Kiedy Alojzy Lysko przemierza dziś krainę swojego dzieciństwa, widzi jednocześnie dwa światy: ten, który był – i ten, który przyszedł po nim. W jego opowieści krajobraz nie jest tłem, lecz żywą tkanką pamięci. Każdy zakręt, każda kępa brzóz, każdy rów z wodą niesie w sobie historię, którą on – jak sam mówi – „rozplata”, żeby ocalić ją od zapomnienia.
Budowa trasy S1 przecięła tę krainę jak nowy rozdział, który nie pytał o zgodę dawnych opowieści. A jednak Lysko, choć mówi o bólu i stracie, potrafi też odnaleźć w tej zmianie światło.
„Wybaczam drogę S1, bo kocham góry” – powtarza.
Człowiekowi ciężko przychodzi pogodzić w sercu sprzeczne uczucia. Alojzy Lysko to potrafi.
To ta kraina obudziła wrażliwość pisarza
Dla Lyski wszystko zaczyna się od przyrody. Od ciszy, od bagien, od piaszczystych łach pod Korzyńcem, gdzie – jak wyznała mu matka – został poczęty. To miejsce ma dla niego wymiar niemal sakralny. Mówi:
„To właśnie tam rodzice »wykreowali mnie« w ciszy i spokoju, podpatrując przyrodę, a nie czerpiąc wiedzę z ksiąg.”
Z tego doświadczenia wywodzi swoją „łaskę Bożą widzenia i przeżywania” – dar, który pozwala mu dostrzegać piękno tam, gdzie inni widzą tylko zwykły krajobraz. To nie metafora. To przecież fundament jego pisania, jego pamięci, jego sposobu bycia. Czy bez tego Lysko zostałby głosem tych poległych podczas drugiej wojny światowej Ślązaków i ich rodzin? Czy bez tego powołałby do życia Hankę, w której postaci zaklął śląskie losy tragicznego XX wieku?
Przez dziesięć lat, od siódmego do siedemnastego roku życia, codziennie gnał krowy na pastwiska. – Około 45 minut w jedną stronę – wspomina. Ta droga była jego szkołą patrzenia. Las sosnowy, który mijał, stał się dla niego światem osobnym. Każdej potężnej sośnie nadawał nazwisko. Spersonifikowane drzewa były dlań niczym realne osoby, cisi świadkowie jego dorastania.
Ale ten bór już nie istnieje. Został wycięty pod budowę S1.
Pod okiem świętego Jana
Dla Alojzego Lyski kapliczka św. Jana Nepomucena nie jest tylko elementem krajobrazu. To punkt, w którym splatają się jego wspomnienia, duchowość i poczucie zakorzenienia. Gdy o niej mówi, w jego głosie pojawia się miękkość, jakby wracał do miejsca, które zna lepiej niż własną kieszeń.
Święty Jan – patron Bojszów, patron miejscowego kościoła – był „od zawsze”. I w dzieciństwie Lyski, tak było, gdy pasał tam krowy, i tak jest dziś, choć świat wokół zmienił się nie do poznania. Kapliczka trwa, jakby pilnowała porządku, który istniał tu na długo przed drogami, maszynami i nowoczesnością.
Lysko wspomina, że kiedy miał samochód, potrafił podjeżdżać tam niemal codziennie. Nie z obowiązku, lecz z potrzeby. Mówi o tym miejscu jako o „pięknym, nastrojowym i symbolicznym”. O wieczorach, kiedy śpiew ptaków brzmiał jak chóry, a powietrze było tak gęste od ciszy, że człowiekowi nie chciało się wracać do domu. Kapliczka była dla niego jak oddech – krótki moment zatrzymania, w którym świat stawał się prostszy.
W jego opowieści kapliczka jest też świadkiem zmian. Pamięta ją z innego miejsca, sprzed lat, zanim budowa S1 przecięła okolicę. Gdy nowa droga zagroziła jej istnieniu, mieszkańcy postanowili ją ocalić. Przenieśli ją z troską, z szacunkiem, tak aby nie zniknęła z krajobrazu, który bez niej byłby uboższy. Lysko mówi o tym z wdzięcznością: o ludziach, którzy „nie pozwolili jej umrzeć” i o wspólnocie, która potrafiła ochronić coś, co nie przynosi zysku, ale niesie pamięć.
Dziś kapliczka stoi nieopodal ruchliwej trasy, a jednak wciąż jest punktem orientacyjnym. Dla Lyski pozostaje miejscem, do którego wraca się sercem. W jego oczach kapliczka św. Jana Nepomucena jest przykłądem czy wręcz znakiem tego, że nawet jeśli krajobraz się zmienia, istnieją miejsca, które trwają dzięki ludzkiej pamięci i trosce. Zaś w tej trwałości jest coś, co pozwala człowiekowi zachować równowagę.
Nowe życie łąk po kataklizmie
W miejscu, gdzie kiedyś były łąki – w tym i jego łąka, jak podkreśla – dziś są głębokie na kilka metrów stawy. Powódź z 1997 roku zmieniła krajobraz nieodwracalnie.
A jednak te stawy żyją. Są czyste jak tatrzańskie jezioro, pełne ogromnych karpi, które miejscowi łowią i – zgodnie z lokalnym kodeksem – wypuszczają z powrotem. „Honorowo i ekologicznie” – mówi Lysko. Wędkarze fotografują się ze złowionym okazem i zdjecie pozostaje jedynym ich trofeum. Samej rybie pozwalają wrócić do wody. Taka nowa tradycja, która wyrosła na miejscu dawnego świata.
Wokół stawów stoją domki letniskowe, a otwarta przy jednym z nich żwirownia pracuje pełną parą, płucząc urobek i zmieniając teren z roku na rok. Mimo tego ludzie wciąż tu przychodzą. „Nie umieją żyć bez przyrody” – zauważa Lysko.
Mitologia miejsca
W brzozowym lesie na bagnach znajdowały się trzy studzienki z krystaliczną wodą. Każda z nich miała swoją historię. Najbardziej znana to ta o Cyganach, którzy przyjechali, gdy woda w Korzyńcu została zanieczyszczona.
„Zaprowadziłem ich do studzienki. Woda była tak czysta, że byli zachwyceni.”
Studzienki, góreczka Baby Jagi, rów z wodą, który nigdy nie wysychał – to wszystko tworzy „miejscową mitologię”, którą Lysko nosi w sobie. Nie chce jej do końca wyjaśniać. Tajemnica jest dla niego wartością.
„Czasem lepiej jest nosić tajemnicę w głowie, niż znać jej wyjawioną, prozaiczną historię” – zauważa.
I tak właśnie jest z ową góreczką Baby Jagi. Tak dzieci Lyski nazwały niewielki kopiec w lesie, w pobliżu Przygonu. On sam przyznaje, że miejsce to fascynuje go od lat. Nie badał go. Nie chce. Woli, by pozostało zagadką. W jego opowieści góreczka stanowi osobliwy punkt styku świata realnego i świata wyobraźni – symbol tego, że ziemia kryje więcej, niż potrafimy nazwać.
S1 – rana i pojednanie
Droga ekspresowa S1 przecina dziś tereny, które były dla Lyski najintymniejsze: bagna, bór sosnowy, ścieżki, którymi chodził jako chłopiec. To miejsce jego poczęcia. Jego pierwszych zachwytów. Jego „łaski widzenia”.
Nic dziwnego, że mówi o bólu.
„Wycięli bór, w którym każda sosna miała nazwisko! – woła”
Jednak w tej samej opowieści pojawia się akceptacja. A nawet zachwyt.
„Droga jest pięknie zrobiona, z wiaduktu nad S1 widać nawet Babią Górę.”
Toteż i przychodzi pojednanie:
„Wybaczam drogę S1, bo kocham góry.”
Dzięki nowej trasie do Bielska-Białej może dojechać w pół godziny. Na kawę z synem. A stamtąd w drugie tyle do Zwardonia, na sam główny karpacki wododział. To dla niego ważne. Ta brama w góry miała swój koszt, ale teraz służy ludziom. Po to powstała.
Między pamięcią a nowoczesnością
Opowieść Lyski nie jest lamentem. Jest świadectwem człowieka z dawna zakorzenionego wswoim miejscu, który jednak rozumie, że krajobraz żyje, zmienia się, czasem znika, a kiedy indziej wraca w nowej formie. I uświadamia nam, że pamięć nie musi stać w sprzeczności z nowoczesnością, że można tęsknić, ale też jednocześnie – iść dalej.
S1 stała się dla niego symbolem tego napięcia: między światem, który odchodzi, a światem, który nadchodzi. Między bólem a wdzięcznością, utratą a możliwością.
W głosie Alojzego Lyski słychać żal, lecz i pogodę. Słychać człowieka, który widzi więcej – bo nauczył się patrzeć, zanim nauczył się czytać.
I pisać.
Kiedy więc Lysko jedzie
przez Bojszowy, Jedlinę czy Wolę, widzi nie tylko drogę. Widzi
przeszłość, która wciąż tam jest, ale i przyszłość – którą symbolizuje ten nowy, mknący w góry trakt.
Może Cię zainteresować:
Alojzy Lysko patronem Biblioteki Publicznej w Bojszowach. Poruszajacy apel śląskiego pisarza
Może Cię zainteresować:
