Wiadomo, politycy - zwłaszcza przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi, które u nas mają odbyć się za rok z małym okładem - bardzo chętnie szukają wspólnego wroga. Bo to mobilizuje elektorat. I w takiej roli idealnie sprawdza się unijna polityka klimatyczna i system handlu uprawnieniami do emisji CO2 - ETS, który obecnie można przecież oskarżyć już o wszystko.
Tymczasem jeżeli chodzi o nasze górnictwo, to mamy do czynienia ze zwykłym bilansem zysków i strat, gdzie zdecydowanie więcej jest strat. Tutaj nie ma żadnych zagranicznych podszeptów, czy tajemniczych decyzji własnego rządu. Berlin też Warszawie nic nie narzuca, naprawdę. Jest za to czysta matematyka, która jednoznacznie wskazuje na równie pochyłą.
Polskie górnictwo podąża tylko w jednym kierunku
Spójrzmy na zatrudnienie w górnictwie węgla kamiennego w naszym kraju. Jeszcze nie aż tak dawno, bo 15 lat temu, we wrześniu 2011 r. ten sektor miał ponad 115 tys. miejsc pracy. Ale już 10 lat temu, czyli we wrześniu 2016 r., w naszym górnictwie było mniej niż 87 tys. pracowników. To ubytek na poziomie ok. 33 proc. w raptem 5 lat.
Jak z tym górniczym rynkiem pracy było 5 lat temu, we wrześniu 2021 r.? Wtedy zatrudnienie było na poziomie niecałych 78 tys. ludzi. Kolejna pięciolatka i znowu w dół o jakieś 11 proc. Jak jest teraz? Historycznym miesiącem dla naszego górnictwa węgla kamiennego był tegoroczny marzec, kiedy pierwszy raz zatrudnienie spadło poniżej 70 tys. osób (69696).
A w lipcu 2026 r. (ostatnie dostępne dane) tych miejsc pracy było już tylko 63618. Wychodzi więc na to, że licząc tylko ostatnie 15 lat, zatrudnienie w polskim górnictwie zmniejszyło się o ponad 80 proc. I raczej przesądzone jest, że ten proces będzie postępował, a w tym roku granica 60 tys. etatów pewnie pęknie.
Pomogą w tym ustawowe osłony socjalne, czyli urlopy górnicze, pozwalające do 5 lat pobierać 80 proc. wcześniejszego wynagrodzenia albo jednorazowe odprawy pieniężne w wysokości 170 tys. zł, od których nie trzeba odprowadzać podatku. Spółki węglowe realizują swoje programy odejść z pracy, pomagają się górnikom przekwalifikowywać. Transformacja energetyczna to fakt, nie ma od niej odwrotu.
Coraz mniej górników fedruje coraz droży węgiel
A dlaczego tak się dzieje? Oczywiście można całą winę zwalić na politykę klimatyczną UE, ETS i brukselską administrację. Ale to tylko mały ułamek tej prawdy. Bo nie można przy tej okazji przemilczać tego, że wydobycie węgla made in Poland jest po prostu coraz droższe. Jeszcze w 2021 r. średni koszt produkcji tony węgla wynosił 440 zł. W 2024 r. to już było 945 zł.
Teraz, bez rządowych dopłat, bylibyśmy pewnie na poziomie grubo ponad 1000 zł. Bardziej opłaca się importować tańsze czarne złoto, co uderza rzecz jasna w finanse spółek węglowych, które cierpią na jeszcze jedną chorobę: koszty pracy.
Parę lat temu wypłata tylko dwóch świadczeń załodze PGG (Barbórki i 14. pensji) pochłaniała ok. 700 mln zł. Do tego dochodzi jeszcze inna zmora: uzwiązkowienie. W spółkach bywa nawet po parędziesiąt związków zawodowych.
I taka jest przyczyna zwijania się polskiego górnictwa. Jednoznaczny rachunek na sporym minusie.


