszym mieście było dużo szkół; każdy miał stosunkowo niedaleko.
Pomimo powojennej biedy nauczyciele starali się urozmaicać nasze zajęcia i kształcić wszechstronnie. Ludzie byli nastawieni do życia niematerialistycznie. Cieszyli się, że jest co włożyć do garnka i co założyć na siebie; o wybrzydzaniu nie było mowy. Przy przeciętnych zarobkach w wysokości 800 złotych, zakup nowych butów za 200 złotych był bardzo poważnym wydatkiem. Wielu uczniów donaszało obuwie i ubrania po starszym rodzeństwie. Podobnie z jedzeniem: każdy zabierał z domu prowiant; o żywieniu się w lokalach gastronomicznych można było pomarzyć. Wyjątkiem były stołówki szkolne i zakładowe. Tam socjalistyczne państwo dotowało posiłki, żeby i biedniejsi mogli sobie na nie pozwolić.
Na wycieczkę zabierano kanapki pakowane w papier. Mimo wszystkich braków i niedostatków uczniowie potrafili doskonale się bawić i spędzać czas razem w szkole i poza nią. Prawie wszyscy czekali, kiedy dobiegałem dwie minuty przed wpół do ósmej. Nie było tylko Kasi, która wiecznie chorowała na anginy i opuszczała zajęcia.
Wsiedliśmy do autokaru. Po czterdziestu minutach nasz pojazd zajechał pod wysoki budynek o srebrzystej kopule połyskującej w słońcu.
Planetarium zbudowano na wzgórzu w środku pięknego parku. Projektował całe planetarium Zbigniew Solawa. Głównym obiektem w środku był ważący aż dwie tony potężny projektor pochodzący z legendarnych zakładów Zeissa w Jenie. Z tą firmą będę miał do czynienia w dorosłym życiu. Gigantyczny projektor chorzowski odtwarzał firmament z każdego miejsca na Ziemi i o każdej porze. Obraz wyświetlany był i nadal jest na wielkiej kopule o średnicy 23 metrów. W budynkach planetarium mieściło się również obserwatorium astronomiczne. Cały obiekt był chlubą państwową, przyjeżdżały do niego wycieczki z całego kraju, a my – z Bytomia – mieliśmy bardzo blisko.
Szliśmy po parku pod górę. Pachniało świeżymi liśćmi, bo na Śląsku już dawno wybuchła wiosna. Pani Grabowska, nasza wychowawczyni, zebrała nas w grupkę i surowym głosem przypomniała:
– Pamiętajcie, żadnych wygłupów! To miejsce nauki, a nie wesołe miasteczko!
Oczywiście wszyscy kiwaliśmy głowami, ale po cichu wiedziałem, że Edek i Romek mają już w kieszeniach coś, co miało uatrakcyjnić wizytę w obserwatorium. Zauważyłem u Romka mały, pękaty balonik, który bulgotał przy każdym kroku.
– Co to? – szepnąłem.
– Tajemnica – odpowiedział z chytrym uśmiechem Romek. – Zobaczysz, jak zacznie się seans.
Seans pod kopułą: gwiazdy, psoty i pierwsze olśnienia
Weszliśmy do sali projekcyjnej. Ściany były ciemne, a nad nami zawisła czasza projektora gwiazd. Kopuła planetarium wyglądała jak wielki, spokojny garnek. W środku panował zapach musztardy (ktoś zawsze miał kanapki z musztardą) i chłód metalu.
Gdy zgasły w sali światła, kopuła przemieniła się w ogromną noc. Projektor – taki jak wielka mechaniczna roślina – zaczynał rysować gwiazdy: maleńkie, chłodne punkciki, które spływały po sklepieniu.
Kiedy prowadzący zaczął opowiadać o Układzie Słonecznym, po suficie zaczęły wędrować tysiące świetlistych punkcików.
– Drogie dziewczęta i chłopcy, a czy wiecie, że wieczorem rogi Księżyca są zwrócone nieco w górę, w lewo? Za to nad ranem widzimy, jakby był zwrócony w prawo. – mówił do nas lektor prowadzący seans.
– Tak widać to w Polsce, a nad równikiem Księżyc ma rogi zawsze zwrócone ku górze. A dlaczego niebo jest błękitne? – kontynuował. – Bo rozpraszają się w naszej atmosferze niebieskie promienie światła słonecznego. W nocy niebo jest czarne, słońce nie świeci i przestrzeń kosmiczna też jest czarna. Przy horyzoncie Słońce jest czerwone, bo przez grubą warstwę atmosfery przenikają głównie promienie czerwone.
– A tu jest Wielki Wóz. A tu Gwiazda Polarna. Nazywają ją też Gwiazdą Biegunową. Obok niej przebiega oś obrotu Ziemi. Ona jest zawsze nieruchoma, a Wielki Wóz obraca się wokół niej.
Zacząłem się wiercić i rozglądać po ciemku za Edkiem. Myślałem, że wycieczka to będzie odskocznia od nudnego ślęczenia w szkolnej ławce, a tu znowu to samo: siedzenie i słuchanie wykładu. Minęło kilka sekund, gdy usłyszałem szmer w rzędzie za mną. Chłopcy z naszej klasy mieli jednak w sobie to, czego brakowało astronomom i astrofizykom – nieodpartą chęć do psot. Plan był prosty: wykorzystać tę ciemność.
Tak, to Edek razem z Romkiem ruszył do akcji. Pod tylnymi fotelami coś się poruszyło, chlupnęło. Usłyszałem szelest i stłumiony chichot. Balonik z wodą został położony tuż obok krzesła Staszka – największego śpiocha w klasie.
Nie minęła minuta, gdy prowadzący kazał „spojrzeć na niebo północne”. Wszyscy zadzierali głowy, a Edek pociągnął za sznurek. „Chlup!” – woda rozlała się po podłodze, mocząc buty Staszka. Ten poderwał się, krzycząc:
– O rety! Kto tu kałużę zrobił?!
W półmroku rozległ się chichot kilku chłopaków, ale pani Grabowska błyskawicznie zapaliła kieszonkową latarkę i spojrzała groźnie po całej sali.
– Kto to zrobił?! – syknęła.
Edek z Romkiem siedzieli niewinnie, patrząc w górę, jakby wciąż podziwiali Wielką Niedźwiedzicę. Ja siedziałem cicho jak mysz, choć w środku śmiałem się tak, że aż mnie brzuch bolał.
Pod koniec seansu pani, ściszonym głosem, zapowiedziała, że „sprawa balonika” jeszcze wróci na godzinie wychowawczej. Gdy światła znów się zapaliły, świat wyglądał jak zwykle, a myśmy mieli minę niewiniątek. Kiedy wychodziliśmy z obserwatorium, nawet pani uśmiechnęła się pod nosem.
Powrót do Bytomia i legenda o Wiecznym Tułaczu
W drodze powrotnej siedziałem z chłopakami na samym końcu autokaru, żeby nauczycielka nie miała nas na oku. Śmialiśmy się z psoty Edka i Romka. Staszek siedział przy pani i suszył lekko zmoczone buty.
Szyby były zaparowane. Ktoś palcem rysował na nich gwiazdy.
– Ty, a jakby tak naprawdę było, że gdzieś tam ktoś też teraz na nas patrzy? – odezwał się Edek, odwracając się do tyłu.
– Kto? – prychnął Mirek. – Górnicy z Marsa?
Śmiech przeszedł falą przez rząd siedzeń.
– Proszę pani – odezwał się nagle Jurek – a jak Kopernik powiedział, że Ziemia się rusza, to ludzie mu uwierzyli od razu?
– Nie – odpowiedziała. – W nauce rzadko kiedy wierzy się od razu. Trzeba dowodów.
– A jakby się mylił? – dopytywała Basia.
– Wtedy ktoś inny by to poprawił. Na tym polega postęp.
Autokar podskoczył na nierówności. Ktoś z tyłu krzyknął: „Uwaga, meteoryt!”, kiedy kamień uderzył w podwozie.
– Widzisz – szepnął do mnie Edek – nawet droga z Chorzowa do Bytomia jest niebezpieczna kosmicznie.
– Ty byś chciał zostać astronomem? – zapytałem go.
Zastanowił się chwilę.
– Nie wiem. Może. – powiedział cicho. Ale Edek został chirurgiem.
Z przodu autokaru rozległ się śmiech dziewczyn.
– Słuchajcie – powiedziała Hania – jakby Ziemia naprawdę tak szybko się kręciła, to czemu my tego nie czujemy?
– Bo się kręci równo – odpowiedział Edek. – Jak w pociągu. Jak jedzie równo, to możesz czytać książkę.
– A jak zahamuje, to wszyscy lecą do przodu – dodał Mirek i specjalnie popchnął Edka, który teatralnie złapał się oparcia.
– Uważaj, bo cię wyślę na orbitę – odgryzł się Edek.
Przez chwilę znów było gwarno. Ktoś nucił piosenkę, ktoś inny opowiadał, że wujek ma lornetkę i widać przez nią księżycowe kratery.
Patrzyłem przez szybę. Na horyzoncie pojawiły się kominy Bytomia. Dym unosił się ciężko, przykrywając niebo, które jeszcze przed godziną było tak czyste pod kopułą planetarium.
– I co? – zapytała nagle Basia, pochylając się przez przejście. – Podobało ci się?
– Bardzo.
– Mnie też. Najbardziej to, że Ziemia nie jest w centrum. Jakoś mi się to spodobało.
– Dlaczego?
Wzruszyła ramionami.
– Bo wtedy wszystko wydaje się mniej ważne. Nawet klasówka z matematyki.
– Tego bym tak nie upraszczała – wtrąciła z przodu nauczycielka, która najwyraźniej miała lepszy słuch niż sądziliśmy. – Sprawdzian z matematyki też jest częścią wszechświata.
Śmiech znowu wypełnił autokar.
Zaczęliśmy też gadać z chłopakami o samochodach. Jadąc dwupasmówką w kierunku Bytomia, mijaliśmy nieliczne w latach pięćdziesiątych pojazdy. Znaliśmy każdą markę przejeżdżającego auta. Nie było tego aż tak dużo do zapamiętania. Każdy chłopak w naszej klasie potrafił w środku nocy wymienić marki aut radzieckich, niemieckich, francuskich i brytyjskich.
Kiedy wjechaliśmy do Bytomia, było już szaro. Ulice wyglądały zwyczajnie, niemal surowo po kosmicznym spektaklu. Autokar zatrzymał się pod szkołą. Wysiedliśmy jeden po drugim.
– To co, jutro znowu Ziemia będzie się kręcić? – zapytał Mirek.
– Będzie – odpowiedziałem.
– Szkoda, że nie widać – dodał Edek.
Patrzyłem jeszcze chwilę w niebo nad Bytomiem. Było przygaszone, przysłonięte dymem. Wiedziałem już, że ponad tym dymem wszystko trwa w swoim porządku: planety krążą, gwiazdy świecą, a my – mali, hałaśliwi, wracający autokarem – też jesteśmy częścią tego ruchu.
Wróciłem do domu. Mama siedziała przy stole. Na blacie stała filiżanka herbaty, która dawno wystygła. Patrzyła przez chwilę w okno, jakby śledziła coś daleko poza Bytomiem.
– I jak było? – zapytała w końcu.
Opowiadałem jej wszystko naraz: o kierowcy, który gwizdał przez zęby, o chłopakach, co rozrabiali na wycieczce, o dziewczynach śpiewających w autokarze, o tym, jak projektor pod kopułą wyświetlał nam gwiazdy, o tym, że może chciałbym studiować astronomię. Albo że chciałbym odbyć podróż do gwiazd.
Mama słuchała z uśmiechem, ale w jej oczach pojawił się cień zamyślenia.
– Podróż – powiedziała cicho – to dziwna rzecz. Człowiek jedzie i myśli, że jedzie dokądś. A czasem okazuje się, że jedzie tylko przez własną historię.
Nie bardzo rozumiałem, co ma na myśli.
– Wiesz – dodała po chwili – kiedy byłam młoda, słyszałam pewną starą legendę. O Żydzie, który nigdy nie mógł przestać iść.
Podniosłem głowę. Brzmiało to jak początek baśni.
– Dawno temu – zaczęła – kiedy Jezus szedł drogą na Golgotę, zatrzymał się przed domem pewnego człowieka.
Był zmęczony, dźwigał krzyż i chciał na chwilę oprzeć się o mur. Wtedy gospodarz wypchnął Go z progu i powiedział: „Idź dalej. Nie zatrzymuj się tutaj”.
Mama mówiła spokojnie, może powtarzała słowa, które znała od dawna.
– A wtedy Jezus odpowiedział: „Ja idę dalej, ale ty będziesz szedł aż do końca świata”. I tak powstała legenda o Żydzie Wiecznym Tułaczu.
Wyobraziłem sobie człowieka idącego przez stulecia – przez pustynie i miasta, przez wojny i pożary, przez zimy i lata.
– Mówiono – ciągnęła mama – że widywano go w różnych krajach. W Hiszpanii, w Niemczech, w Rosji. Czasem był stary, czasem młody, jakby czas nie miał nad nim władzy. Szukał miejsca, gdzie mógłby się zatrzymać, ale nigdy go nie znajdował.
Zamilkła.
– Dlaczego? – zapytałem.
Mama spojrzała na mnie długo.
– Bo taka była kara – powiedziała.
W pokoju zrobiło się bardzo cicho. Na ulicy ktoś przejechał rowerem, zadzwonił dzwonkiem, potem znów zapadła cisza.
Mama wzięła filiżankę i upiła łyk zimnej herbaty.
– Wiesz – dodała po chwili – kiedy byłam młoda, myślałam, że to tylko legenda. Ale potem przyszła wojna i zobaczyłam tysiące ludzi, którzy szli bez końca: z miasta do miasta, z lasu do lasu, z jednej kryjówki do drugiej.
Popatrzyła na mnie łagodnie.
– Czasem cały naród może poczuć się tak, jak człowiek z tej legendy.
Pogłaskała mnie po głowie.
– Kładź się, synku – powiedziała cicho – I pomyśl przed snem o gwiazdach. Trzeba zawsze patrzeć wyżej i dalej niż inni.
Robert Ackermann
Może Cię zainteresować:
„Chodziłem po słonecznej stronie ulicy”. Najnowsza powieść autobiograficzna Roberta Ackermanna
Może Cię zainteresować:
