„Wasze ulice, nasze kamienice”, czyli napięte relacje Polaków i Żydów w Zagłębiu Dąbrowskim przed i po zagładzie. Część II

Co kryją poufne raporty policji i przedwojenne akta urzędowe z lat 30. ubiegłego wieku? Druga część historii zagłębiowskich Żydów odsłania brutalną prawdę o narastającej nienawiści, która w godzinie wojennej próby zmusiła sąsiadów do dokonania najtrudniejszych wyborów moralnych. To wstrząsający obraz okupacyjnego dramatu oraz powojennej rzeczywistości, w której dawne demony nie pozwoliły ocalałym na spokojny powrót do domu.

Pierwsze sygnały: wybuchy, pobicia i inwigilacja

Zajrzyjmy teraz do treści dokumentów i korespondencji z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Interesujące nas archiwalia znajdziemy w zasobach Archiwum Państwowego w Katowicach. W poufnym piśmie z roku 1936 starosty będzińskiego Józefa Boxy do Urzędu Wojewódzkiego w Kielcach (Wydział Społeczno – Polityczny) czytamy:

„(…) 1/ Akcja antyżydowska, prowadzona jest na terenie powiatu będzińskiego przez Stronnictwo Narodowe oraz Narodowo – Socjalistyczną Partję Miast i Wsi. W okresie od 1.I.1935 r. do 31.XII.35 r. – w swej zewnętrznej formie i przejawach nie nosiła charakteru ściśle zorganizowanych wystąpień. Wysuwane były hasła przez te stronnictwa, bojkotujące żydów tak w życiu towarzyskiem, jak i handlowem, kolportaż ulotek i ostatnio „Gazety Narodowej” wychodzącej w Częstochowie oraz „Polskiej Karty” wychodzącej w Krakowie i wygłaszane referaty na zebraniach na temat szkodliwej działalności żydów w Polsce, znajdowały oddźwięk w społeczeństwie i zaostrzały istniejący antagonizm. Metody akcji antyżydowskiej wyrażały się początkowo w formie, jak wyżej podałem. Wypadek jednak, który miał miejsce w Sosnowcu na ulicy Montwiłła – Mireckiego w dniu 4.8.35 r., gdzie po skończonych zawodach piłkarskich między drużynami „Hakoach” /żydzi/ i R.K.S. „Czarni” wynikła bójka pomiędzy członkami wspomnianych klubów, w czasie której został przebity nożem Komorowski Jan z Sosnowca przez Jankla Zyto, a następnie tenże Komorowski pobity laskami przez Abrama Herbeta, Szyję Wintera, Mendla Korenhendlera – dał powód do czynnych wystąpień przeciwko żydom, wyrażających się w wybijaniu szyb i biciu żydów. Specjalnego natężenia akcji antyżydowskiej w poszczególnych miejscowościach tut. powiatu nie notowano. 2/ W celu zapobieżenia wspomnianej akcji i ewentualnego rozrostu tejże wydałem odpowiednie zarządzenia w postaci wzmocnienia służby patrolowej oraz obserwacji czynnych członków tych grup. 3/ W okresie sprawozdawczym zestawienie ekscesów antyżydowskich przedstawia się następująco:
a/ Wybito 8 szyb w Sosnowcu
b/ Demolowania sklepów oraz innych lokali, niszczenia towarów – nie notowano
c/ Profanacji cmentarzy i przedmiotów kultu religijnego – nie stwierdzono
d/ Dnia 16.XI.35 r. nieznani sprawcy podłożyli pod żydowski dom modlitwy przy ul. Florjańskiej 31 w Sosnowcu, materiał wybuchowy, który eksplodując zdemolował częściowo drzwi wejściowe, powodując zarazem wypadnięcie szyb w oknach.
e/ Wysokość szkód materialnych wskutek ekscesów wymienionych w punkcie a/ i d/ – wynosi 295 złotych.
f/ Wypadków pobicia nie meldowano.
g/ i h/ – Wskutek wybuchu przed żyd. domem modlitwy został ciężko ranny Rozenblum Moszek, lat 14, zam. w Sosnowcu przy ul. Florjańskiej 42, który zmarł w szpitalu. Ponadto w tym czasie został lżej ranny Zauberman Wolf, lat 11, zam. przy ul. Majowej 1 w Sosnowcu.
i/ Kolportażu ulotek względnie odezw o charakterze antyżydowskim w czasie trwającej akcji, nie notowano. (…) W ostatnich miesiącach 1935 r. dało się zauważyć plakatowanie haseł: „Precz z żydami, Polska bez żydów to potęga i dobrobyt, nie kupuj u żydów” oraz zamalowywanie szyldów sklepów żydowskich.
4/ Jako akcję represyjną w tym kierunku zastosowano inwigilowanie ruchliwszych działaczy S.N. o poglądach radykalnych przyczem
a/ zatrzymano 70 osób
b/ przekazano władzom sądowym 2 osoby
c/ sporządzono 23 doniesienia do władz administracyjnych z art. 28 o wykroczeniach, przyczem najniższy wymiar kar był 10 zł, najwyższy 30 zł i przeciętny 15 zł.”.

Spalić i zniszczyć: radykalne plany i prasowe polemiki

W Sprawozdaniu sytuacyjnym starosty będzińskiego z dnia 31 grudnia 1937 r. znajdziemy podsumowanie bieżącej działalności Stronnictwa Narodowego (SN). Była ona skierowana zarówno przeciwko komunistom jak i społeczności żydowskiej. W przypadku tej ostatniej mowa jest o „legalnych ulotkach” i dewastacji mienia prywatnego. A także o planach na przyszłość, które miały doprowadzić do niszczenia żydowskich sklepów i składów. Zamalowywanie farbą szyldów i drzwi było działaniem, które miało zastraszyć Starozakonnych. Ale to okazało się nieskuteczne. Zaś miejscowa ludność, o ile nie przepadała za komunistami i nie zawsze było jej po drodze z sanacyjną władzą, to zdecydowanie nie sprzyjała takim działaniom. Dlatego członkowie SN postanowili pójść krok dalej i poprzez akty przemocy zmusić Żydów do opuszczenia Zagłębia. Można odnieść wrażenie, że opisywana tu grupa antysemitów nie brała pod uwagę, czy paląc sklep skończy się tylko na zniszczonym towarze i budynku czy także na ofiarach śmiertelnych. Nie widać tam również cienia obawy przed reakcją służb państwa:

„W Grodźcu zawiązało się nowe koło, licząc na poparcie ks. Wiśniewskiego, wikariusza parafii Grodziec, który zresztą przyznaje się otwarcie do łączności ideowej z S.N. w przemówieniach, a nawet dość często daje temu wyraz na kazaniach. W przemówieniach swoich robi często aluzje do czynników oficjalnych jakoby te zajmowały się jedynie młodzieżą przedpoborową w okresie poboru, natomiast zdana jest ona na siebie, przez co komuna znajduje w niej podatny grunt. Jeśli chodzi o akcję antyżydowską, to aczkolwiek były daleko idące zamierzenia, to jednak wypadła ona w terenie słabo. Kolportowano jedynie ulotki i to legalne, z apelem bojkotu sklepów żydowskich. Jedynie w Będzinie kilku członków miejscowej placówki na czele z kierownikiem Frankowskim dopuściło się w nocy (…) 5.XII.37r. 2-ch wypadków zamalowania szyldów oraz pomalowania czarnym płynem drzwi wiodących do sierocińca żydowskiego. Czterech sprawców zostało ujętych. Akcja antyżydowska w dalszym ciągu stanowi jedno z głównych zadań S.N., a w omawianiu projektów na przyszłość przewiduje się nawet podpalanie niektórych składów i sklepów żydowskich”.

Ekscesy i procesy

W styczniowym wydaniu „Expresu Zagłębia” z 1937 r. znalazła się krótka notka informująca o procesie sądowym członków Stronnictwa Narodowego. Rozprawa miała odbyć się w Sądzie Okręgowym w Sosnowcu. Dziennik donosił, iż są oni oskarżeni „w związku z wystąpieniami antyżydowskimi w Zagłębiu”. Mowa była o „zamachach petardowych”.

Na początku lipca, tego samego roku, doszło do zajść, których centralnym punktem był Będzin. Co ciekawe ich przebieg był odmiennie relacjonowany przez śląską i zagłębiowską prasę. Widać tu różną skalę przedstawionych wydarzeń i ich skutki. Kim byli uczestnicy antysemickiego zajścia? Tego nie podano. Z pewnością musiała być to miejscowa ludność, która doskonale wiedziała, gdzie Żydzi mają swoje sklepy i domy.

Oto jak opisuje te wydarzenia śląski „Katolik”:

„W związku z krwawym zajściem w Będzinie, o którym wczoraj donosiliśmy, kilkaset osób rekrutujących się z elementów nieobliczalnych, urządziła wczoraj w godzinach wieczornych manifestację antyżydowską. W wyniku zajść wybito kilkanaście szyb w sklepach żydowskich w Będzinie i Dąbrowie. Tłum został rozpędzony przez policję, która w zarodku zlikwidowała zajścia. Do późnych godzin wieczornych krążyły po ulicach Będzina patrole policyjne”.

A to wersja „Expresu Zagłębia”:

„W związku z bójką, jaka miała miejsce w ub. środę przy ul. Kołłątaja 45 w Będzinie pomiędzy dozorcą domowym Janem Ożogiem i jego synem Bolesławem z jednej strony a kelnerem Kałmą Lewkowiczem z drugiej, w czasie którego Ożogowie i Lewkowicz zostali dotkliwie pobici i umieszczeni w szpitalu powiatowym, onegdaj zaszły próby ekscesów antyżydowskich w Będzinie. Próby te jednak nie przybrały zbyt ostrych form, ponieważ w zarodku zlikwidowała je policja. W kilkunastu wypadkach zanotowano bicie szyb w oknach w różnych częściach miasta. Sklepów nigdzie nie demolowano, jedynie zniszczono piekarnię Weinera przy ul. Grobelnej. W godzinach wieczorowych zanotowano jedno zajście z przechodniem żydowskim. W czasie i po zajściach zatrzymano około 36 osób. Prócz tego z nakazu władz sądowych zostali skierowani do więzienia biorący udział w bójce z dnia 30 ub. mies. Lewkowicz, przebywający w szpitalu oraz Szczęśliwy Jankiel. Wczoraj na ulicach Będzina panował zupełny spokój”.

„Bez pokory”: świadectwo Cezarego Chlebowskiego

Na opisy antysemickich zachowań trafimy w autobiograficznej książce pt. „Bez pokory”. Jej autorem był pochodzący z Grodźca historyk – Cezary Chlebowski. Przytacza on wydarzenia, które miały miejsce najprawdopodobniej w latach 30. XX wieku. Pokazują one przyzwolenie władzy na przemoc wobec Starozakonnych. Jednocześnie ukazują mechanizmy funkcjonujące wśród lokalnej społeczności. Widzimy tu bezradność, hipokryzję, brak zgody na przemoc i nienawiść, a także różne odmiany antysemityzmu, które przybrały formę toksycznej „tradycji”/”rytuału” wśród części tutejszej młodzieży.

„Po przeprowadzce na Grodziec dostrzegłem tak zwany problem żydowski, mało zresztą poważny w wydaniu grodzieckim, gdzie Izraelitów było nie więcej niż półtorej setki na z górą osiem tysięcy mieszkańców osady. Na Pekinie nie spotykało się ich prawie w ogóle, bo nie pracowali w górnictwie. Najwyżej od czasu do czasu zabłądził tu – w poszukiwaniu starych szmat, butelek czy zardzewiałego złomu – jakiś Żyd w połatanym chałacie i ciągnąc dwukołowy wózek krzyczał: – Handełe! Handełe! Z tym byliśmy zaprzyjaźnieni, bo za butelki i inny szmelc dostawaliśmy całkiem smaczne cukierki. Ale na Grodźcu po raz pierwszy spotkałem się z aktywną, otwarcie wrogą postawą wobec Żydów. Tak bowiem się złożyło, że vis-à-vis naszego miejsca zamieszkania znajdował się lokal, w którym kilkanaście lat wcześniej babcia próbowała przez rok skłonić grodźczan do picia piwa. Obecnie w lokalu tym mieściła się siedziba jakiejś młodzieżowej bojówki narodowej. W sąsiednim zaś domu, obok kamienicy państwa Mańków, miał sklepik z gatunku „szwarc, mydło i powidło” biedniutki Żyd, o nazwisku Pomeranc. W dniach, kiedy młodzi bojówkarze odbywali swoje zebrania, Pomeranc zamykał sklepik i zabezpieczał go masywnymi okiennicami z grubych desek. Dobrze bowiem wiedział, co się będzie działo. Istotnie, po zebraniu młodzi uformowani w czwórki, rozpoczynali swój kilkudziesięciometrowy „marsz Pomeranca”. Szli butnie tupiąc i na znaną melodię „Kamień na kamieniu, na kamieniu kamień” śpiewali: Polska dla Polaków, władza dla narodu, Wypędź z Polski Żyda, bo za dużo smrodu. Potem walili kamieniami i kijami po deskach okiennic, malowali kredą Gwiazdę Dawida, pisali hasło: „Nie kupuj u Żyda” i kończyli obrzęd. Nazajutrz babcia, spotkawszy Pomeranca, mówiła ze współczuciem:
– Wczoraj, słyszałam, znów urządzali panu bombardowanie.
A Pomeranc odpowiadał prawie zadowolony:
– Pani Szwaina, czy Pomeranc może narzekać? Inni kupcy dają ogłoszenia do gazety, żeby ich geszeft był dostrzeżony, a Pomeranc nie potrzebuje. Ci młodzi ludzie robią Pomerancowi najlepszą reklamę. Nikt w Grodźcu nie potrzebuje pytać, gdzie jest interes Pomeranca. Każdy to wie. Kto ma przyjść, to mimo ich napisów i tak przyjdzie, bo u mnie taniej. Istotnie, tak było. Ludzie, w tym również liczni bojówkarze, kupowali u niego, bo takich ulików, jakie miał Pomeranc, nie było w całym Zagłębiu”.
„Na podwórku, w którym mieszkali, Pomerancowie mieli wybudowaną z desek kuczkę, gdzie w każdy piątek zbierali się wszyscy na rytualną wieczerzę, połączoną ze śpiewami. Tradycyjnie też chłopaki przez otwór wentylacyjny, wrzucali im tam kota. Najłatwiej było to zrobić z dachu masarni pana Mańki, stojącej na naszym podwórku. Ale pan Mańka nie pochwalał takich zabaw i przepędzał bractwo z podwórka na trzeci zagon. Nie mógł jednak przegnać mnie-prawowitego mieszkańca z domu. Chłopaki więc zlecili mi to zadanie, jako wkupne do grupy. Zadanie wykonałem, choć przerażone kocisko cały czas mnie drapało, gwałt był straszny, uciechy moc, ale Mańka mnie zauważył i zadenuncjował przed mamą. Dostałem solidne lanie, a potem musiałem iść do Pomeranców i przeprosić ich. To mnie nauczyło na całe życie tolerancji wobec mniejszości”.

Ekonomia uprzedzeń: bieda jako katalizator napięć

Przed drugą wojną światową mamy do czynienia z animozjami i konfliktami polsko-żydowskimi. Dochodzi też do aktów antysemickich. Z jednej strony, te dwie kwestie należy rozgraniczyć i nie stawiać między nimi znaku równości. Czym innym był spór, rywalizacja o charakterze ekonomicznym, politycznym czy sportowym, a czym innym były ataki wymierzone bezpośrednio w społeczność żydowską: pobicia ze względu na wyznanie, akty wandalizmu, getto ławkowe, numerus clausus, nakłanianie do przemocy (psychicznej i fizycznej) czy też jej stosowanie wobec niewinnych ludzi. Z drugiej strony owe animozje i konflikty z czasem mogły przerodzić się w akty agresji.

Antysemityzm można w tym czasie porównać do beczki wypełnionej przez kolejne pokolenia po brzegi prochem. I tu powstaje pytanie. Czemu owej beczki nie można było stopniowo opróżnić, aż do samego dna, tym samy rozbrajając śmiertelny dla lokalnej społeczności ładunek? I czym był ów zapalnik, który doprowadził, że takie beczki, w tej czy innej części Zagłębia, eksplodowały?

Moim zdaniem tym zapalnikiem nad małopolskim brzegiem Brynicy była bieda. Bieda, która generowała nie tylko życie w trudnych warunkach, ale także niemożność opłacenia na czas rachunków oraz bieżących potrzeb. Wśród bliżej niekreślonej grupy Zagłebiaków, którzy zmagali się z taką sytuacją, rodziło się w tym czasie poczucie opuszczenia przez państwo, brak nadziei na uporanie się z problemami materialnymi, a także agresja wobec tych, którym się powiodło, którzy byli właścicielami kamienic, mieli własne sklepy, warsztaty, fabryki.

Część z nich (Jak duża? To też pytanie bez odpowiedzi.), zaczęła powoli tworzyć toksyczną wspólnotę, która z niechęcią i pogardą patrzyła na żydowskich kupców i rentierów. Nie obchodziło jej, że to tylko ułamek tej społeczności, której część także zmaga się z biedą, bezrobociem i życiem w urągających jakimkolwiek standardom warunkach. Ci Zagłębiacy widzieli, bo chcieli widzieć, tylko tę część Starozakonnych, którym się udało, którzy uczciwie pracowali na siebie i swoich bliskich, zmagając się z prozą życia codziennego. Do tego nieraz dawali pracę katolikom, a także udzielali im kredytu. Nierzadko zasiadali na ważnych stanowiskach w lokalnych władzach, a także skutecznie rywalizowali z katolickimi przedsiębiorcami. Członkowie społeczeństwa, które nad Wisłą i Brynicą było większością, stali się zależni od mniejszości nieprzekraczającej w skali Królestwa Polskiego, a następnie Drugiej Rzeczpospolitej kilkunastu procent. Część z tej grupy, nie akceptowała tego, nie chciała się z tym pogodzić. Czuła się upokorzona i jednocześnie bezsilna. Te dwa uczucia, wspomagane używkami, umacniały wspomnianą, toksyczną wspólnotę. Jej przysłowiowym zwornikiem były negatywne stereotypy na temat Starozakonnych i frustracja spowodowana niemal codziennym widokiem tychże (zarówno ortodoksów jak i tych zasymilowanych) w przestrzeni zamieszkałych przez nich dzielnic i miast. Dla nich Żydów było za dużo.

Antysemityzm nie narodził się na salonach i w urzędniczych gabinetach, ale w zaniedbanych czynszówkach i na ulicach, które omijano szerokim łukiem. Tak tworzył się ów zapalnik do wspomnianej beczki z prochem.

Cezary Chlebowski, na kartach swojej książki przywołuje jeszcze jedno wspomnienie z okresu dwudziestolecia międzywojennego:

„(…) Bardzo szanowany mieszkaniec Będzina miał przy ulicy Kołłątaja jeden z największych sklepów masarskich. W tej części miasta mieszkali prawie sami Żydzi, którzy postanowili zlikwidować gojowski handel w „swojej” dzielnicy. Aby to osiągnąć obniżyli drastycznie ceny, nawet poniżej kosztów własnych, we wszystkich swoich sklepach w okolicy. Byli tak solidarni, że tym, którzy w czasie tej akcji ponosili straty, dopłacała gmina żydowska. Naszym handlowcom nie miał kto dopłacać, padali więc jak muchy. (…) Pomimo niechęci do starozakonnych, zagłębiacy dbali, aby im się tu specjalna krzywda nie działa. Połowie mieszkańców Zagłębia – w latach trzydziestych bardzo ubogiej dzielnicy Polski – stale nie wystarczało pieniędzy od pierwszego do pierwszego. Żyło się więc na kredyt. Przeważnie na żydowski kredyt”.

Jedna przemoc rodziła drugą

Jednym z elementów zapalnika były także codzienne spory, niesnaski i kłótnie polsko-żydowskie. Ktoś kogoś obraził, popchnął, szturchnął. Któryś katolik poczuł się obrażony, dotknięty, poniżony. Wydarzenie to i związane z nim emocje zostawały z nim na zawsze. Wypełniały nierzadko w jego głowie cały obraz ukazujący lokalny świat Żydów. Stawało się to jedynym bądź najważniejszym wspomnieniem o tej społeczności. Pomimo, nieskończonej liczby interakcji ze Starozakonnymi, zarówno przed jak i po bolesnym dla niego wydarzeniu. Nikt nie pytał czy jakiś Żyd mógł poczuć się obrażony, dotknięty, poniżony. W takiej sytuacji było to bez znaczenia. Egoizm wykluczał symetrię. U ilu osób ta zadra, która przypominała o sobie do końca życia, nie przekładała się na akt agresji wobec społeczności żydowskiej, a dla ilu stała się motywacją do wyrządzenia krzywd, których nie dało się naprawić?

Izabela Tumas, będzińska bibliotekarka, autorka powieści „Tatko” podzieliła się ze mną wspomnieniem swojej krewnej, która opowiedziała jej o wydarzeniu mającym miejsce w Będzinie, przed pierwszą wojną światową:

„Babcia opowiadała, że jako mała dziewczynka była przez Żydów spychana z chodnika na ulicę, a towarzyszyło temu znane hasło: „Wasze są ulice, nasze kamienice”. Babcia była rocznik 1903 i z bratem sprzedawali zebrany na hałdach węgiel”.

Czy bezsensowne i głupie zachowanie nieznanych z imienia i nazwiska Starozakonnych wpłynęło na postrzeganie tej grupy społecznej przez małe dziecko, a później dorosłą kobietę? Jeśli tak to w jakim stopniu? Tego nigdy się nie dowiemy.

Skąd wzięła się agresja Żydów wobec małego dziecka? Chamstwo, egoizm, niechęć wobec gojów? A może to także efekt głębokich podziałów wśród ówczesnych, zagłębiowskich Żydów, o których wiemy niewiele i których tak naprawdę nie rozumiemy? Zapominamy, że wiedza o tej części społeczności naszej małej ojczyzny jest szczątkowa, fragmentaryczna. Świat Żydów, którzy żyli w Będzinie, Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej, Czeladzi i okolicznych miejscowościach jest dla nas nadal terra incognita.

Wróćmy do relacji dziewczynki. Irracjonalne i nielogiczne w swej treści hasło „Wasze są ulice, nasze kamienice” w brutalny sposób informowało adresata/adresatkę o istnieniu dwóch światów, które oddzielała niewidzialna granica. Żydzi z opowieści Tumas chcieli się odseparować od reszty w swoich azylach: domach i mieszkaniach. Dlaczego? Czego lub kogo tak bardzo się obawiali? Bo to głęboko zakorzeniony strach i ból musiał ich napędzać, a agresja była jedynie objawem tego. Czemu dążyli do konfrontacji?

Moim zdaniem to hasło nie było adresowane do babci Tumas, ale de facto do jej rodziców i wszystkich dorosłych katolików, którzy usłyszą tę opowieść. To był jasny i dosadny komunikat: Jesteśmy jednością. Jesteśmy silni. Nie ulegniemy. Nie boimy się was.

Sądzę, że takich Żydów nie obchodziło to, co myślą inni członkowie ich społeczności i jak zareagują na ich zachowanie. Nie dbali o to. Nie widzieli się wśród tej części Starozakonnych, którzy chcieli pokojowo żyć z katolickimi mieszkańcami małopolskiego brzegu Brynicy. Nawet jeśli Ci czasami okazywali się być wobec Żydów agresorami.

Jedna przemoc rodziła drugą. W Zagłębiu Dąbrowskim nigdy nie było tylko złych Polaków i dobrych Żydów bądź prawych gojów i niegodziwych Starozakonnych. To fikcja, stereotyp. Byli Polacy i Żydzi. Jedni i drudzy podzielni i wewnętrznie skłóceni ze sobą.

Teatr okrucieństwa września 1939: masakra i kłamstwo Niemców

Przywoływana kilkadziesiąt wersów wcześniej toksyczna wspólnota, o ile w dwudziestoleciu międzywojennym była hamowana przez lokalne władze i elity, to podczas drugiej wojny światowej i w okresie powojennym czuła się bezkarna i wypowiedziała cichą wojnę na śmierć i życie tym, którzy byli Starozakonnymi, ale także tym Polakom, którzy stali po ich stronie.

Kiedy nadszedł wrzesień roku 1939, świat, który znano nad Wisłą i Brynicą zaczął płonąć. W Zagłębiu Dąbrowskim rozstrzeliwano ludzi, przejmowano ich mienie, traktowano jak niewolników. Niszczono synagogi, chedery, tworzono getta. W końcu zaczęto wysyłać Starozakonnych do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz. Palono i równano z ziemią kilkusetletnie dziedzictwo wielokulturowości. A wszystko to w imię totalitarnej ideologii, która narodziła się na ponoć najbardziej rozwiniętym kontynencie na świecie. Ludzkość już nieraz udowodniła, że postęp nie wyklucza ludobójstwa. Tak stało się i tym razem. Miliony niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci, były mordowane na ulicach, placach, w komorach gazowych. Ich krew i ból wsiąknęły w zagłębiowskie chodniki i ściany kamienic.

W mojej małej ojczyźnie, w tym czasie, wzajemna pomoc, niezależnie od wyznania i dawnych animozji mijała się na tych samych ulicach z perwersyjną radością z tryumfu zła spod znaku swastyki, chciwością i obojętnością. Oto fragmenty raportów sytuacyjnych opublikowanych w książce „Zagłada Żydów Zagłębiowskich” pod redakcją Aleksandry Namysło:

„1940 czerwiec 24, Sosnowiec – Raport sytuacyjny komendanta V odcinka policji ochronnej w Sosnowcu do urzędu policyjnego w Sosnowcu.
(…)
Ogólne położenie polityczne i policyjne.
(…)
Wprowadzenie odrębnych stref poruszania się dla Żydów na niektórych ulicach lub stronach ulic w miastach Sosnowiec, Będzin i Czeladź zostało przez reichs- i volksdeutschów, jak też przez niektórych Polaków przyjęte z zadowoleniem. (…)”

„1940 listopad 12, Sosnowiec – Raport sytuacyjny komendanta I odcinka policji ochronnej w Sosnowcu do urzędu policyjnego w Sosnowcu.
(…)
Zachowanie się Żydów i ich położenie.
Zachowanie się Żydów nie uległo zmianie. Ich położenie materialne jest częściowo trudne. Reichs- i volksdeutsche, a częściowo też i Polacy nie mogą zrozumieć, dlaczego na tutejszym obszarze nie powstało getto. (…)”

„1943 czerwiec 4, Niwka – Raport sytuacyjny komendanta 5 rewiru policyjnego w Niwce do komendanta I odcinka policji ochronnej w Sosnowcu.
(…)
Problemy ludnościowo-polityczne:
(…)
Opuszczone przez Żydów mieszkania częściowo splądrowane zostały przez miejscowych Polaków. Na gorącym uczynku ujęto 13 osób, które następnie przekazano policji kryminalnej. (…)”

„1943 wrzesień 10, Sosnowiec – Raport sytuacyjny komendanta I odcinak policji ochronnej w Sosnowcu do urzędu policyjnego w Sosnowcu.
(…)
Bez żadnych wątpliwości stwierdzono, że Żydzi, którzy uciekli z getta i by uniknąć wysiedlenia ukryli się u Polaków, są przez tych, gdy wyczerpią się ich środki gotówkowe, wyrzucani po prostu na ulicę, skąd wyłapywani są przez patrole policyjne i odstawiani z powrotem do getta. Z licznych obserwacji wynika, że Polak sam z siebie nie uprawia z Żydem jakiejkolwiek wspólnej działalności. W pojedynczych przypadkach współpracy stwierdza się bezustannie, że Polacy bądź to przywłaszczyli sobie rzeczy z getta, bądź też, jak już wspomniano, czynili to przez wzgląd na będące w posiadaniu Żydów środki gotówkowe. (…)”

„Divide et impera” w wydaniu niemieckich nazistów

Wracam do wydarzeń z 9 września 1939 r., od których zacząłem artykuł. Myśl o nich, podczas pisania tego tekstu, uporczywie powraca w mojej głowie. Aleksandra Namysło w monografii Będzina, bazując na zachowanej dokumentacji i relacjach świadków tak przedstawia epilog tego tragicznego zajścia:

„Jeszcze tej samej nocy Niemcy aresztowali i osadzili na terenie starostwa około 30 osób (Polaków i Żydów). Wszystkie te osoby zostały następnie rozstrzelane na dziedzińcu budynku. Do starostwa wezwano ks. Zawadzkiego, któremu oświadczono, że osoby te poniosły karę za spalenie synagogi i domów żydowskich. Ciała spalonych żywcem i rozstrzelanych Żydów pochowano na cmentarzu przy ul. Czeladzkiej”.

W przywoływanej tu publikacji „Zagłada Żydów Zagłębiowskich”, znajdziemy protokoły przesłuchań świadków wydarzeń mających miejsce w Będzinie. Icchak T. opisując to, co działo się na wzgórzu zamkowym, wspomina, że „(…) Niemcy rozpowiadali, że synagogę i domy żydowskie podpalili Polacy”. Jerzy S. (adwokat) stwierdził, iż wojskowy komendant miasta „Kapitan von Heine (…) powiedział mu, że Polacy podpalili synagogę i za to dwóch zostało zastrzelonych i należy ich trupy sprzątnąć. Zwłoki te były w ogródku starostwa i świadek je uprzątnął. Gdy wrócił zameldować to von Heinemu, ten zaczął na niego krzyczeć, że Polacy strzelali także do wojska niemieckiego i zostało za to rozstrzelanych kolejnych 27 ludzi”. Ks. Mieczysław Zawadzki zeznał, że „następnego dnia, po podpaleniu synagogi (…) wezwany został do wojskowego komendanta miasta von Heine, który łamaną polszczyzną zakomunikował mu, że Polacy podpalili Będzin i za to zostało rozstrzelanych około 30 ludzi. Von Heine zażyczył sobie także, by pochować ich na katolickim cmentarzu. (…) Kilka dni potem spotkał się z adwokatem Szeńcem z Będzina. Ten opowiadał mu, iż Niemcy wyciągnęli w nocy z domów sporą grupę osób, którym zlecili podpisanie dokumentu, jakoby oni podpalili dzielnicę żydowską. Po jego podpisaniu osoby te zostały rozstrzelane”.

Po co tyle zachodu? Jaki sens był w rozpowszechnianiu przez Niemców kłamstwa, że to Polacy podpalili synagogę i domy zamieszkałe przez Starozakonnych? Przecież byli świadkowie, którzy doskonale widzieli, kto dokonał tej zbrodni. Jaki sens miało krwawe teatrum na terenie starostwa, gdzie zostali rozstrzelani niewinni ludzie, którym fałszywie przypisano winę za pożar i śmierć ludzi? Niemcy nie musieli tego robić. Byli tu od kilku dni panami sytuacji. Nikt nie mógł im zagrozić. Po dokonaniu nocnej masakry mogli kazać uprzątnąć teren i zamknąć sprawę. Mieszkańcy zarówno Będzina, jak i całego Zagłębia zajętego przez niemieckiego okupanta, byli zastraszeni. Paraliżował ich strach i poczucie niepewności. Nic nie wskazywało też na to, aby Wojsko Polskie przyszło im z odsieczą, choć pewnie co niektórzy, przez tydzień lub dwa mieli taką nadzieję. Czemu miała służyć ta maskarada? Co chcieli zyskać na tym Niemcy na czele z kapitanem von Heine?

Być może chciano rozegrać zarówno katolików jak i Żydów. Taki komunikat mógł dać do zrozumienia, że Polacy chcący lub pomagający Żydom nie mogą ufać swoim, a Żydzi nie mogą ufać Polakom. Nie ufaj nikomu. Nie zwracaj się o pomoc, ani jej nie oczekuj. Divide et impera w wydaniu nazistowskim.

Nie tylko to nie daje mi spokoju w tej makabrycznej historii. Dlaczego Niemcy nie otoczyli szczelnie całego wzgórza i nie aresztowali lub zlikwidowali wszystkich Żydów stamtąd? Akcja była źle zaplanowana, czy po prostu chciano w ten sposób, oprócz likwidacji synagogi, usunąć siłą Starozakonnych z sąsiedztwa ruin zamku i pobliskich kamienic? Z jakiego powodu ks. Zawadzki nie został aresztowany przez Niemców i nie poniósł odpowiedzialności za uratowanie Starozakonnych?

W przywołanej powyżej publikacji Henryk S. zeznał, iż „widział, jak w dniu 9 września w godzinach popołudniowych wojsko niemieckie otoczyło kordonem rejon synagogi i okolicznych ulic i za pomocą miotaczy płomieni podpalało domy. (…)”. Michał W. był synem kobiety, której Niemcy wyznaczyli w Będzinie rolę tłumaczki. Według jego zeznań, 6 września niemiecki oficer von Hattko, który dowodził działającymi na tym terenie oddziałami SS, „otrzymał rozkaz zlikwidowania ośrodków żydowskiego kultu religijnego”. 8 września jego żołnierze mieli otoczyć „synagogę i całą dzielnicę żydowską”. Akcją dowodził zastępca wspomnianego oficera. Ale to właśnie von Hattko „wydał rozkaz o zakończeniu akcji, gdy żołnierze doszli do kościoła. W następnych dniach jego przełożeni mieli pretensje o złe przeprowadzenie akcji i w efekcie po kilku miesiącach został on odwołany z Będzina”. Skąd Michał W. o tym wiedział? Od swojej matki? Czy także Kościół pw. św. Trójcy i okoliczne zabudowania miały spłonąć, a ich mieszkańcy mieli zostać rozstrzelani lub spopieleni podczas pożaru? Czemu von Hattko wydał rozkaz kończący działania na wzgórzu zamkowy? O czym nie wiemy, czego nie dostrzegamy?

Bunkier pod podłogą i cena odwagi. „Tobyście przez komin poszli”

Lata 1939 – 1945 były na małopolskim brzegu Brynicy mieszanką strachu, bólu, samotności, niepewności, nadziei, wiary, chęci przetrwania, a także poświęcenia, bohaterstwa, tchórzostwa i hipokryzji.

Przykładem było małżeństwo Florentyny i Franciszka Nowaków, którzy w Sosnowcu, ryzykując własne życie, ukrywali troje Żydów: Lusię, Zygmunta i Tadeusza Zorskich. Na portalu Polscy Sprawiedliwi, którego wydawcą jest Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN znajdziemy ich historię opisaną przez Józefa Zorskiego. W tym miejscu przytoczę jedynie jej fragment:

„Po utworzeniu w 1942 r. getta w północnej dzielnicy Środula, moja rodzina zorganizowała sobie kryjówkę w zakładzie fotograficznym. Inne schronienie, nazywane na wyrost bunkrem, Florentyna i jej mąż Franciszek, zaaranżowali w swoim domu przy ul. Dekerta. Skrytka znajdowała się pod podłogą suteryny, a jej wymiary pozwalały kilku osobom jedynie leżeć pod deskami podłogi i podnosić się na łokciach, ale nie siedzieć. (…) Rodzeństwo Zorskich – Zygmunt, Tadeusz i Lusia – ukrywało się pod podłogą Florentyny i Franciszka Nowaków przez blisko 18 miesięcy. Cały czas musieli być nadzwyczajnie ostrożni, aby nie wzbudzić podejrzeń sąsiadów. (…) Najczęściej jedli gotowane łupiny z ziemniaków, rzadziej chleb. Kupowanie chleba w ilości większej niż tej przydzielonej na kartki było trudne i ryzykowne. Florentyna opowiadała, że ludzie zwracali uwagę, czy ktoś nie kupuje więcej chleba, podejrzewając, iż ukrywa Żydów. Zorscy mieli trochę pieniędzy ze sprzedaży pierścionków matki. Jubiler, który kupił pierścionek, prawdopodobnie podejrzewał, że Nowakowie ukrywają Żydów, lecz nigdy ich nie wydał. Za ostatni pierścionek z brylantem Franciszek kupił ledwo cztery bochenki chleba. (…)”

Sąsiedzi-Polacy byli w stanie wydać na śmierć małżeństwo, które nie godziło się na chylenie karku przed antysemickimi czystkami i na wydawanie na śmierć tych, którzy byli im bliscy. Ilu potencjalnych morderców kryło się w sąsiednich mieszkaniach i kamienicach na jednej, sosnowieckiej ulicy? Ilu z lokatorów i lokatorek zamieszkałych przy Dekerta podzielało punkt widzenia Nowaków i chroniło ich własnym milczeniem?

Epilog tej historii znajdziemy w książce „Sosnowiec. Nic śląskiego” autorstwa Anny Malinowskiej, która przywołuje tamte wydarzenia i ich bohaterów, w tym wypowiedź Józefa Zorskiego:

„Jako małe dziecko słyszałem sąsiadkę z balkonu: „Gdybyśmy wiedzieli, Nowaczko, że Żydków chowacie, tobyście przez komin poszli”.

Powojenny krajobraz zgliszcz: plotki, rozruchy i skradziona godność

Jak wyglądało życie po wojnie? Aleksandra Namysło w monografii Będzina wskazuje, iż w mieście tym „w drugiej połowie 1946 r. liczba żydowskich mieszkańców (…) stopniała, co spowodowane było głównie masową emigracją tej społeczności ze względu na wzrastającą falę antysemityzmu”.

Bardziej szczegółowo Namysło opisuje powojenne realia w monografii Sosnowca: „Jednym z czynników, który powodował, że Żydzi nie chcieli na stałe osiedlać się w mieście, był wrogi do nich stosunek części mieszkańców miasta. 30 listopada 1945 roku w Sosnowcu, w okolicy ulicy Pańskiej doszło do rozruchów antyżydowskich wywołanych nieuzasadnioną pogłoską o porwaniu przez Żydów chrześcijańskiego chłopca. Funkcjonariusz MO raportował wówczas:

„Podkreślam, że społeczeństwo jest o poważnym nastawieniu antysemickim […] niewykryci dotychczas sprawcy kredą na ulicy wypisywali «bić Żydów», «Precz z Żydami», «Pogotowie trwa». W grudniu 1945 roku zarejestrowano nieudaną próbę napadu na żydowski dom dziecka. (…) 26 lipca 1946 roku, dwa tygodnie po pogromie kieleckim, w Sosnowcu na ulicy Modrzejowskiej zostało zatrzymanych trzech mężczyzn, którzy wznosili okrzyki antysemickie: „Bić Żydów, zrobimy porządek, pomścimy się za Kielce i zrobimy porządek z Żydami w Warszawie”. Na przełomie lutego i marca 1947 roku miała miejsce próba wywołania pogromu w Sosnowcu, a 14 sierpnia 1947 roku trzej mężczyźni, przy aprobacie około 300 zebranych osób, pobili Żyda”.

Jeden z moich rozmówców (który prosił o anonimowość) wspominał, że jego dziadek mówił mu, że „gdzieś w latach 50. XX wieku ocaleli sosnowieccy Żydzi wyjeżdżali do Izraela. Na Modrzejowskiej wyrzucali wszystkie meble z okien i inne rzeczy, których nie mogli zabrać”.

Przykład kirkutu

Kiedy kończyłem pisać ten artykuł, przypomniała mi się sprawa jednego z żydowskich kirkutów w Będzinie. Napisałem o nim tekst w roku 2009, który ukazał się w publikacji „Regionalizm w szkolnej edukacji. Wielokulturowość Zagłębia Dąbrowskiego” pod redakcją Dariusza Rozmusa i Sławomira Witkowskiego. Powoływałem się tam m.in. na materiały zawarte w książce Kazimierza Urbana pt. „Cmentarze żydowskie, synagogi i domy modlitwy w Polsce w latach 1944-1966 (wybór materiałów)” oraz na dokumenty z Archiwum Państwowego w Katowicach.

Poniżej zamieszczam obszerne fragmenty mojego artykułu. Wiele razy zadawałem sobie pytanie, czy powojenna działalność opisywanej w nim firmy, w kontekście będzińskiego cmentarza, była działaniem antysemickim czy pozbawioną resztek człowieczeństwa pazernością? A może jednym i drugim?

21 marca 1945 roku będziński oddział Tymczasowego Centralnego Komitetu Żydów Polskich w Warszawie skierował pisemną prośbę do Starostwa w Będzinie o doprowadzenie do zaprzestania dewastacji żydowskiego kirkutu przy ulicy Sieleckiej przez firmę „Eltes”. Jej pracownicy mieli realizować w tym miejscu prace polegające na „eksploatowaniu (…) terenu cmentarza (…) oraz rozkopywaniu grobów”.

Wspomniana firma („Eltes” Zakłady Wapienne i Dolomitowe) powstała w roku 1894. Jak informowały ogłoszenia w przedwojennej prasie, jej siedziba mieściła się w Będzinie, przy ul. Sieleckiej 19.

23 marca starosta będziński nakazał firmie „zaprzestać dalszego prowadzenia wszelkich robót, powodujących dewastację cmentarza (…) oraz doprowadzić go do stanu poprzedniego (…) przez ponowne zasypanie rozkopanych grobów własnymi środkami i na koszt firmy”. Starosta swoją decyzję uzasadnił m. in. treścią ustawy z 17 marca 1932 roku (art. 7 pkt. 1) „o chowaniu zmarłych i stwierdzaniu przyczyn zgonu”, w myśl której decyzja o „likwidacji” miejsca pochówku zmarłych leży w jurysdykcji „władz administracji ogólnej”. A że takowa nie miała miejsca w przypadku będzińskiego kirkutu, „Eltes” „nie ma żadnego tytułu prawnego do gospodarowania się na tym cmentarzu”.

30 czerwca Komitet Żydowski w Będzinie zwrócił się do Ministerstwa Administracji Publicznej w Warszawie o doprowadzenie do bezzwłocznego wydania zakazu eksploatacji żydowskiego cmentarza w Będzinie „na kamień wapienny”.

Firma odwołała się od decyzji starosty do wojewody śląsko – dąbrowskiego ppłk. Jerzego Ziętka. „Eltes” użył dość osobliwego argumentu, twierdząc, iż „respekt dla kultu religijnego powinien ustąpić na dalsze miejsce, skoro i tak tysiące przybytków tego kultu jest zniszczonych i w poniewierce”.

Wojewoda (w piśmie z 2 sierpnia 1945 r.) nie zgodził się z taką „filozofią” jasno stwierdzając, że polskie władze „dokładają starań, aby zniszczenia te i ich następstwa usunąć, a nie ze swej strony powiększać”. Stwierdził także, że „na części cmentarza dotąd nie objętej eksploatacją, ostatnie pochowanie zwłok miało miejsce w roku 1913, przeto użycie cmentarza tego na inny cel przed upływem 50 lat czyli przed rokiem 1963 nie jest dopuszczalne”. Poza tym uznał, że firma może funkcjonować „bez kamienia wapiennego” z terenu kirkutu.

W protokole „z posiedzenia komórki Zakładów Wapiennych firmy „Eltes” (…)” z dnia 17 sierpnia 1945 r. pojawia się następujące sformułowanie: „(…) mamy brak kamienia z powodu zastawienia kamionki cmentarza żydowskiego przez Województwo”.

Z pisma Naczelnej Rady Religijnej z 28 marca 1946 r. do Departamentu Wyznaniowego Ministerstwa Administracji Publicznej wynika, iż „Eltes” wstrzymał roboty na terenie cmentarza. Jednakże po pewnym czasie, zostały one przez tę firmę wznowione, co spowodowało kategoryczny protest Naczelnej Rady Religijnej. Obecnie cmentarz nie istnieje. Szacunek dla zmarłych przegrał z rachunkiem w złotówkach.

W roku 1946 „Dziennik Zachodni” opisywał wydarzenia mające miejsce w Będzinie: „Nieznani sprawcy dokonali włamania do kaplicy cmentarnej oraz splądrowali 19 grobów, w tym grobowiec, kryjący szczątki proboszczów będzińskich oraz grobowiec śp. Błażejewicza — dyrektora będzińskiego gimnazjum. Włamanie zauważył grabarz, zawiadamiając o tym niezwłocznie księdza proboszcza. Jak się okazuje, sprawcy, których musiało być kilku, specjalnymi narzędziami wyłamali żelazne kraty grobowców i przeszukali dokładnie wnętrza. Byli to przypuszczalnie zawodowi włamywacze, o czym świadczy wprawa z jaką potrafili się uporać z żelaznymi zamknięciami 19 grobowców w ciągu kilku zaledwie godzin. Żadne zwłoki w otwartych grobowcach nie są uszkodzone, jednak ślady wskazują, że szukano także w trumnach. Prawdopodobne wydają się przypuszczenia, że rabusie szukali w grobowcach skarbów ukrytych przez Żydów będzińskich, przed ich zamknięciem w getcie. Na ten temat od dawna już krążą w Będzinie różne wersje i w różnych miejscach czynione są przez nieznanych osobników poszukiwania legendarnego skarbu. Hipotezę powyższą potwierdza fakt podobnego włamania do grobowców na cmentarzu w Sosnowcu. Splądrowano tam 34 grobowce, w których czyniono podobne jak w Będzinie poszukiwania. M. O. prowadzi dochodzenia”.

„Legendarny skarb”. Bieda i zachłanność rodzi tego rodzaju opowieści, w które, choć były wierutnym kłamstwem, niektórzy chcieli bardzo uwierzyć. Tym samym dawali sobie antysemickie rozgrzeszenie, dzięki któremu mogli nachodzić zarówno żywych jak i zmarłych, pozbawiając ich resztek dobytku i godności.

W roku 1997 „Wiadomości Zagłębia”, w krótkiej notce informowały, iż w Sosnowcu, „w jednej z kamienic przy ulicy Modrzejowskiej, a więc w samym centrum miasta, znaleźć można klatkę schodową oblepioną antysemickimi plakatami domowej roboty. Szkalujące Żydów teksty, rysunki i hasła nie świadczą dobrze o mieszkańcach miasta”.

Krajobraz po katastrofie. A gdyby odbudować synagogę...?

Jak jest dzisiaj? Wielu Zagłębiaków i Zagłębianek do dzisiaj nie przerobiło żydowskiej historii swoich miast, dzielnic i ulic. Uznają ją za coś obcego. Tak jakby istniały obok siebie dwie niemające ze sobą związku przeszłości: polska i żydowska. Ludzie Ci mają świadomość wielokulturowości Zagłębia, ale nie chcą żeby powróciła. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie Będzina.

Przeprowadźmy teoretyczny eksperyment i zadajmy sobie pytanie: Co by się stało gdyby rozpoczęto odbudowę tamtejszej synagogi? Pięknego, charakterystycznego budynku, który był najbardziej reprezentatywną tego rodzaju budowlą w całym Zagłębiu. Ile polskiej, katolickiej żółci wylałoby się na miejskie bruki i place?

Niezależnie od tego, co zadziało się w przeszłości, wierzę w Zagłębie Dąbrowskie. Region, który skażony antysemicką chorobą, nie dał jej całkowicie sobą zawładnąć. Czy się z niej uleczył?

Nadzieją jest dla mnie mieszkanka pewnej zagłębiowskiej kamienicy, która pozytywnie zareagowała, kiedy chciałem zrobić zdjęcie przedwojennych, kolorowych kafelków, z których jeden zawierał napis: A. KORZENIEC SOSNOWICE. Kobieta zaprosiła mnie na plac i pokazała dawną, żydowską kuczkę. Opowiadając mi o ludziach, którzy odwiedzają to miejsce i przypominają o żydowskiej historii miasta, czułem w jej słowach entuzjazm, chęć zrozumienia tych, którzy mieszkali tu przed wojną i ulotny rodzaj tęsknoty za tym, że nigdy oni nie wrócą do swoich domów, mieszkań, ulic.

Będzin-Podzamcze. Kościół Świętej Trójcy. Mur i brama. Sierpień 2026

Może Cię zainteresować:

Pod wspólnym niebem, czyli napięte relacje Polaków i Żydów w Zagłębiu Dąbrowskim nim przyszła zagłada. Część I

Autor: Dariusz Majchrzak

28/08/2026

ŚlązaQ #133. Dariusz Majchrzak. Rregionalista, historyk, nauczyciel, publicysta z Zagłębia Dąbrowskiego. 14 sierpnia 2026

Może Cię zainteresować:

Dariusz Majchrzak w ŚlązaQ: Zagłębiacy sami sobie są winni, że świat ich nie pamięta lub nie zna

Autor: Robert Lechowski

21/08/2026

Bedzin fot D Majchrzak a I

Może Cię zainteresować:

6 grzechów głównych Zagłębiaków wylicza Dariusz Majchrzak. "To nie jest forma znęcania się nad moją małą ojczyzną"

Autor: Dariusz Majchrzak

07/08/2026

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama