Rada Gminy Bojszowy zdecydowała, że Gminna Biblioteka Publiczna będzie nosić imię Alojzego Lyski – pisarza, publicysty, nauczyciela i popularyzatora historii Górnego Śląska. Uroczystość nadania imienia odbędzie się 8 czerwca.
Alojzy Lysko od lat związany jest z regionem i z samymi Bojszowami. W swojej twórczości – od cyklu „Duchy wojny” po liczne publikacje o wierzeniach i historii Ziemi Pszczyńskiej – konsekwentnie przywraca pamięć o losach Górnoślązaków, zwłaszcza tych, których wojna pozbawiła domu i tożsamości.
Alojzy Lysko podzielił się z nami ideą oryginalną i piękną. Zaproponował, by w mówionej formie biblioteka była określana jako „Gminna Biblioteka Publiczna imienia Alojzego Lyski – Ojca i Syna w Bojszowach”. Podkreślił, że byłby to gest nie tylko wobec niego, ale także wobec jego ojca, również Alojzgo Lyski, który – jak wielu Górnoślązaków podczas drugiej wojny światowej – zginął jako niemiecki żołnierz na froncie. Miał 30 lat.
– Chcę, żeby było wiadomo, że to uhonorowanie nie tylko mojej osoby, ale także mego Ojca. Całe dorosłe życie szedłem z Duchem Ojca – napisał nam Lysko.
Pisarz zaznaczył, że nie oczekuje zmiany uchwały. Jego propozycja dotyczy wyłącznie tradycji mówionej, która – jak podkreśla – ma znaczenie dla lokalnej pamięci.
O uczuciach, pamięci i śląskim micie ojca
Są na Górnym Śląsku historie, które nie kończą się wraz ze śmiercią. Trwają dalej – w dzieciach, w wnukach, w miejscach, które pamiętają kroki tych, którzy odeszli. Twórczość Alojzego Lyski wyrasta właśnie z takiej historii: z nieobecności, która stała się obecnością; z ciszy, która zaczyna mówić. A nawet krzyczeć! Pisząc swoje książki – z „Duchami wojny” na czele – Lysko stał się głosem tych, którzy sami głosu już nie mają.
W przejmującym wstępie do „Duchów wojny” Lysko zwraca się do ojca, którego nigdy nie poznał. Szuka go w polach, w porannej, nadrzecznej mgle, w zapachu majowego kwiecia, w starych fotografiach i w podkowie wykopanej na zagrodzie. Szuka go w sobie, w swoich dzieciach, w każdym geście, który mógłby być wspólny.
„Nie ma cię, a jesteś.”
To poszukiwanie stało się osią jego życia i pisania. Ojciec – młody człowiek wyrwany ze swojej rodziny, ojcowizny, gospodarstwa, społecznosci – zginął na froncie, zostawiając po sobie kilka przedmiotów i ogromną pustkę. Lysko tę pustkę wypełniał przez dziesięciolecia: słowem, badaniem, pamięcią. „Nie ma cię, a jesteś” — pisze. I to zdanie jest kluczem do wszystkiego.
Lysko podkreślił, że jego więź z ojcem trwa od młodości. Wspomina moment, kiedy jego babka Marianna – dzień przed śmiercią – poprosiła go, by „dzielił swoje życie z Ojcem”. Jak mówi, to zobowiązanie wracało do niego przez lata, także w formie wydarzeń, które sam określa jako irracjonalne.
– Od 1960 roku Ojca zaadoptowałem w sobie jako Bratnią Duszę. I niosę ją w sobie z godnością, wciąż żywą.
Dlatego jego prośba, by biblioteka w Bojszowach nosiła imię Alojzego Lyski – Ojca i Syna, nie jest gestem patetycznym. Jest domknięciem drogi. Jest symbolicznym powrotem ojca do miejsca, które kochał: do książek, do tradycji, do bojszowskiej ziemi.
Biblioteka stałaby się w ten sposóbnie tylko instytucją kultury, lecz także przestrzenią pamięci – miejscem, gdzie historia rodzinna splata się z historią regionu. Miejscem, gdzie syn oddaje ojcu to, czego wojna mu odebrała: obecność. To piękna idea.
„Mój Ojciec znajdzie trochę tej miłości w nazwie biblioteki.”
O idei adopcji poległych
W tej historii jest jeszcze jeden wątek, który nadaje jej wymiar niemal mistyczny. Lysko mówi, że „idzie za swoim Ojcem od młodych lat”, a konkretnie od 1958 roku, kiedy jego babka Marianna — umierając — poprosiła go, by dzielił swoje życie z ojcem, który nie miał szansy go przeżyć. To proste, śląskie zdanie: „On nie miał szczęścia, więc wszystkim, co przeżywasz, dziel się z nim” — stało się dla niego zobowiązaniem.
Nie od razu potrafił je unieść. Dlatego – jak opowiada – wiosną 1969 roku wydarzyło się coś, co do dziś nazywa „irracjonalnym incydentem”: nocne nawiedzenie przez babkę i stół, który samoistnie (?) wywrócił się tak, że z jego szuflady wysypały się listy ojca z frontu. Scenę tę opisał później Zbigniew Rokita w Kajś. Dla Lyski był to moment przełomowy, przypomnienie o obietnicy, której nie dotrzymał.
Od tamtej pory – co Lysko stwierdza wprost – ojciec stał się jego „Bratnią Duszą”. Nie metaforą, lecz realną obecnością, która prowadzi go przez życie i przez pisanie. Dlatego współpatronat biblioteki nie jest gestem symbolicznym. Jest spełnieniem obietnicy złożonej rodzinie, ziemi i samemu sobie.
I dlatego Lysko mówi o czymś jeszcze poza patronatem. Formułuje propozycję, która dotyczy całego Górnego Śląska: by żyjący Górnoślązacy – synowie, wnukowie, prawnukowie – „adoptowali” jednego z poległych i nieśli jego pamięć aż do końca własnego życia.
„Skoro oficjalna władza nie uznaje naszych chłopców, to my – żywi Górnoślązacy – zaadoptujmy jednego z poległych.”
To nie jest wezwanie polityczne. To praktyka pamięci. Odpowiedź na brak oficjalnego uznania dla losów „naszych chłopców”, wcielonych do Wehrmachtu, rozproszonych po setkach cmentarzy wojennych. Ich ciała mają miejsce spoczynku. Ich dusze – synowie, wnukowie, prawnukowie – jak pisze Lysko – synowie, wnukowie, prawnukowie –„wciąż błąkają się po świecie i szukają w drugim człowieku miłości”.
W tym świetle współpatronat biblioteki nie jest gestem jednostkowym. Jest przykładem tego, o czym mówi Lysko: przyjęcia odpowiedzialności za pamięć, nie w imieniu państwa, lecz w imieniu rodziny, wspólnoty, ziemi.
To cicha, śląska forma pomnika. Nie z kamienia, lecz z pamięci. Zastanówmy się zresztą chwilę nad samym słowem „pomnik” – wszak to coś, co przypomina, upamiętnia, pomaga nie zapomnieć. Alojzy Lysko uświadamia nam, że taki pomnik możemy zbudować w nas samych.
Może Cię zainteresować:

