Sebastian Riedel 3

Co legendarny Rysiek Riedel powiedział, gdy pierwszy raz usłyszał kapelę swojego syna? "Wysłał nas do piwnicy" - opowiada Sebastian Riedel

O pierwszej gitarze od ojca. O słuchaniu muzyki tak głośno, że razem z Riedlem słuchał jej cały blok. O byciu zwykłym człowiekiem i ojcem. Sebastian Riedel, lider grupy Cree, syn Ryszarda Riedla, rozmawia z Tomaszem Stankiewiczem.


  • Sebastian Riedel 2 marca skończył 44 lata. Od blisko trzech dekad jest wokalistą zespołu Cree. Wciąż jest pytany jednak o swojego ojca - legendarnego Ryszarda Riedla
  • Wraz ze swoim zespołem Sebastian Riedel wydał 8 płyt, ale nie powiedział jeszcze ostatniego słowa
  • W wywiadzie z portalem Ślązag.pl Riedel junior opowiada o dorastaniu u boku ojca gwiazdora i odkrywaniu miłości do muzyki rockowej


Sto lat, panie Riedel.
Dziękuję. Wzajemnie.

Czego panu życzyć?
Nie jestem specjalnie pazerny: żeby można było grać i tworzyć muzykę. Właśnie zaczęliśmy prace nad nowym albumem Cree, który powinien ukazać się pod koniec roku. Na dwa lata zahamowała nas pandemia, ale w końcu ruszamy do przodu.

Co cennego dla siebie dostał pan, jako mały chłopak, na urodziny od ojca?
Kilka rzeczy, które do dziś pamiętam. Moją pierwszą gitarę. Przywiózł mi ją z trasy koncertowej.

Taką zabawkową, czy…?
Jaką zabawkową! Prawdziwego elektryka – czerwoną kopię Fendera Stratocastera. Mam ją do dziś. Ojciec chciał utrzymać prezent w tajemnicy do moich urodzin, ale wygadał mi się jeden z technicznych Dżemu: „Bastek, ojciec wiezie dla ciebie gitarę!”. Więc niespodzianki nie było, ale była radość! Na tej gitarze zacząłem na poważnie grać. Pamiętam też, że na urodziny dostawałem mnóstwo książek.

Jakich?
Głównie o przygodach Tomka Wilmowskiego. Ojciec lubił Alfreda Szklarskiego, lubił takie klimaty, bo przypominały mu jego własne dzieciństwo. Kiedy był dzieckiem,uwielbiał bawić się w Indian i kowbojów. To był jego świat. Z koncertów Dżemu w Szwajcarii przywiózł mi też latający model samolotu. Wieszało się go na suficie, był przyczepiany na lince i wykonywał kółka nad naszymi głowami. Była frajda.

Sąsiedzi słuchali tego, co Riedel

Wymienialiście się z ojcem muzyką?
No jasne. Kiedyś dał mi kasetę jakiegoś nieznanego jeszcze zespołu. Mówił: „Zobaczysz Bastek, że za dwa lata to będzie jedna z największych kapel na świecie”. To było Guns N’Roses. Gdy siostra i ja byliśmy w szkole, a mama w pracy, ojciec odpalał muzykę w domu na cały regulator. Przepraszam: w bloku. Więc, mimo skarg oczywiście, ludzie słuchali tego, co on (śmiech). Wynikał z tego jeszcze jeden problem: nie mogłem dostać się po lekcjach do domu, bo ojciec nie słyszał dzwonka. Musiałem czekać pod drzwiami, aż utwór się skończy i dopiero wtedy mocno w nie waliłem. Miałem kilka sekund szansy, gdy była cisza między jedną piosenką a drugą (śmiech).

Jaką jeszcze muzykę odkrył pan dzięki temu?
Słuchałem z nim całej klasyki bluesa i rocka. Również stojąc na korytarzu przed drzwiami (śmiech). Do dzisiaj mam płyty, które wtedy u nas leciały - Lynyrd Skynyrd na przykład, świetne gitarowe granie. Ja też puszczałem mu swoje rzeczy. Na przykład Metallikę. Byłem zaskoczony, kiedy powiedział mi, że był na ich koncercie, w 1991 roku na Stadionie Śląskim. „Jak to? Byłeś i nie zabrałeś mnie ze sobą?”. Powiedział mi, że to był przypadek, bo akurat przechodził niedaleko Śląskiego, kiedy zobaczył, że coś się tam dzieje. Przeskoczył przez płot i tak znalazł się przed sceną na koncercie Metalliki i AC/DC. Po latach Metallica zagrała „Wehikuł czasu”, ale to już inna, zupełnie niezwykła historia…

A Ryszard Riedel bywał też „zwykłym człowiekiem”?
Bywał. Jasne, że tak. Bawił się z nami, wychodziliśmy na wspólne obiady. Byliśmy rodziną. Dużo piszę o tym w książce „Rysiek Riedel we wspomnieniach”. Ojciec pomagał nam w odrabianiu lekcji, zabierał na lody… Jak trzeba było, potrafił być surowy i stanowczy. Ale też pozwalał mi być takim, jakim sam chciałem. A wielokrotnie wzywano go do szkoły na skargę, że noszę długie włosy.

Był idolem: moim i tysięcy ludzi

Nie żałował pan, że tak mało takiego „codziennego” Riedla pokazano w „Skazanym na bluesa”?
Żałuję, ale trzeba zaznaczyć, że film nie przedstawia mojego ojca wiernie. To taka trochę filmowa fantazja na jego temat. Przyznaję, że wyszło to zbyt mrocznie. Ja zapamiętałem ojca zdecydowanie bardziej kolorowego i szczęśliwszego.

Widział pan go w grze aktorskiej: ruchach, mimice, głosie Tomasza Kota?
Tomasz Kot jest doskonałym aktorem, więc co tutaj oceniać… Na pewno zagrał świetnie, ale jeszcze raz powtórzę – scenariusz nie jest stuprocentowym odwzorowaniem życia mojego ojca. Ja zapamiętałem go o wiele bardziej kolorowo. Film pokazuje go jednowymiarowo i mrocznie. Szkoda.

Magazyn „Rolling Stone” napisał o Ryszardzie Riedlu, że był ostatnim prawdziwym hippisem naszych czasów. Ale pan nie marzył kiedyś, żeby mieć zwykłego ojca, który po prostu wraca do domu po pracy?
Marzyłem o takim ojcu, jakiego miałem. Był wielkim muzykiem. Idolem moim i tysięcy ludzi w Polsce. Pamiętam, jak kiedyś widząc po koncercie fanów ustawiających się po autografy do Dżemu, sam podszedłem do zespołu z plakatem. Podpisali się wszyscy, poza ojcem, bo nie pomyślałem, żeby i jego prosić – miałem go przecież w domu, na co dzień. I w domu ojciec dodał swój podpis sam: „senior Riedel”. Zaciekawiło mnie wtedy, jak robi tę swoją charakterystyczną sygnaturę. Pokazał mi i pozwolił, bym podpisywał się podobnie, ale zastrzegł: „Ale Bastek, musisz dodawać: junior”. Od tego czasu to dla mnie coś więcej niż autograf – ważny symbol, rodzinna pieczęć.

Gdyby Rysiek urodził się w Ameryce

Jak wspomina pan bycie Riedlem w Tychach w młodości?
Na schodach w naszym bloku ciągle przesiadywali fani Dżemu. Bazgrali po ścianach słowami piosenek, że kochają Ryśka, więc mieliśmy malowanie za malowaniem. Administracja przychodziła do nas z pretensjami. A ja? Byłem sobą. Tak jak ojciec, kiedy był młody. Ja też miałem swoje marzenia i plany. Zostałem muzykiem i nazwisko Riedel w jakiś sposób mi pomagało, ale nie zawsze. Do dzisiaj postrzega się mnie jako syna Ryśka Riedla, a ja przecież od 25 lat gram na własne konto, zarejestrowałem kilka płyt i też mam już swoją publiczność i niemały dorobek.

Czy pańskim zdaniem w Tychach, na Śląsku w dostateczny sposób wykorzystano legendę pańskiego ojca?
Miasto pielęgnuję pamięć o ojcu i jestem za to wdzięczny. Jesienią ubiegłego roku odbyło się wiele imprez jemu poświęconych. Ma tutaj swój pomnik nawet. W Teatrze Wyspiańskiego grany jest spektakl o jego życiu. Byłby tym zaskoczony. Nie mam wątpliwości, że ludzie wciąż o nim pamiętają. Na Śląsku szczególnie.

A mural w Tychach? Podoba się panu?
Dzięki muralowi ojciec w symboliczny sposób powrócił do miejsca, gdzie spędził wiele lat swojego życia. W otoczeniu normalnych ludzi, zwyczajnych rodzin. Mieszkaliśmy przecież na blokowisku. Przyznam, że był dość oryginalny, kiedy w tym swoim kapeluszu przemierzał parkingi i place zabaw…

Dlaczego pański ojciec był właśnie taki? PRL, Tychy, miasto-sypialnia, a tu „ostatni prawdziwy hippis”?
Kiedyś zastanawiałem się nad tym co by było gdyby ojciec urodził się na przykład w Ameryce. Wszystko byłoby tam dla niego łatwiejsze. Łatwiej wkomponowałby się w otoczenie, spotkał ludzi podobnie myślących. Potoczyło się jednak to wszystko nieco inaczej i wylądował w Tychach, w siermiężnym PRL-u. Najważniejsze, że pozostał sobą. Za to go cenię.

Na ile życiorys ojca był przestrogą dla pana?
To naturalne, że był przestrogą. Zresztą ojciec sam niejednokrotnie ze mną na ten temat rozmawiał. Zależało mu, żebym nie powtórzył jego błędów. Mieliśmy to - że tak powiem - obgadane.

Nie chciałem wchodzić w buty ojca

Czy bez Ryszarda Riedla, pańskiego nazwiska, też zająłby się pan muzyką?
Nie mam pojęcia. Na pewno bym jej słuchał, może i grał, ale czy na taką skalę to trudno powiedzieć. Nie jest tajemnicą, że to ojciec wymyślił nazwę mojego zespołu. Interesował się kulturą Indian, a Cree to nazwa jednego z plemion. Sam wspominał, że chciałby mieć zespół pod taką nazwą. To dobra nazwa – krótka, łatwo ją zapamiętać, zapisać. No i ma jakieś znaczenie, a to ważne. Przyzwyczaiłem się do porównań do ojca. Zawsze wiedziałem też, że muszę dłużej i ciężej pracować, żeby pokazać samego siebie. Właśnie, żeby ludzie nie porównywali tylko, popatrzyli z innej strony.

A ojciec bywał na waszych koncertach? Recenzował? Podpowiadał?
Jedyną recenzją, jaką od niego usłyszałem były słowa: „Dobrze, dobrze, ale jeszcze na dziesięć lat do piwnicy i ćwiczyć!” Interesował się tym co robię, ale nie był skłonny do pochwał. Ale też nie ganił. Wiedział doskonale, że ma u mnie autorytet i cokolwiek by nie powiedział, dobrego, czy złego, byłoby to dla mnie święte. Wolał, żebym sam do wszystkiego doszedł. Ani nie osiadł na laurach, ani się nie zniechęcił. Na naszym koncercie był tylko raz. Organizator bardzo chciał, żeby wyszedł z nami na scenę, ale on się nie zgodził. Wiedział, że skradnie nam show, a to przecież był nasz koncert i nasze święto.

Nie chciał pan nigdy zastąpić ojca w Dżemie?
Nie. Nie chciałem wchodzić w jego buty. Z szacunku do ojca przede wszystkim. Z Dżemem cały czas czuję emocjonalną więź, bo to przecież pół mojego życia, całe dzieciństwo. Muzycznie to jednak bardziej świat mojego ojca niż mój.

Moi synowie lubią Dżem

A pańscy synowie? Interesują się muzyką?
Chłopaki mają swoje zainteresowania, ale muzykę lubią. Ja słucham jej dużo, więc chcąc nie chcąc, też ją chłoną.

Czego słuchają?
Przeróżnych rzeczy. Trzeba by ich o to zapytać, bo sam nawet nie pamiętam. Muzyka, która jest dziś popularna mniej dociera do pokolenia ojców takich, jak ja (śmiech).

A co mówią, gdy puszcza im pan Dżem?
Wiedzą, że śpiewa wtedy dziadek. Świetnie zdają sobie sprawę z tego, kim był Ryszard Riedel. No i naprawdę lubią Dżem.

Pan ma swoją ulubioną, osobistą piosenkę śpiewaną przez ojca?
Ulubionej nie mam, bo wszystkie są dla mnie ważne. Ale mogę wyróżnić jedną.

Którą?
„List do M.” Od kiedy moja mama odeszła jeszcze bardziej identyfikuję się z tym tekstem. Zdarza się, że wykonuję ten utwór na koncertach i zawsze jest to dla mnie szczególny moment.