Pod wspólnym niebem, czyli napięte relacje Polaków i Żydów w Zagłębiu Dąbrowskim nim przyszła zagłada. Część I

Czy sąsiedzi, którzy przez pokolenia dzielili ze sobą codzienne troski, mogą nagle stać się dla siebie obcy? Historia przedwojennego Zagłębia Dąbrowskiego to bolesna opowieść o tym, jak do tętniącego życiem regionu powoli i niemal niezauważalnie wkradała się nienawiść. Zanim nadeszła katastrofa II wojny światowej, na ulicach tutejszych miast rozegrała się cicha walka o dusze mieszkańców – walka, której pierwsze symptomy zlekceważono.

Brama w będzińskim murze: milczący świadek zagłady

Metalowa, zdobiona brama umocowana w grubym, kamienno-ceglanym murze kościoła pw. św. Trójcy w Będzinie i prowadząca za nią wybrukowana kostką wąska droga między domami. To dla mnie najważniejsze miejsce w liczącej kilkaset lat historii zagłębiowskich Żydów. Bo to właśnie tutaj nadal czuć ten tragiczny moment przeszłości. Zarówno miasta jak i regionu.

Za każdym razem, kiedy tam jestem mam przed oczami widok grupy Żydów, która ostatkiem sił, w panice, w strachu, w monstrualnym przerażeniu biegnie ulicą od strony płonącej, dziewiętnastowiecznej synagogi w kierunku kościoła. Dlaczego? Bo to jedyna droga, jedyna szansa, jedyna nadzieja. Za plecami mają pochłaniane przez ogień i gryzący dym budynki, krzyki umierających ludzi i metaliczny dźwięk strzałów oddawanych przez niemieckich żołnierzy. Ci Żydzi nie mieli wyboru. Zostali zmuszeni do jego dokonania. Nie wiedzieli, co czeka ich za kilkadziesiąt, za kilkaset metrów przed nimi. Ale ucieczka była lepsza niż to, aby czekać w miejscu, patrzeć, krzyczeć, płakać, błagać oprawców i zginąć. Lepiej biec, dać sobie szansę. Nawet, jeśli oznaczałoby to wydłużenie życia o kilka marnych chwil. Ale te chwile należały wyłącznie do nich. I tylko oni nimi rozporządzali. Nie zamierzali ich oddać bez walki o siebie.

Oczami wyobraźni widzę jak mijają mnie w pośpiechu, przechodząc przez bramę. Czuję ich strach. Żadne z nich nie ogląda się za siebie. Najważniejsze było to, co przed nimi. To, co działo się za ich plecami było dla nich już bez znaczenia. Bo tam rozstrzelano nie tylko ich bliskich, ale także świat, który ich rodziny znały od pokoleń.

O tym jak przebiegały wydarzenia w Będzinie 9 września 1939 roku możemy dowiedzieć się z kilku relacji. Jedną z nich przytacza w swojej książce poświęconej Wincentemu Mieczysławowi Zawadzkiemu, ks. Marian Duda. Cytuje on zapiski z tamtych czasów wspomnianego ks. Zawadzkiego:

„(…) W całym mieście było ciemno. Wolno było chodzić tylko do godz. 7 wieczorem. Nie było światła, więc też wcześniej położyłem się do łóżka. Nie spałem jeszcze, gdy około 8 wieczorem usłyszałem kilka potężnych detonacyj. Po kilku minutach moja gosposia poczęła pukać do drzwi mojego pokoju: „Proszę Księdza Proboszcza, pali się bóżnica, Niemcy mordują Żydów”. Zerwałem się z łóżka, szybko się ubrałem, wybiegłem na podwórze. Istotnie, potężny słup dymu rozświetlony płomieniami unosił się nad synagogą. Słychać było znów detonacje i straszliwe krzyki, to Niemcy mordowali Żydów. Ogień rozszerzał się. Niemcy systematycznie szli od domu do domu, od Bożnicy aż do ulicy Bocznej, wypędzali mieszkańców, wrzucali granaty zapalające i dom stawał w płomieniach. Co chwila słyszeliśmy straszne wrzaski niemieckie, huk granatów, krzyki mordowanych. Byliśmy przekonani, że Niemcy chcą spalić i zniszczyć cały Będzin. Cała przestrzeń ogrodu plebańskiego, plebania, budynki plebańskie, kościół otoczone były olbrzymimi blokami kamienic, które w tej chwili płonęły. Pomiędzy płonącymi kamienicami widziałem z ogrodu, uwijających się Niemców. Co chwila słychać było przerażający krzyk: O Jezu, po tym strzał i chwilowa cisza, albo też słychać było wrzask mordowanych Żydów. W tej chwili rozległ się huk, to Niemcy wrzucili granat zapalający do wikariatki. Stanęła ona po chwili w ogniu. Wszyscy mieszkańcy wikariatki przybiegli na plebanię. Coraz więcej było strzałów, coraz więcej domów się paliło. Żydzi wypędzani z domów, bici, mordowani poczęli uciekać w stronę kościoła, zajęli całą uliczkę od wikariatki, pobiegłem do nich, uspokoiłem ich, a potem otworzyłem własnoręcznie bramy i przeprowadziłem ich spokojnie na Górę Zamkową, gdzie już im nie groziło żadne niebezpieczeństwo”.

Autor biografii duchownego przytacza również relację Icchaka Turnera, który jako nastolatek był uczestnikiem i zarazem świadkiem tego co działo się wówczas na będzińskim Wzgórzu Zamkowym:

„Urodziłem się 3 marca 1922. Moi rodzice mieszkali w Będzinie, miasto w Zagłębiu Dąbrowskim. Mieszkałem z rodzicami i z bratem przy ul. Boczna nr 3. Dom znajdował się w pierwszym rzędzie domów, blisko od wielkiej synagogi Będzina. Rząd domów zaczynał się obok synagogi a kończył u stóp wzgórza, na którym stał kościół. W tym kościele służył ksiądz Mieczysław Zawadzki. (…) W nocy między 8 i 9 września 1939 żołnierze niemieccy wtargnęli do bram domów, znajdujących się koło synagogi. Żołnierze ciskali granaty ręczne i strzelali na wszystkie strony, rozkazali wszystkim wyjść z domu, pod pretekstem, że Żydzi strzelali do nich z synagogi. Wielu Żydów uciekło do synagogi, i tam zmarli tragiczną śmiercią podczas pożaru (…). Wielu innych zaprowadzono dalej i rozkazano im biec od ściany synagogi. Żołnierze strzelali do nich bronią automatyczną, wiele ludzi zraniono – niektórych lekko, a innych ciężko. Pozostałych zastrzelono na miejscu, do uciekających strzelano. Powstała panika, wołania: Ratujcie, mamo, tato, modlitwa „Szema Izrael”. Grupa Żydów, między nimi również ja, pobiegliśmy szalonym biegiem do kościoła na wzgórzu, przez ulicę Plebańską. Żołnierze niemieccy strzelali do nas z broni automatycznej, raniąc ludzi. Koło mnie biegł kolega i sąsiad, Wujek Strajer. W pewnym momencie kula trafiła w jego głowę i padł. Podczas biegu kula trafiła moją lewą rękę: weszła koło łokcia i wyszła koło ramienia. Część ludzi pobiegła w stronę Starego Rynku (Alter Markt), inni pobiegli w kierunku kościoła i weszli do ogrodu otaczającego kościół. Ja pobiegłem do kościoła. Gdy doszliśmy ksiądz Mieczysław Zawadzki otworzył nam bramę i powiedział żebyśmy weszli prędko. Kilku z nas, ja również, weszliśmy do kościoła. Ksiądz Zawadzki polecił mniszkom opatrzyć nasze rany i pomóc rannym. Po otrzymaniu pierwszej pomocy i opatrzeniu ran, ksiądz Zawadzki powiedział nam, że jeśli Niemcy wejdą do kościoła i zobaczą jaką pomoc udzielił nam (Żydom) ksiądz i mniszki, zastrzelą wszystkich, Polaków i Żydów znajdujących się w kościele. Ksiądz Zawadzki otworzył bramę z drugiej strony kościoła, ze strony starego cmentarza Podzamcze. Wyszliśmy tam wykorzystując ciemności na dworze. Tam ukryliśmy się przez całą noc. (…)”.

Metalowa brama w kamienno-ceglanym murze. Niemy świadek walki o życie, o zachowanie resztek człowieczeństwa, siebie. To tutaj wracam, kiedy chcę mówić, pisać o społeczności, która odegrała niezwykle ważną rolę w historii mojej małej ojczyzny. Wolę zdecydowanie pojawiać się tam niż przy pomnikach czy tablicach, gdzie za każdym razem stają wycieczki, a w rocznice pojawiają się delegacje z przemówieniami, kwiatami i rozpisanymi rolami. Wyjątkiem dla mnie jest tablica z lat 40. XX wieku, która znajduje się w Będzinie, przy ulicy Rutki Laskier 24, na budynku-świadku tragicznych wydarzeń z roku 1943. Ale to temat na inny artykuł. Swoją drogą warto porównać datę stworzenia tej tablicy z czasem powstania innych będzińskich miejsc pamięci poświęconym Starozakonnym lub osobom, które je ratowały.

Zgoda i jej demony: Zagłębie Dąbrowskie jako ojczyzna przyjezdnych

Jako historyk nie idę na skróty. Tym samym zdaję sobie sprawę z tego, że historia mojej małej ojczyzny nigdy nie była czarno-biała. Oprócz Zagłębiaków i Zagłębianek, którzy w zgodzie budzili się i zasypiali razem pod tym samym niebem, niezależnie czy ktoś był katolikiem, Żydem, protestantem czy prawosławnym, byli również i tacy, którzy byli przesiąknięci nienawiścią i pogardą do innych. Zwłaszcza wobec społeczności żydowskiej.

Pomówmy o zagłębiowskim antysemityzmie. Temacie dotąd nieprzerobionym. Przyjrzyjmy się tym, którzy Żydów mieszkających z dziada pradziada, nad małopolskim brzegiem Brynicy uważali niezmiennie za obcych.

Niniejszy tekst to jedynie początek dyskusji o jednym z niezwykle trudnych wątków historii społeczności zagłębiowskiej. Nie wolno nam udawać, że go nie ma, bądź, że jest nieistotny. Skupmy się na dwudziestym wieku. Historia osadnictwa Starozakonnych nad małopolskim brzegiem Brynicy liczy kilkaset lat. Ale to właśnie we wspomnianym stuleciu mieliśmy do czynienia z tak zróżnicowanymi postawami wobec Żydów na obszarze, od ponad wieku nazywanym Zagłębiem Dąbrowskim, a rozumianym jako obszar miast i sołectw: Będzina, Psar, Bobrownik, Czeladzi, Sosnowca, Dąbrowy Górniczej, Wojkowic Komornych i Siewierza. Bez Zawiercia, Sławkowa i Ogrodzieńca.

Przed pierwszą wojną światową, trudno doszukać się w źródłach, aktów antysemityzmu mających miejsce po małopolskiej stronie Brynicy. Co nie oznacza, że ich nie było. Jednakże Zagłębie Dąbrowskie, jako że stało się w stosunkowo krótkim czasie ojczyzną przyjezdnych, było miejscem, gdzie różne nacje i przedstawiciele tej czy innej religii mogli bez większych problemów próbować założyć biznes, znaleźć pracę bądź ułożyć sobie życie. Jedynie co ich ograniczało to miejscowe prawodawstwo, kulejąca opieka zdrowotna i zasób własnego portfela. Oczywiście, że były kłótnie, spory, animozje, ktoś dostał w zęby, kogoś okradziono. Ale nic ponadto. Choć jak wspomniałem, najprawdopodobniej zdarzały się także sytuacje nacechowane rasową nienawiścią.

Pamiętajmy jednak, że nie wszystko, czego szukamy znajdziemy w źródłach pisanych. Zagłębiowskie kamienice, klatki schodowe i chodniki nie miały swoich sumiennych kronikarzy.

Dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym mamy do czynienia z rosnącym, eskalującym antysemityzmem. Czy pierwsza wojna światowa i jej skutki, nowe, trudne realia takie jak bezrobocie, hiperinflacja i ubóstwo tak bardzo zmieniły ludzi? A może u tutejszej społeczności obudzono demony, które dojrzewały w sumieniach ich przodków od dziewiętnastego wieku? Na razie te pytania pozostają bez odpowiedzi.

Można odnieść wrażenie, że miejscowa ludność, choć nadal żyła w zgodzie, uwzględniając całą gamę konfliktów, począwszy od kłótni sąsiedzkich po rywalizację na tym czy innym polu, zaczęła stopniowo przesiąkać antysemityzmem. Tego zjawiska nie wpuszczano otwartymi szeroko drzwiami nad małopolskim brzegiem Brynicy. Było czymś obcym. Traktowano je jak chorobę, która prędzej czy później zostanie przez kogoś przywleczona. Tyle, że nie śmiertelną, z marginalną szkodliwością dla zagłębiowskiego organizmu. Obserwowano jej rozwój, przebieg, ale nie podejmowano natychmiast środków zaradczych. Leczono jedynie objawy. Tym samym popełniono niewybaczalny błąd.

Zagłębie Dąbrowskie nie stało się wylęgarnią antysemickich patologii. Miejscowa społeczność obroniła się przed tym. Co nie oznacza, że antysemityzm został tu wyeliminowany. Nie, on pozostał. I był tolerowany, a nawet akceptowany przez część Zagłębiaków. W tym przez część młodzieży. Dla ilu z nich antyżydowskie hasła i postulaty stały się spoiwem nowej wspólnoty, która miała rugować z różnych (a może wszystkich?) dziedzin życia Starozakonnych? Ta antysemicka choroba nigdy nie została wyleczona. Nigdy też nie była w stanie przejąć kontroli nad całym organizmem. Doprowadziła jednak do trwałych podziałów.

Zatrzeć ślady przeszłości: pamięć zamknięta na klucz

Część z nich ewoluowało do postaci silnych i trwałych antagonizmów, a także aktów agresji. Owe podziały dały o sobie znać w kolejnych dziesięcioleciach. Nie tylko w okresie dwudziestolecia międzywojennego, ale też podczas drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu.

To właśnie w latach 1939 – 1945 znajomość i utrzymywanie relacji katolików z Żydami stały się stygmatem. A ich ukrywanie, udzielanie im pomocy podczas okupacji wiązały się z niewyobrażalnym ryzykiem. To właśnie wtedy zrodził się strach przed przyznaniem się, że zna się Żydów, że przed wojną regularnie kupowało się od nich towary, korzystało z ich usług, spędzało się z nimi wolny czas. Coś oczywistego, naturalnego i prozaicznego stało się z dnia na dzień śmiertelnie niebezpiecznym. Wypieranie się tej znajomości było kłamstwem, które mogło jednocześnie uchronić goja przed wywózką do niemieckiego obozu koncentracyjnego.

Ludzie ukrywający Żydów nad małopolskim brzegiem Brynicy, obawiali się nie tylko niemieckich wojskowych, ale też swoich sąsiadów. Polaków-katolików. To właśnie wśród nich mogły znaleźć się osoby, które doniosłyby na nich, wydając ich tym samym na śmierć, same zachowując anonimowość i bezkarność. Ilu z takich ludzi nie czuło się mordercami tylko siłą sprawczą dokonującej się dzięki nim „sprawiedliwości”? Ilu z nich tłumaczyło samych siebie wmawiając sobie antysemickie kłamstwo, że Żydzi to nie Polacy, to nie część narodu, więc nie ma kogo żałować? Ilu z nich, poświęcając życie niewinnych osób, mężczyzn, kobiet i dzieci, poczuło się „lepszymi”? Ilu z nich chciało dać upust swojej żądzy krwi i ukryć się w tłumie ludzi podobnych do nich i czuć się bezkarnymi? Iloma z nich zawładnęła paniczna obawa przed własną śmiercią? Ilu z nich uznało, że nie ma wyboru?

Po zakończeniu drugiej wojny światowej, zrodzony podczas niej strach jeszcze przez wiele lat towarzyszył ludziom. I to pomimo tego, iż w Zagłębiu tak niewielu z Żydów ocalało z Holocaustu. Kamienice i sklepy należące przed wrześniem roku 1939 do Starozakonnych, były od dawna pozbawione ich przedwojennych właścicieli.

Ilu mieszkańców Zagłębia nadal bało się przyznać, że przed wojną byli znajomymi Żydów? Że ich dzieci bawiły się z ich pociechami? Że odwiedzali się nawzajem? Że rozmawiali o polityce, tej lokalnej i tej, o której mogli przeczytać w codziennej prasie? Że rozumieli pojedyncze słowa z jidysz, że kosztowali żydowskie potrawy i że kiedyś zajrzeli do synagogi, która była w każdym z zagłębiowskich miast?

Większość postanowiła zapomnieć o świecie, który budowany przez pokolenia, obrócił się w gruzy w ciągu zaledwie kilku lat. W swoich głowach zamknęli drzwi do tej części opowieści o swoim życiu. Zaś klucz do nich zniszczyli. I nigdy tego nie żałowali. Czasami jednak przeszłość dobijała się do ich świadomości, ustawicznie pukając od drugiej strony drzwi.

Przyjrzyjmy się wybranym przykładom różnych sytuacji, wydarzeń, wypowiedzi, które pojawiały się w przestrzeni zagłębiowskiej w dwudziestym wieku. Pod koniec tzw. zaborów, w okresie dwudziestolecia międzywojennego, podczas drugiej wojny światowej i tuż po jej zakończeniu. Na koniec zwróćmy uwagę na czasy współczesne.

Od obelgi do dynamitu: pierwsze pęknięcia

W roku 1902, w „Kurjerze Sosnowieckim” opisano tragiczne w skutkach wydarzenie, które już wówczas rodziło pytania o pobudki sprawców:

„Czeladź. Zbrodniczy zamach, czy nieobliczony w skutkach figiel? Spokojna zwykle osada Czeladź w ubiegłą sobotę była widownią tragicznego wypadku, który spowodował śmierć paru osób. Od naocznego świadka otrzymujemy opis, który tutaj dosłownie podajemy. „Około godziny 4-ej nad ranem silny huk, a następnie brzęk tłuczonych szyb obudził nas wszystkich; przestraszeni w parę minut wybiegliśmy na ulicę i tutaj spotkałem sąsiada, który urywanemi ze strachu słowami objaśnił mię, iż w domu Jakubowiczów „coś się stało”. Gdy przybiegliśmy na miejsce, oczom naszym przedstawił się straszny widok: część muru w ścianie, przylegającej do parterowego okna, zupełnie wyrwana, a ze środka mieszkania wydobywały się jęki, połączone z płaczem dziecięcym i okrzykami rozpaczy. Mieszkanie to, jak wiedzieliśmy, zajmował starozakonny Mandelbaum z żoną i dwojgiem dzieci. Teraz w zrujnowanym doszczętnie pokoiku konała Bajla Mandelbaumowa, mając roztrzaskaną czaszkę przez wybuch naboju dynamitowego, podłożonego przez zbrodniczą rękę na parapecie okna. Gdy w chwil parę przybyli dwaj wezwani lekarze, pomoc ich okazała się bezskuteczną i nieszczęśliwa w strasznych męczarniach zakończyła życie. Cudem prawie ocaleli dwoje dzieci i mąż Mandelbaumowej, którzy spali w tym samym pokoju i ich to okrzyki przestrachu i rozpaczy słyszeliśmy obecnie. Spora ilość robotników i mieszkańców osady okrążyła dom Jakubowiczów i opowiadano sobie różne wieści oraz komentowano wypadek”. Tyle od świadka. Na drugi dzień po wybuchu zmarła skutkiem silnego przestrachu współwłaścicielka domu Jakubowiczów, która już od jakiegoś czasu była cierpiącą, a wybuch przyspieszył jej śmierć. Na miejsce wypadku zjechały niezwłocznie władze sądowe i policyjne, a z przeprowadzonego pierwiastkowego śledztwa podejrzenie padło na trzech robotników, których polecono osadzić w areszcie. Żona niejakiego Gabrysia, który był posądzony o ukrywanie złoczyńców dostała pomieszania zmysłów. (…)”.

Dziennik „Iskra” w roku 1921 donosił, iż Sąd Okręgowy w Sosnowcu skazał na dwa miesiące więzienia Maksymiljana Bulendę, lat 19 i Roberta Kurasza, lat 19, z Będzina oskarżonych o to, że w będzińskim szpitalu dnia 23 marca 1919 r. zelżyli słownie dr Weinziehera, nazywając go „pieronem, żydem i.t.p.”. Jednakże z powodu amnestii, kara ta została im anulowana. Ten lakonicznie opisany incydent pokazuje jak w codziennym języku zadomowiło się słowo „Żyd” już nie tylko, jako określenie nacji, ale jako obelga, jako piętno. Tym samym słowu temu odmówiono prawa postawienia znaku równości między nim a innymi narodami. Antysemicka „hierarchia” pozycjonowała Starozakonych jako gorszych od katolików. Odbierała im prawo głosu i prawo do obrony.

Podczas posiedzenia rady miejskiej Będzina, mającego miejsce w roku 1928, kontynuowano dyskusję nad uchwaleniem preliminarza budżetowego na lata 1928-1929. I to właśnie wtedy doszło do kontrowersyjnego wystąpienia jednej z osób, które opisał wówczas „Expres Zagłębia”:

„Przed uchwaleniem budżetu r. Niewiara (p. p. s.) wygłosił dłuższe przemówienie, w którem czynił wymówki zarządowi miasta o to, że chciał w budżecie skreślić pozycje na oświatę polską, popierając usilnie subwencje na chedery żydowskie lip. Przemówienie r. Niewiary wywołało oburzenie śród radnych żydów. Radny dr. Rechtman i wiceprez. Rubinlicht kategorycznie zaprzeczyli tym wywodom podkreślając, że potępiają antysemickie wystąpienie r. Niewiary”.

Czy wypowiedź Niewiary była jedynie elementem lokalnej walki politycznej czy niechęcią do Żydów, którą miała w nieudolny sposób zamaskować sprawa wydatków na edukację?

W listopadzie 1931 r. dyrektor będzińskiej szkoły średniej Adam Błażejewicz poinformował Radę Pedagogiczną, że „na podstawie informacji organów policyjnych dostarczonych Komisji Międzyszkolnej Dyrektorów, nikt z młodzieży naszego Gimnazjum nie brał udziału w wystąpieniach antysemickich na terenie Zagłębia Dąbrowskiego”. Komunikat ten z jednej strony był potwierdzeniem obowiązującej w szkole nie tylko dyscypliny, ale również tolerancji, ale z drugiej strony był to sygnał, iż w regionie miały miejsce niebezpieczne zachowania, których celem była społeczność żydowska.

Echa wileńskiej tragedii na ulicach Sosnowca

O jakie „wystąpienia antysemickie” chodziło? Najprawdopodobniej o te, które we wspomnianym listopadzie 1931 r. opisała gazeta „Iskra. Kurier Zachodni”:

„W dniu wczorajszym publiczność sosnowiecka mogła zaobserwować w godzinach wieczornych na ul. 3 Maju dziwne zjawisko. Oto chodnikami spacerowało b. wielu uczniów szkół średnich, przeważnie z wyższych klas a jezdnią maszerował tam i z powrotem większy oddział policji, trzymając w rękach gumowe palki. Około godz. 6 wieczorem na ul. Dęblińskiej zebrał a się większa gromadka uczniów i po wzniesieniu kilku okrzyków antyżydowskich poczęła śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła” W tym momencie nadszedł oddział policji, mając, na czele st. przodownika Mierzejewskiego i młodzież wezwana została do rozejścia się. Zanim zdążyła to zrobić, policja wpadła na nią z pałkami i obnażonemi szablami, bijąc chłopców. W kilka chwil nadjechał konny oddział policji, wjeżdżając na chodniki itd. Oddziałem bijącym chłopców komenderował p. Mierzejewski. Jeden z chłopców został ranny w twarz, kilku mocno pobitych. Jak się okazało, większa liczba uczniów w Sosnowcu, spowodowana była chęcią uczniów klas wyższych zademonstrowania swych uczuć w związku z zajściami, jakie miały miejsce na wyższych uczelniach, a w szczególności w Wilnie, zakończonych tragiczną śmiercią studenta. Zjechali się w tym celu uczniowie ze wszystkich szkół średnich Zagłębia Dąbrowskiego i częściowo ze szkól śląskich. W pewnym momencie liczba ich wynosiła około 2000. Jednak nigdzie spokój nie został zamącony. Uczniowie spacerowali po chodnikach, nie przystając nawet nigdzie dłuższy czas. W pewnym momencie zgromadziło się ich więcej na ul. Dęblińskiej i tam doszło do zajścia wyżej wspomnianego”.

Co takiego zdarzyło się w Wilnie, że zintegrowało tak dużą część młodzieży i skłoniło do głośnego artykułowania haseł antysemickich połączonych z odśpiewaniem hymnu narodowego? Chodziło o zajścia antyżydowskie w obecnej stolicy Litwy (a wówczas części państwa polskiego), w których uczestniczyli studenci, i podczas których zginął student prawa – Stanisław Wacławski. W listopadzie roku 1931 gazeta „Polska Zachodnia” tak na gorąco opisywała wydarzenia z Wilna:

„Wilno. (PAT.) Pomimo odezwy rektora, wzywającej młodzież akademicką do powstrzymania się od wszelkich ekscesów, wejście do głównego gmachu Uniwersytetu obsadziła od rana grupa studentów, nie dopuszczając studentów żydów do gmachu. Przy wejściu doszło wskutek tęgo do kilku krótkotrwałych bójek, zlikwidowanych szybko przez policję. Jednocześnie w gmachu Instytutu Anatomicznego grupa studentów zaczęła usuwać silą studentów żydów z gmachu. Przed gmachem doszło wskutek tego do ogólnej bójki na laski i kamienie. Od jednego z rzuconych kamieni został ranny w głowę student pierwszego roku prawa Stanisław Wacławski. Wacławski odwieziony do szpitala św. Jakóba zmarł nie odzyskawszy przytomności. O godz. 16 wyruszył pochód złożony ze studentów ulica Zamkową, Placem Katedralnym, ul. Mickiewicza w stronę szpitala św. Jakóba, gdzie znajdują się w kostnicy zwłoki śp. Wacławskiego. Na ul. Mickiewicza przyłączył się do pochodu motłoch uliczny, który zaczął rozbijać kamieniami wystawy sklepowe. Policja oddzieliwszy ten tłum od pochodu, zachowującego spokój, tłum rozproszyła. Wybitych zostało kilkanaście szyb przy ul. Mickiewicza i Zawolnej. Pochód rozszedł się przed szpitalem spokojnie. W wyniku starć, jakie miały miejsce wczoraj rano przed Uniwersytetem i Instytutem Anatomicznym jest i student chrześcijanin zabity, 4 studentów chrześcijan lekko rannych, 1 student żyd bardzo ciężko ranny i 15 studentów żydów lekko rannych”.

Aby zrozumieć dlaczego doszło do wiecu w Sosnowcu, trzeba przyjrzeć się także wydarzeniom, które wówczas miały miejsce nad Wisłą. Przedwojenna gazeta „Polonia” w 1931 r. relacjonowała wydarzenia z Krakowa:

„Kraków, 12 listopada. Za zezwoleniem rektora Uniwersytetu odbył się dziś w Krakowie o godz. 9-tej rano olbrzymi wiec młodzieży akademickiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w głównym gmachu uniwersytetu. Do prezydium powołano przedstawicieli wszystkich poważniejszych organizacyj akademickich. Kuratorem wiecu był prof. Pigoń b. rektor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Zasadnicze przemówienia wygłosili akademicy Klimecki i Brzeski charakteryzują olbrzymi zalew wyższych zakładów naukowych przez element żydowski, wrogo usposobiony wobec państwowości polskiej. Zalew ten uwydatnia się szczególnie silnie na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie na oddziale prawniczym odsetek żydów przekracza 40 proc. Rezultatem wiecu były jednomyślnie uchwalone rezolucje. Uczestnicy wiecu z oburzeniem potępiają zamordowanie Stanisława Wacławskiego przez bojówkę żydowską w Wilnie. Żądają wprowadzenia „numerus clausus“ odpowiadający odsetkom ludności żydowskiej w państwie polskiem. Domagają się sprawiedliwego rozdziału prac na zwłokach w prosekterjach, a to w ten sposób, aby studenci

chrześcijanie pracowali wyłącznie na zwłokach chrześcijan, a studenci żydzi tylko na zwłokach żydowskich. Wzywają ogół studentów należących do stowarzyszeń akademickich, które dotychczas mają wśród swych członków żydów do statutowego wykluczenia ich z pośród członków. Wzywają ogół młodzieży i starsze społeczeństwo do bojkotu gospodarczego i towarzyskiej izolacji żydów”.

Czasopismo „Gwiazdka Cieszyńska”, również w listopadzie wspomnianego roku, szczegółowo opisała zajścia w Warszawie:

„Od kilku dni nadchodzą z Warszawy alarmujące wieści o zaburzeniach studenckich. Podobnie jak przedtem w Krakowie, doszło mianowicie w dniu 4 b.m. do zajść między studentami Uniwersytetu warszawsk. z powodu niedostarczenia zwłok żydowskich do zakładu medycyny sądowej. Na dziedzińcu Uniwersytetu kilkunastu studentów pobito laskami i pięściami. Demonstracje antyżydowskie przeniosły się w następnych dniach poza mury Uniwersytetu i na ulicę. Wywołano awantury w ogrodzie Saskim, przyczem pobito żydów. W pobliżu Żelaznej Bramy doszło do formalnej bitwy, której uczestniczyli nie tylko studenci. Demonstranci dopuścili się tam karygodnych ekscesów. W tamtejszej dzielnicy żydowskiej powstał popłoch, zaczęto zamykać sklepy. Żydzi zorganizowali samoobronę, która ze swej strony zaatakowała demonstrantów. Student Tenenbaum wziął łopatę i pod tym sztandarem prowadził oddział żydowski, 1iczący około 100 ludzi. Żydów tych rozpędzono, a Tenenbauma pobito jego własną łopatą. W rezultacie było z obu stron kilkunastu rannych i mnóstwo aresztowań. Inna grupa żydów akademików, około 300 ludzi, zamierzała udać się pod gmachu Ministerstwa spraw wewnętrznych z manifestacją. Grupę tę rozpędzono na placu Teatralnym. W dniu 6 b. m. doszło na Uniwersytecie do ponownych zajść między studentami polskimi a żydowskim. Żydzi w liczbie 200 osób wybili kamieniami okna Bratniej Pomocy oraz zdemolowali szafy korporacyj akademickich. Było to hasłem do ogólnej bójki między studentami, podczas której, poszły ruch kamienie i laski. W wyniku bójki rannych było 8 studentów, przyczem jeden ze studentów Polaków ma złamaną rękę. W rezultacie studentów żydów wypchnięto z dziedzińca uniwersyteckiego na ulicę, gdzie policja rozproszyła zgromadzonych bez użycia broni. W czasie zajść na ulicy została dotkliwie pobita przez jakichś osobników małżonka rektora Uniwersytetu Łukasiewiczowa. Na wieść o nowych wybrykach rektor wydał zarządzenie, zawieszające od 7 b. m. wykłady. Z powodu podobnych zamieszek zawieszono również wykłady w Wyższej Szkole Handlowej”.

„Grabarze” i bojkoty: wojna na łamach radykalnej prasy

Lata 30. XX wieku to czas, w którym nad Wisłą i Brynicą nasilają się nastroje antysemickie. Zagłębiowska prasa zasadniczo milczy o tego typu zajściach mających miejsce na własnym podwórku. Jeśli już to skupia się na relacjonowaniu akcji antyżydowskich, do których dochodziło w innych częściach Polski lub Europy. To tendencja, którą można zauważyć w tutejszej prasie jeszcze przed pierwszą wojną światową.

Specyficzny charakter miały za to dwie gazety, która ukazywały się w Zagłębiu w latach 30. XX wieku. Mowa tu o „Polskiej Karcie” i „Jednej Karcie”. Były to przesiąknięte antysemityzmem czasopisma narodowo – socjalistyczne. Redakcja i administracja „Polskiej Karty” znajdowała się w Sosnowcu przy ówczesnej ul. Piłsudskiego 20. Wydawcą i redaktorem naczelnym gazety był Józef Kojder. „Jedna Karta” legitymowała się redakcjami w Katowicach (ul. Krakowska 46) i Sosnowcu (ul. Dęblińska 1). Funkcję redaktora pełnił Aleksander Mieszalski. Nakłady obu gazet były niejednokrotnie konfiskowane przez organy państwowe, ale nie decydowano się na natychmiastowe zamknięcie redakcji. Leczono objawy, nie przyczyny.

W „Polskiej Karcie” znajdował się dział „Grabarze” gdzie z imienia i nazwiska atakowano osoby, które korzystały z usług kupców i rzemieślników żydowskich. Czy chciano ich tylko napiętnować, zastraszyć czy może liczono, że taki człowiek zostanie poddany ostracyzmowi przez lokalną społeczność? A może liczono na coś więcej? Na pewno przyglądano się ewentualnemu rozwojowi wypadków. I bacznie słuchano tych, którzy informowali ich o tym. A to oznacza, że gazeta miała swoich wiernych czytelników w Będzinie, Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej, Czeladzi, którzy dzielili się z reakcją swoją antysemicką frustracją. Oto fragmenty trzech opisów zamieszczonych w „Grabarzach” w roku 1936:

„Oto Dyr. Izby Przemysłowo - Handlowej w Sosnowcu, p. Dietrych omija chrześcijańskie składy obuwia a nawet żydowskie w Zagłębiu, za to w Katowicach, gdzie wyjeżdża autem, kupuje buty u żyda Schreucha przy ul. Marjackiej, płacąc za jedną parę królewską cenę 65 zł. Polacy, właściciele składów i wytwórcy obuwia podziwiajcie hojność sytej elity”.
„Inż. Paradowski. zawiadowca kopalni „Paryż " i „Koszelew " b. często odwiedza skład apteczny żyda Monety, gdzie dokonuje w raz z żoną zakupów. Jadąc powozem od żyda Monety nie widzi, że w Dąbrowie są chrześcijańskie składy apteczne i apteki Jackowskiego i Grochowskiego i in. Jak również p. P. nie pamięta popierając żydów, że dzięki je go złotówkom i groszom jemu podobnych Polaków żydzi bogacą się. Pominąwszy milczeniem nadwyraz smutną prawdę, że kto kupuje u żyda, skazuje nie tylko swojego rodaka, ale także swe dzieci na głód i bezrobocie (…)”.
„Staraniem straży na kopalni „Czeladź" urządzono zabawę. Członkowie komitetu zabawy pp. inż. Znoski, mech. Szymański zaangażowali muzykantów żydów. Widocznie panowie z komitetu nie znali adresów muzykantów Polaków albo, co jest więcej prawdopodobne, ich słuch tak już dużo posiada pierwiastków mentalności żydowskiego artyzmu, że uznali muzykę żydów za lepszą od polskiej (…)”.

W przywołanej powyżej „Jednej Karcie”, w wydaniu z roku 1933, trafimy na opis wiecu, w którym brali udział członkowie oraz zwolennicy (z Zagłębia i Górnego Śląska) antysemickiej Narodowo – Socjalistycznej Partii Robotniczej (NSPR). Wydarzenie to odbyło się w sierpniu na wzgórzu zamkowym w Będzinie. Miało w nim wziąć udział kilkaset osób. Na salę, gdzie zorganizowano wiec, wpuszczano tylko osoby, które okazały legitymacje członkowskie NSPR. Część zgromadzonych, z powodu braku miejsc, musiała pozostać na zewnątrz budynku. Po zakończeniu wydarzenia, jego członkowie mieli zostać zaatakowani najpierw przez Żydów, a następnie przez członków Polskiej Partii Socjalistycznej. Radykalizm spotkał się z radykalną reakcją. Zastanawiać może fakt, iż w artykule, nie wskazano precyzyjnie gdzie na wzgórzu znajdował się budynek, w którym odbył się wiec i kto był jego właścicielem. A oto fragment tekstu dotyczącego sierpniowych wydarzeń sprzed prawie stu lat:

„Przypomnieć musimy, że Będzin był dotychczas niezdobytą twierdzą żydostwa, które swą liczebnością dorównuje liczbie żydów w całej Holandji... W Będzinie wychodzi kilka pism żydowskich. Jednakże w twierdzy tej naszem zebraniem zrobiliśmy znaczny wyłom i oczywiście na tem nie poprzestaniemy. Wychodzących małemi grupami z zebrania narodowych socjalistów starali się prowokować żydowscy „jingełe", których ruchami kierował jakiś ukryty machabejski strateg. Że był to z góry przygotowany przez żydów manewr, by sprowokować narodowych socjalistów do jakichkolwiek wystąpień i potem krzyczeć o pogromach, nasi członkowie zauważyli od razu. Odparli napastników, dając im dobrą nauczkę i na tern poprzestali. (…) Natomiast bardzo smutnym i pożałowania godnym objawem upadku i zgnilizny moralnej wśród członków P.P.S. jest fakt, że niektórzy z nich dali się użyć za zbirów żydowskich i próbowali napadać z tyłu, podstępnie na poszczególnych członków zebrania. Fakt ten miał miejsce w kilku punktach Będzina. Koło elektrowni miejskiej w Będzinie, grupa złożona z trzydziestu kilku pachołków żydowskich „odważnie“ zaatakowała trzech naszych członków, gdy chcieli wsiąść do tramwaju. Również bojowcy z P. P. S. urządzili zasadzkę pod mostem kolejowym w Nowym Będzinie i stamtąd robili wypady na poszczególnych członków N.S.P.R., powracających z wiecu”.

Zwróćmy uwagę na jeszcze jedno wydawnictwo. Mowa tu o „Chrześcijańskim informatorze Zagłębia Dąbrowskiego”, który ukazał się w roku 1938, nakładem sosnowieckiego koła Związku Popierania Polskiego Stanu Posiadania. Zamieszczono tam spis „firm chrześcijańskich” oraz wykaz „lekarzy i adwokatów chrześcijan”. Związek Polski (to skrócona nazwa organizacji), powstał w latach 30. XX wieku. Swoją siedzibę miał w Poznaniu. W latach 1936 – 1937 utworzono jego koła w Sosnowcu, Wojkowicach Komornych, Będzinie, Grodźcu (ob. dzielnicy Będzina, wówczas samodzielnej gminie) i Dąbrowie Górniczej. Za swój główny cel Związek, co jasno deklarował we wspomnianym „Informatorze”, postawił sobie: „odżydzenie Polski na drodze ekonomicznej i zapewnienie pracy i chleba wszystkim Polakom”. Jako jeden ze sposobów prowadzenia swojej działalności wymienił: „Uświadamianie społeczeństwa o niebezpieczeństwie żydowskim i konieczności kupowania u chrześcijan”. A oto jak wyglądał pierwszy rok działalności sosnowieckiego koła tejże organizacji, który również opisano w „Informatorze”:

„(…) Urządzano odczyty publiczne: W grudniu 1936 r. Ks. Trzeciaka na temat: „Polityka światowa żydów“. W maju 1937 r. p. Jana Szczęsnego „Oblicze Ideowe Młodzieży Akademickiej“, p. Zbigniewa Danileckiego „Sprawa żydowska na Wyższych Uczelniach“ i p. mec. Jerzego Czarkowskiego „O polskość Adwokatury“. W październiku 1937 r. prezesa Związku Polskiego w Płocku p. Gustawa Nowaka pt. „Jak odżydzono Płock“ i „Jak zdobyć nowe źródła zarobku“.
Przeprowadzono specjalną akcję ulotkową przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy wydano w 70.000 egz., 7 stronicową broszurkę pt. „Poznaj żyda“, zawierającą całokształt kwestii żydowskiej; wydano 1500 afiszów propagandowych dla wsi, formatu 1m x 70cm. rozdano bezpłatnie 200 oprawnych książek żydoznawczych maturzystom Zagłębia i również bezpłatnie 30 kompletów po 3 książki do bibliotek i czytelń Zagłębia. Założono w Związku Polskim bibliotekę żydoznawczą. Co miesiąc wydawano członkom Związku Polskiego komunikaty żydoznawcze; wydano liczne odezwy i ogłaszano artykuły w prasie, kolportowano „Samoobronę Narodu “ i „Poradnik Domu Polskiego".
W grudniu 1937 r. wydano specjalne pocztówki żydoznawcze z tarczą obrotową na której można odczytywać % żydów w różnych gałęziach życia gospodarczego Polski. (…)”
druga część ukaże się za tydzień, czyli 4 września 2026 roku
ŚlązaQ #133. Dariusz Majchrzak. Rregionalista, historyk, nauczyciel, publicysta z Zagłębia Dąbrowskiego. 14 sierpnia 2026

Może Cię zainteresować:

Dariusz Majchrzak w ŚlązaQ: Zagłębiacy sami sobie są winni, że świat ich nie pamięta lub nie zna

Autor: Robert Lechowski

21/08/2026

Bedzin fot D Majchrzak a I

Może Cię zainteresować:

6 grzechów głównych Zagłębiaków wylicza Dariusz Majchrzak. "To nie jest forma znęcania się nad moją małą ojczyzną"

Autor: Dariusz Majchrzak

07/08/2026

ŚlązaQ #132. Stefania Lazar. Ślązaczka, mieszkanka, badaczka i promotorka Zagłębia Dąbrowskiego. 7 sierpnia 2026

Może Cię zainteresować:

Ślązaczka, która pokazuje światu Zagłębie Dąbrowskie. Stefania Lazar w ŚlązaQ

Autor: Robert Lechowski

14/08/2026

Reforma edukacji

Może Cię zainteresować:

Dariusz Majchrzak: Edukacja regionalna jest wciąż słabo zakorzeniona, zwłaszcza w Zagłębiu. Kilka pomysłów, jak to zmienić

Autor: Dariusz Majchrzak

05/10/2025

Grodziec Kolko Rolnicze

Może Cię zainteresować:

Dariusz Majchrzak: Tożsamość zagłębiowska. Jaka jest? Nieśląska i niemałopolska

Autor: Dariusz Majchrzak

06/07/2025

Tożsamość Zagłębia Dąbrowskiego. Dyskusja panelowa w Pałacu Kultury Zagłębia, Dąbrowa Górnicza, 13 grudnia 2024.

Może Cię zainteresować:

Tożsamość zagłębiowska w opozycji do śląskiej? A może na jej podobieństwo? Echa dyskusji w dąbrowskim Pałacu Kultury Zagłębia

Autor: Robert Lechowski

23/12/2024

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama