Dariusz Majchrzak/AI
Bedzin fot D Majchrzak a I

6 grzechów głównych Zagłębiaków wylicza Dariusz Majchrzak. "To nie jest forma znęcania się nad moją małą ojczyzną"

To wyjątkowo trudny i bolesny temat. Jest swoistego rodzaju spowiedzią z wad, błędów oraz zła wyrządzonego przez mieszkańców i mieszkanki Zagłębia Dąbrowskiego. Nie wszystkich, bo część z nas to dobrzy i uczciwi ludzie, którzy szanują swoją małą ojczyznę i dbają o to, aby zaszczepić szacunek do niej i pamięć o niej kolejnym pokoleniom. Nie są pozbawieni wad, ale nie są też skażeni tym, o czym zamierzam tu napisać.

To wyjątkowo trudny i bolesny temat. Jest swoistego rodzaju spowiedzią z wad, błędów oraz zła wyrządzonego przez mieszkańców i mieszkanki Zagłębia Dąbrowskiego. Nie wszystkich, bo część z nas to dobrzy i uczciwi ludzie, którzy szanują swoją małą ojczyznę i dbają o to, aby zaszczepić szacunek do niej i pamięć o niej kolejnym pokoleniom.

Owa lista grzechów nie jest formą stygmatyzacji czy znęcania się nad moją małą ojczyzną. Nie należy się doszukiwać tu chęci upokorzenia kogokolwiek bądź czerpania prostackiej satysfakcji z krytyki społeczności, której jest się częścią. To próba uczciwego opisu rzeczywistości, która ma obecnie miejsce nad małopolskim brzegiem Brynicy.

Zacznijmy od tego, że nie ma jednej, przysłowiowej półki z przyporządkowanym do niej regionem o nazwie: Zagłębie Dąbrowskie, na której mieszczą się wszystkie osobowości, zachowania i charaktery jego mieszkańców oraz mieszkanek. To raczej coś w rodzaju bibliotecznego mebla, będącego katalogiem kartkowym z bezkresną liczbą opisanych szufladek. A w każdej z nich kryje się wykaz autorów/autorek i ich twórczości opublikowanej w XXI, XX, XIX wieku. Kilkaset lat błyskotliwych wzlotów i bolesnych upadków ludzkości. To, co je ze sobą łączyło to poświęcenie i śmierć. Reszta to nieskończony protokół rozbieżności.

W przypadku mojej małej ojczyzny każda z drewnianych szufladek z etykietą umieszczoną w metalowej obwolucie to osobna dzielnica lub sołectwo:

  • Będzina,
  • Psar,
  • Bobrownik,
  • Czeladzi,
  • Sosnowca,
  • Dąbrowy Górniczej,
  • Wojkowic Komornych,
  • Siewierza.

Bez Zawiercia, Sławkowa, Ogrodzieńca i innych miejscowości, które nie są Zagłębiem, choć niektórzy bardzo chcieliby je widzieć w jego granicach.

Więc po co to rozliczenie, którego chcę dokonać na własnej, małej ojczyźnie? Bo żeby móc budować lokalną tożsamość, a nie wegetować, stać w tym samym miejscu i kręcić się w kółko, trzeba spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie prawdę. Jest ona brutalna i gorzka. Taka, że czasami chce się krzyczeć, płakać, rzygać, wyć do księżyca, rzucać w pustą przestrzeń czymkolwiek albo walić głową w ścianę. Ale my w Zagłębiu tego nie chcemy zrobić, nie chcemy przez to przejść. Nie chcemy (choć potrafimy) mówić szczerze o sobie. Bo ból jest zbyt duży, a jego konsekwencje jeszcze większe. Tchórzymy. Wszyscy. Każdy na swój sposób. Wypieramy nasze wady, chowamy je pod dywan codzienności. Wynajdujemy sobie coraz to nowe obowiązki, sprawy, problemy, rzeczy na wczoraj, aby tylko nie otworzyć wspomnianych szufladek i nie zmierzyć się z naszą prywatną, zagłębiowską rzeczywistością.

Grzech nr 1. Niezwykle rzadko mówimy o sobie "my Zagłębiacy/Zagłębianki"

Najczęściej słyszy się: jestem z Dąbrowy Górniczej, Czeladzi, Wojkowic itd. Mówienie: jestem z Zagłębia, jestem Zagłębianką/Zagłębiakiem przychodzi nam z niezwykłą trudnością. Tak jakbyśmy się tego wstydzili, bali, że wystawimy się na śmieszność, tak jakby była to jakaś auto-stygmatyzacja. Nie ma w nas naturalnego odruchu identyfikacji z regionem. Za każdym razem jedynie z jego częścią.

Powodem takiego stanu rzeczy nie jest bynajmniej to, że Zagłębie nie ma do dzisiaj precyzyjnie wykreślonych granic. To mentalność małych miasteczek. Hermetycznych światów. A ich mieszkańcy koncentrują się tylko na tym, co dzieje się w ich granicach. Ale już nie w sąsiedniej miejscowości. Nie mówiąc o całym regionie. Nie ma w nich takiej potrzeby, odruchu. To przekłada się na brak efektywnego współdziałania mieszkańców/mieszkanek z różnych zagłębiowskich miejscowości. Ta hermetyczność światów to echo dawnego postrzegania własnej wsi lub miasteczka przez ludzi w nich zamieszkałych jako pseudo autarkii, w której wszystko, co niezbędne do życia jest na miejscu. I tylko od czasu do czasu można pojechać na targ czy do jakiegoś sklepu do pobliskiego miasta, które jawiło się w ich oczach jako duże, niehomogeniczne, pełne sprzeczności, zagrożeń. Było dla nich nie do ogarnięcia. Ale tylko po to. Bez grzesznej ciekawości jako owo miasto wygląda, co dzieje się poza celem podroży, poza Rynkiem i główną ulicą, jak żyje się jego mieszkańcom, co jest w nim ciekawego, jaka jest jego historia, i czy może warto się do niego przeprowadzić.

Od pewnego czasu tożsamość zagłębiowska powoli się odbudowuje. Ale dzieje się to w sposób chaotyczny, niszowy, bez współpracy i wzajemnego wsparcia lokalnych miejscowości i ludzi, którzy postanowili związać swój los z tym regionem. To powoduje, że wielu z nas nie ma poczucia bycia Zagłębiakiem/Zagłębianką. Przez gardła takich osób nie potrafią przejść słowa: Jestem dumna/dumny z tego, że jestem Zagłębianką/Zagłębiakiem. Tak samo jest postrzegany herb Zagłębia Dąbrowskiego stworzony jakiś czas temu przez Forum Dla Zagłębia Dąbrowskiego. I znowu to samo. Wspaniały, piękny herb ze swoimi odniesieniami do dziedzictwa tych ziem pojawia się głównie w Sosnowcu. W innych miejscowościach naszej małej ojczyzny traktuje się go jak coś obcego lub związanego tylko ze stolicą regionu. Ludzie nie identyfikują się z nim, nie uważają go za swój.

Skoro nie potrafimy być dumnymi ze swojego pochodzenia i symboli, to jak to o nas świadczy? Jeśli zapytać osobę, której dziadkowie lub rodzice urodzili się tutaj: Skoro nie chcesz nazywać siebie Zagłębianką/Zagłębiakiem to kim jesteś? Na tak postawione pytanie możemy spodziewać się odpowiedzi: No jak to kim Polką/Polakiem. A ja na to odpowiem: Wyjątkowo kiepskiej to próby Polak/Polka czy obywatel/obywatelka innego państwa, która nie szanuje swojej małej ojczyzny i swojego pochodzenia. Nie chcecie nazywać się Zagłębiakami/Zagłębiankami? Niezależnie od tego, w którym pokoleniu Wasi przodkowie tu przybyli. Dlatego zawsze będziecie tu obcymi. A nadawać Wam nazwę, przynależność będą mieszkańcy innych regionów. Bez pytania Was o zdanie.

Grzech nr 2. W większości z nas nie ma odruchu dbania o miejsce, w którym żyjemy

Niezależnie od tego, czy będzie to nasza mała ojczyzna, miejscowość gdzie jest nasz dom, dzielnica, czy nawet plac przed kamienicą, gdzie mamy/wynajmujemy mieszkanie. W przestrzeni internetowej bardzo często można przeczytać/usłyszeć, że Zagłębie to zaniedbany region.

Że zarówno jego mieszkańcy/mieszkanki jak i przyjezdni muszą poruszać się często w przestrzeni, która jest brudna, zaśmiecona, potraktowana kiczowatym graffiti, gdzie dochodzi do dewastacji. I oczywiście prawdą jest, że zarówno służby miejskie jak i policja powinny dbać o porządek i bezpieczeństwo w regionie. To nie ulega wątpliwości. Ale co my sami, w granicach prawa i naszych możliwości robimy w tej kwestii? Nic. Albo prawie nic.

Najczęściej potrafimy narzekać, krytykować, mieć pretensje do lokalnych urzędników. Odnoszę przemożne wrażenie, że Zagłębiacy/Zagłębianki to wyjątkowo roszczeniowa społeczność. My żądamy, my domagamy się, my oczekujemy, my oceniamy, jednocześnie nic nie dając od siebie.

Stworzenie postu czy komentarza to kwestia od kilkunastu sekund do kilku minut. Stworzenie wspólnoty ludzi, która będzie razem dbać o miejsce, gdzie żyje i będzie miała nań pomysł, to już wyższa szkoła jazdy. To zbyt ciężkie zadanie dla ludzi, którzy traktują swoją małą ojczyznę jedynie jako noclegownię pozbawioną złudzeń.

Coraz częściej można usłyszeć, że zamyka się tutaj ulubiony lokal. Kawiarnia, sklep, knajpa, kino. Oczywiście taka sytuacja może być wynikiem błędnej polityki właściciela/właścicielki takiego przedsięwzięcia, kulejącego biznesplanu, zmian potrzeb konsumentów, konkurencji, wzrostu cen produktów, prądu, gazu, paliwa, podatków itd. Ale po drugiej stronie stoją Ci, którzy kupują towar bądź usługę czyli My. Skoro nie odwiedzamy regularnie tych miejsc, nie korzystamy z ich oferty, to trudno oczekiwać od właścicieli, aby dokładali do interesu. Oni otwierają swoje biznesy, aby zarobić i mieć dzięki temu dobrze prosperujące źródło utrzymania. Ba, z czasem generują też nowe miejsca pracy. I mogą przyczynić się do budowy pozytywnego wizerunku miejscowości, w której funkcjonują. Dobra marka, oparta o jakość i tradycję oraz fachowy marketing i profesjonalizm np. restauracji powoduje, że wśród części mieszkańców tworzy się nawyk odwiedzania co jakiś czas takiego miejsca i zostawiania tam z przyjemnością części swojej pensji. Tyle, że większość mieszkańców Zagłębia zatraciła ten odruch. Dla nich najważniejsze jest, aby było jak najtaniej. Nawet, jeśli jest to słabej jakości; dla wielu Zagłębiaków i Zagłębianek wystarczy niska cena. Wysoka jakość usługi bądź towaru, które wiążą się z odpowiednio wyższą ceną są tu często traktowane z oburzeniem, dezaprobatą, niechęcią i krytyką. Tak, jakby ktoś chciałby nas okraść, oszukać. Stygmatyzacja w postaci określenia: to jest drogi sklep, to jest droga knajpa, stają się jedyną argumentacją. Bez patrzenia na to, dlaczego tak jest i co się za tym kryje. Zamiast choć raz na miesiąc skorzystać ze wspomnianej usługi, wolimy tandetne zamienniki. A potem mamy pretensje, że jedna z ważniejszych ulic to puste gabloty, blednące od słońca nieaktualne reklamy i zamknięte na stałe drzwi wejściowe.

Aby region, miasto, dzielnica, ulica rozwijały się niezbędni są jego/jej mieszkańcy, którzy będą poczuwali się do odpowiedzialności za to miejsce, a nie tylko za czubek własnego nosa i własne potrzeby. Decyzja urzędnika to ostatni etap, a nie jedyny i najważniejszy. Najważniejsi są ludzie. Od nich się wszystko zaczyna. Nie od radnego, prezydenta, burmistrza czy starosty. Tak trudno zrozumieć to nad małopolskim brzegiem Brynicy?

Grzech nr 3. W naszej małej ojczyźnie można trafić na sytuacje, gdzie pojedyncza osoba lub grupa osób stara się zyskać monopol na jedną z lokalnych sfer życia, starając się zmarginalizować inne osoby lub organizacje, które mają swoje pomysły i chciałyby współpracować w tej materii na partnerskich warunkach

Osoby te w ten sposób kreują się na jedynych, którym zależy, którzy się troszczą, opiekują, dopominają o uregulowanie jakiegoś z aspektów owej sfery życia. To może doprowadzić do zawłaszczenia istotnej przestrzeni, którą można wykorzystać lepiej, efektywniej i zaktywizować do współpracy okolicznych mieszkańców.

Istnienie monopoli zniechęca ludzi do aktywności na rzecz miasta czy dzielnicy i umacnia w nich poczucie, że tak naprawdę ich punkt widzenia, ich zdanie nie ma znaczenia i przełożenia na konkretne działania. W taki właśnie sposób hoduje się bierność w umysłach lokalnej społeczności.

Ludność każdej zagłębiowskiej miejscowości powinna mieć realny wpływ na rozwój obszaru gdzie żyje i płaci podatki. Stwarzanie pozorów w tym względzie to ryzykowna droga. Inną kwestią, jest to, że nierzadko zagłębiowscy urzędnicy nie mają po drugiej stronie partnerów do dyskusji. Zaskoczeni? Urzędnik państwowy (niezależnie jaki mamy do niego stosunek) dysponuje wiedzą i kompetencjami, które dają mu prawo sprawowania swojej funkcji. Inna sprawa to jak wywiązuje się z tych obowiązków i jak jest z tego rozliczany. Ale niezależnie od tego każdemu z nich należy się szacunek. Zwłaszcza tym, którzy zostali wybrani głosami mieszkańców i mieszkanek.

Skoro dana osoba wygrała wybory, to oznacza, że dysponuje zaufaniem ludzi, którzy uznali, iż nadaje się na stanowisko, o które się ubiegała. I tylko oni, w drodze głosowania, mogą zweryfikować swój wybór. Urzędnik państwowy ma obowiązek dbać o dobro obywateli, respektować ich prawa i szanować ich, bez względu na to czy na niego głosowali czy nie. Czy go ktoś lubi i ceni czy niekoniecznie darzy zaufaniem. To elementarz demokracji, ale i dobrego wychowania. W Zagłębiu wiele osób nigdy do niego nie zajrzało.

Efektem są sytuacje, gdzie ów urzędnik, zamiast merytorycznej dyskusji, musi część swojego czasu poświęcić na wysłuchiwanie skarg, pretensji, żądań lub próśb, których spełnienie jest poza zakresem jego obowiązków i możliwości.

Do tego dochodzi bieżąca, bezwzględna, nierzadko prostacka walka polityczna, gdzie pierwsze skrzypce gra nie dobro regionu, ale czyjeś przerośnięte ego czy kompleksy wielkości Pałacu Kultury i Nauki.

W naszej zagłębiowskiej społeczności brakuje także świadomości tego jak funkcjonuje miasto, powiat, województwo. Na przykład z czego dana miejscowość czerpie fundusze na daną inwestycje, jakie ma plany na kolejne przedsięwzięcia oraz powody ich realizacji, z czego można je sfinansować, a także w jakich granicach prawnych może poruszać się urzędnik/urzędniczka wydający/-ca decyzje wpływające na życie danej ulicy, dzielnicy, wsi czy miasta. Zamiast rozmawiać merytorycznie z urzędnikami, część z nas idzie z nimi od razu na zwarcie.

Wielu Zagłębiaków i Zagłębianek uważa, że to urzędnicy powinni za nich zrobić wszystko w przestrzeni miejscowości gdzie żyją. Ci, którzy myślą inaczej są marginalizowani i zagłuszani przez bierność większości.

Zgadzam się, że często możemy mieć pretensje do włodarzy naszych miejscowości czy radnych, ale dlaczego nie mamy nigdy pretensji do siebie? Dlaczego nie potrafimy, a może nie chcemy poczuć się odpowiedzialni za bycie częścią lokalnej społeczności? Nie potrafimy tworzyć wspólnot, społeczeństwa obywatelskiego ani prężnie działających organizacji pozarządowych, które miałyby wpływ na lokalną rzeczywistość.

Nad małopolskim brzegiem Brynicy potrafimy przede wszystkim się kłócić, obrzucać błotem, wykorzystywać innych, a następnie ich porzucać bez poczucia winy. Dochodzi do tego strzelanie przysłowiowych fochów, teatralne obrażanie się, które ma maskować nasz egoizm i chamstwo. Nie chcemy merytorycznie dyskutować, wymieniać się sensownymi argumentami, próbować razem znaleźć najlepsze rozwiązanie. Dialog to słowo, którego wciąż nie ma w naszych lokalnych słownikach. Ciągle jesteśmy na nie. Na jednego Zagłębiaka/Zagłębiankę z pomysłem na małą ojczyznę przypada kilku, którzy stwierdzą, że ów pomysł jest bez sensu, że taka osoba się na niczym nie zna i że oni wiedzą lepiej. Nie wspominając już o nieprzebranej rzeszy osób, których nic nie obchodzi poza co miesięcznym przelewem na ich konto bankowe. Takim zachowaniem sami odbieramy sobie głos, zniechęcamy do siebie sąsiadów i wystawiamy na śmieszność bądź krytykę. W oczach innych stajemy się niedojrzali.

Grzech nr 4. Wielu mieszkańców Zagłębia nie ma bladego pojęcia o podstawowych kwestiach dotyczących przeszłości swojej małej ojczyzny, ani miejscowości, w której żyją

Nie wiedzą skąd wzięła się nazwa regionu, jakie są jego symbole, jakie miejscowości wchodzą w jego skład, czym jest tzw. Trójkąt Trzech Cesarzy. Wielu nie potrafi wymienić prawidłowo wszystkich zamków, które znajdują się w naszej małej ojczyźnie. O ile będzińską warownię zna każdy, to z zamkiem siewierskim i sieleckim (zwłaszcza tym) jest spory problem. Co ciekawe, często popełnianym błędem jest wymienianie w tym kontekście ruin w Ogrodzieńcu, które z Zagłębiem ma tyle wspólnego, co Mikołaj Kopernik z lotem na Księżyc.

To z jednej strony pokazuje jak kuleje u nas edukacja regionalna (brak na nią wspólnego pomysłu zagłębiowskich miejscowości), ale z drugiej to wyraźny sygnał, w którym kierunku zmierza ewolucja zagłębiowskiej tożsamości.

Dla obecnej młodzieży (tej przed ukończonym 18. rokiem życia i tej pełnoletniej) oraz kolejnych pokoleń historia małej ojczyzny nie będzie priorytetowa, ani też jednym z najważniejszych aspektów ich lokalnej tożsamości. Będzie jedynie jej prologiem. Najważniejsze są i będą dla młodych ludzi miejsca subiektywnie ważne dla nich. Z którymi będą związane ich wspomnienia, pozytywne emocje i uczucia. Miejsca, do których będą chcieli wracać, o których będą pamiętali, które będą chcieli pokazać swoim dzieciom i wnukom.

Przyszła tożsamość zagłębiowska, która rodzi się na naszych oczach to prywatne, subiektywne, intymne wybory nowych pokoleń. Pokoleń, które odrzucają drogę, którą wskazują im ci, których czas na tym ziemskim padole skończył się bądź powoli dobiega końca.

Nie widzi tego wiele osób, które zabierają głos na temat tożsamości zagłębiowskiej i uważają się w tej kwestii za autorytety. Dla nich historia regionu to fundament tożsamości. Reszta zaś to mało istotne detale. To swoista dyktatura starców i mędrców.

Nad małopolskim brzegiem Brynicy próbuje się tworzyć lokalne mitologie, które mają stać się główną częścią narracji historycznej obok przemysłowego dziedzictwa regionu. W przypadku Sosnowca są to wydarzenia z 7 lutego 1863 r., które miały miejsce w mieście podczas powstania styczniowego, a także z 1905 r. (w tym masakra robotników pod hutą „Katarzyna”).

Próbowano też podtrzymywać przy życiu mit komunistycznego działacza – Edwarda Gierka, ale z przyczyn czysto biologicznych grono jego apologetów kurczy się w coraz szybszym tempie, a u młodego pokolenia nie znajduje on ani zrozumienia, ani uznania. Czemu się osobiście nie dziwię i co pochwalam, bo dzięki temu do lamusa odchodzi szkodliwy i toksyczny mit peerelowskiej wersji „czerwonego Zagłębia”.

Dąbrowa Górnicza to karkołomne próby stworzenia mody na zbudowaną w latach 70. XX w. hutę „Katowice”. Grono odbiorców tego mitu jest mocno ograniczone i de facto jej adresatami są dawni i obecni pracownicy zakładu i ich rodziny. A co z resztą Dąbrowian i Dąbrowianek?

Czeladź skupia się na rewitalizowanej Kopalni Węgla Kamiennego „Saturn”, osiedlu na Piaskach i kobiecie niesłusznie oskarżonej i skazanej w XVIII wieku na śmierć za czary. Położenie tego miasta po obu brzegach rzeki Brynicy (uznawanej za jedyną wyrazistą granicę między Zagłębiem a Górnym Śląskiem), sąsiedztwo z Siemianowicami Śląskimi i współpraca z nimi (co należy pochwalić jako świetny przykład dialogu małych ojczyzn i budowy trwałego porozumienia między nimi) oraz kolejne inwestycje na terenie Czeladzi, mogą spowodować, iż miasto to, w pozytywnym sensie, będzie coraz bardziej odstawać od poziomu życia w innych częściach Zagłębia i zacznie ciążyć ku Górnemu Śląskowi. Efektem tego będzie stopniowe utożsamiane się mieszkańców Czeladzi ze wspomnianym Śląskiem i jego tożsamością. Czeladzianie i Czeladzianki mogą stworzyć w tym czasie pewien wariant swojej śląskości, dostosowany do miejscowych realiów.

Siewierz konsekwentnie pozostaje wierny opowieści o sobie jako stolicy księstwa rządzonego od XV do XVIII wieku przez biskupów krakowskich. Będzin to wątki żydowskie ze sztandarowymi projektami Fundacji Brama Cukermana z domieszką średniowiecza skoncentrowanego na wiekowej warowni. Wielu jego mieszkańców/mieszkanek do dzisiaj nie przerobiło arcyważnej, żydowskiej historii tego miasta. Uznają ją za coś obcego, osobnego, niebędącego częścią tego miejsca. Tak jakby istniały obok siebie tu dwie przeszłości: polska i żydowska. Nie chcą jej poznać ani zrozumieć. Wystarczy im świadomość, że dawni sąsiedzi ich przodków lub dawnych lokatorów kamienic zostali zamordowani w KL Auschwitz bądź na ulicach Będzina. To pokazuje, że mieszkańców tego regionu oduczono dzielenia się wspólnym niebem z innymi nacjami. Mają świadomość wielokulturowości Zagłębia, ale nie chcą żeby powróciła. Brzmi to jak głęboko „zaszyty” pod skórą strach. A do tego kalectwa przyczynili się przodkowie dzisiejszych Będzinian, Sosnowiczan, Czeladzian, Dąbrowian.

A co z pozostałymi miejscowościami? Nie są zainteresowane mitologiczną nadbudową, zadowalając się tym, z czym są kojarzone. Mowa tu np. o Dobieszowicach czy Wojkowicach Komornych.

W tej narracji brak opowieści o kobietach. Nie ma ich. W najlepszym przypadku ich istnienie jest symbolicznie i niechlujnie zaznaczone na marginesie. W Zagłębiu czuć perwersyjne upodobanie do upamiętniania i doceniania na różne sposoby mężczyzn, a następnie dopominanie się o szacunek dla nich i ich dorobku. Pamięć i szacunek do kobiet, które współtworzyły naszą małą ojczyznę stanowi temat niszowy, niechciany, niepotrzebny, wręcz wstydliwy. Wstyd mi za taki stan rzeczy. Jako Zagłębiakowi i historykowi. Ale wróćmy do głównego wątku.

Do lokalnych mitologii należy dodać działalność tutejszych muzeów będących zakładnikami ograniczonych funduszy i zbiorów, lokalizacji i zabytkowych przestrzeni, które w ich przypadku często mocno ograniczają wystawiennicze pole manewru. Zagłębiowska młodzież tego nie kupuje. Nawet jeśli pojawia się w tych miejscach czy uczestniczy w wydarzeniach organizowanych przez wspomniane instytucje. Ona tworzy nowe zasady, reguły, w których chce funkcjonować, jak chce intepretować i odbierać przeszłość, co w oczywisty sposób prowadzi do konfliktu pokoleń. Zagłębiowska młodzież to wspaniali ludzie. Nasza przyszłość. Jasne, że zawsze znajdzie się jakaś czarna owca, ale to życie, a nie tandetny serial na platformie streamingowej. Zagłębie Dąbrowskie powinno stawiać przede wszystkim na młodych ludzi. W każdym aspekcie. A nie na starców, których w naszym regionie hołubi się niczym nadchodzącą, świetlaną przyszłość. To droga donikąd.

Grzech nr 5. Narzekamy zamiast wziąć się do roboty

O ile historia w przyszłości nie będzie istotnym składnikiem zagłębiowskiej tożsamości, nie zmienia to faktu, iż opowieść o dziejach regionu i dbanie o jego dziedzictwo jest ważne. Bo stanowi punkt wyjścia dla tworzenia narracji o małej ojczyźnie i budowania świadomości kolejnych pokoleń na temat miejsca, z którego pochodzą. To ostatnie także ulega ewolucji. Przez dziesięciolecia Zagłębie kojarzyło się z przemysłem. Głównie z kopalniami węgla kamiennego oraz tym, co z nimi związane, tj. od charakterystycznej infrastruktury poprzez strój górnika, zapach dymu nikotynowego, osiedla robotnicze, a skończywszy na Barbórce.

Dzisiaj nasza mała ojczyzna nie kojarzy się młodzieży z przemysłem. Co jest zrozumiałe, bo większość zakładów na naszym terenie już nie funkcjonuje. To, co po nich zostało stanowi jedynie mniej lub bardziej znany element lokalnego krajobrazu, który w ich oczach nie zasługuje na szczególne wyróżnienie.

Po drugiej wojnie światowej, przez kilkadziesiąt lat w obecnej dzielnicy Będzina-Grodźcu działała kopalnia węgla kamiennego i cementownia. Gdyby w latach 60. XX wieku zapytać dzieciaki stamtąd z czym kojarzy im się ów Grodziec, to usłyszelibyśmy jako pierwsze: z kopalnią i górnikami. Dzisiaj odpowiedź byłaby inna: ze wzgórzem Dorotka. Signum temporis.

Zagłębie Dąbrowskie to miejsce, które skupia w sobie fragmenty różnych epok, które minęły i światów, które od dawna nie istnieją. Te bezcenne pozostałości śladów poprzednich pokoleń to niezwykłe opowieści o naszej małej ojczyźnie. Ulice, kamienice, stare place, drzwi, kamienne, drewniane i metalowe detale. To wszystko jest niemymi świadkami wydarzeń, uroczystości, spotkań, gestów, rozmów, ludzkich radości i tragedii. I tylko od nas zależy czy będziemy chcieli poznać to, co kryje się za warstwą rdzy i kurzu czy progiem domu pamiętającego czasy rządów nad Wisłą i Brynicą dwugłowego carskiego orła. Najciekawsze historie nie miały miejsca w pałacach, na zamkach czy rezydencjach. Ale w placach ponad stuletnich kamienic, na klatach schodowych i wysłużonych chodnikach.

Bywa również, iż przy grobach, których już nikt nie odwiedza i nikt się nimi nie opiekuje. Powinniśmy dbać o nasze dziedzictwo. Tak, aby nie stracić setek, a może tysięcy opowieści, którymi będziemy mogli podzielić się z naszymi dziećmi, wnukami, znajomymi. A oni, w przyszłości, ze swoimi bliskimi. Obecnie tego nie potrafimy. Jedynie narzekamy. A kiedy trzeba wziąć się do roboty, pomóc w zebraniu funduszy na uratowanie jakiegoś miejsca, obiektu, albo uprzątnięcie jego otoczenia to wtedy okazuje się, że populacja Zagłębia z kilkuset tysięcy osób kurczy się w ekstremalnym tempie do kilkunastu, kilkudziesięciu osób. Cud.

Kiedy udaje się znaleźć fundusze na rewitalizację jakiegoś zabytkowego obiektu i podejmowana jest decyzja o rozpoczęciu prac w tym miejscu, niemal od razu odzywają się głosy: a po co to robić? A dlaczego tam, przecież to bez sensu? Jest już za późno, to ruina, wszystko zostało rozkradzione. A czemu nie zajmiecie się naszą ulicą?

Takie sformułowania to idealny przepis na trwanie w bezczynności bądź zantagonizowanie ze sobą mieszkańców/mieszkanek poszczególnych dzielnic. W naszej małej ojczyźnie wielu lubi robić sobie zdjęcia na ważnych imprezach, częstować się darmowym poczęstunkiem, podpinać się pod czyjeś sukcesy. W okłamywaniu siebie i innych jesteśmy mistrzami. W założeniu roboczych rękawic i konsekwentnej, a nie na pokaz robocie jesteśmy ostatni. To typowy zagłębiowski odruch: to mnie nie dotyczy, to nie moja sprawa, nie mam czasu, miasto/powiat powinny się tym zająć, ja tu tylko mieszkam, a co mnie to obchodzi niech się zawali.

Do ciężkiej cholery, nieważne czy mieszkali tu Twoi przodkowie czy przyjechałeś tu jako pierwszy ze swojej rodziny. Skoro postanowiłeś tu zamieszkać, pracować to jest to Twoja mała ojczyzna. Nieważne czy pierwsza czy druga. Jest Twoja. I powinieneś o nią dbać i uczyć tego dbania, troski o nią i odpowiedzialności za nią swoje dzieciaki. Szacunek do własnego państwa zaczyna się od szacunku do swojej małej ojczyzny. Bez tego patriotyzm to tylko puste słowa.

Grzech nr 6. Twierdzimy, że trudno budować tożsamość w oparciu o przyjezdnych, którzy nie czują się u siebie. To głupia wymówka

Stwierdzenie powtarzane w Zagłębiu, że trudno budować tożsamość w oparciu o przyjezdnych, którzy nie czują się u siebie, to najgłupsza wymówka jaką można usłyszeć po obu brzegach Brynicy. To też najstarsze kłamstwo w tym miejscu. Zarówno dla ludzi, którzy w okresie zaborów przyjeżdżali tu z kielecczyzny i innych części Królestwa Polskiego do hut, browarów, cementowni, przędzalni i kopalń czy ludzi, którzy w latach 70. i 80. XX w. przyjeżdżali do pracy w dąbrowskiej hucie „Katowice”, Zagłębie Dąbrowskie było ziemią obiecaną, a nie ziemiami odzyskanymi. Nie mylcie tych dwóch pojęć.

Do naszej małej ojczyzny ludzie przybywali dobrowolnie. Jedni, żeby otworzyć tu własny biznes, filię swojej firmy. Inni, do których zaliczała się większość, zjawili się tu w poszukiwaniu pracy, lepszego życia, szansy na stworzenie swojego własnego domu, gdzie mogliby zamieszkać z własną rodziną lub dopiero ją stworzyć.

Rzeczywistość bezwzględnie weryfikowała ich plany. Nie wszyscy poradzili sobie w nowych realiach. Ale tym, którym się udało pomogła silna motywacja i chęć pozostania tu. Nie chcieli wracać. Powrót byłby dla nich klęską i stygmatyzacją w rodzinnych stronach do końca życia. Ludzie, którzy trafili na wspomniane tzw. ziemie odzyskane, które stały się częścią powojennej Polski byli pełni obaw, poczucia niepewności i tymczasowości. Oni nigdy nie planowali się tutaj zjawić. Trudno policzyć tych, którzy nigdy nawet o tym miejscu nie słyszeli. Wielu pojawiło się tutaj po raz pierwszy w życiu. Część z nich była oszołomiona nowym światem, tak odmiennym od ich rodzinnych stron. Wielu jednak wierzyło, że będzie mogło wrócić do siebie, na tzw. Kresy. Inni byli pozbawieni tej nadziei.

Kresowiaków do opuszczenia rodzinnych stron zmusiły skutki II wojny światowej oraz nowe granice Rzeczpospolitej, poza którymi znalazły się ich domy. Pustkę po nich skutecznie wypełniała trauma wydarzeń wojennych i strach przed miejscem i ludźmi, wśród których się znaleźli, oderwani na zawsze od swoich wspólnot i rodzin. Tęsknota i zadawane sobie pytanie: co dalej? mieszała się tutaj z brutalnością i bezkarnością. Ciekawie ten temat opisał Paweł Naleźniak w artykule „Problemy adaptacyjne. Początki życia Kresowian na Ziemiach Zachodnich i Północnych powojennej Polski” opublikowanym w 2021 r. na portalu internetowym Przystanek Historia.

To koniec inwentaryzacji grzechów Zagłębia Dąbrowskiego

Nikt z Was, którzy dotarli do końca tego tekstu nie powinien czuć satysfakcji. Przebyliście bardzo trudną drogę. Ale sami podjęliście tę decyzję, a to, co nastąpi dalej zależy tylko od Was.

Zagłębiacy/Zagłębianki oprócz wielu wad, posiadają też zalety. Potrafimy się uczyć. Mamy niezłą intuicję. Świetnie też improwizujemy. Umiemy również poświęcać się dla dobra innych i walczyć o nich. Warto te i kilka innych, naszych cech pielęgnować. Ale człowieczeństwo polega również na tym, aby zmierzyć się ze swoją ciemną stroną, która towarzyszy nam przez całe życie i kończy z nami w drewnianej trumnie spuszczanej kilka metrów w głąb ziemi.

Jestem dumny z tego, że jestem Zagłębiakiem. I będę to jeszcze wiele razy powtarzał w różnych okolicznościach. Ale jednocześnie będę też upierał się przy tym, że od głaskania po głowie nie powstała ani nie utrzymała się jeszcze żadna tożsamość. Z małą ojczyzną jest trochę jak z biblijnym przymierzem z Bogiem. Jeśli nie będziemy jej szanować, dbać o nią i koegzystować na jej terenie z innymi, będzie to dla nas miejsce przepełnione goryczą, rozczarowaniem i bólem. Nasz własny dom stanie się miejscem wygania, bez drogi ucieczki. Jaką drogę wybierzecie?

Reforma edukacji

Może Cię zainteresować:

Dariusz Majchrzak: Edukacja regionalna jest wciąż słabo zakorzeniona, zwłaszcza w Zagłębiu. Kilka pomysłów, jak to zmienić

Autor: Dariusz Majchrzak

05/10/2025

Sosnowiec. Plac Powstańców Styczniowych. Główny dworzec kolejowy.

Może Cię zainteresować:

Magdalena Boczkowska: "Ci zza Brynicy", czyli z innej bajki. A może rzeczywiście my, Zagłębiacy, jesteśmy z innej bajki?

Autor: Magdalena Boczkowska

17/10/2025

Ksiadz Siarkowski cmentarz

Może Cię zainteresować:

Grób zasłużonego dla polskiej kultury duchownego-etnografa Władysława Siarkowskiego w Będzinie Grodźcu niszczeje. Gasimy światło i stajemy się tchórzami?

Autor: Dariusz Majchrzak

24/07/2026