Narodowe Archiwum Cyfrowe
Dziecko (lata 30.)

Dzieciństwo wypełnione beztroską zabawą to młody wynalazek. Praca dzieci pomagała utrzymać robotniczą rodzinę

Dzieciństwo wypełnione beztroską zabawą to młody wynalazek. Praca dzieci pomagała utrzymać robotniczą rodzinę

autor artykułu

Dariusz Zalega

Dzieciństwo kojarzone jako okres zabawy, wakacji, to wcale nie tak dawny wynalazek. Podobnie było na Śląsku.

„Ojciec mój był górnikiem i pracował na kopalni 'Wanda-Lech'. Rodzina nasza liczyła 8 osób, na które pracował tylko ojciec i dlatego też żyliśmy w ciężkich warunkach materialnych” (Alfred Duda). „W domu było nas siedmioro dzieci i zajmowaliśmy z rodzicami pokój z kuchnią. (…) Nasza sytuacja była nas wyraz ciężka” (Vinzent Porombka). „Urodzony na Górnym Śląsku, synek Robotnika Fabrycznego, od 9. lat musiałem zarabiać na swe życie” (Wiktor Kania). „Twardo byłem wychowywany, bez czułych i ciepłych słów, bez matczynej opieki, zawsze podarty, już w szkole nikt nie chciał siedzieć ze mną w jednej ławie. (…) Siedzieliśmy dzieci na oknie i wyglądaliśmy ojca, chuchając na zamarznięte szyby. Wyglądaliśmy też starszej siostry, która od rana poszła po chleb, a gdy my już z głodu zaczynali płakać, to starszy brat zaczął opowiadać nam jakąś bajkę, którą wyczytał i tak nas karmił ciekawymi opowieściami, dopókiśmy nie zasypiali: tak wyglądały me najmłodsze lata. Poprawy nigdy nie było” (Paweł Kleczka). „Pracowałem u młynarki na Żebraczy od rana do zmroku pasąc krowy – za litr żuru. W domu panował głód i tak się kształtował mój tok myślenia” (Ludwik Zgraja). To cytaty ze wspomnień kilku Ślązaków o świecie dzieciństwa sprzed stu lat. Nie było lekko.

Młodzi, do roboty!

W ogóle pierwsze, nowatorskie prawa o ochronie pracy w Niemczech związane były z walką z zatrudnianiem dzieci. Niestety, pod tym względem Górny Śląsk przodował w całej Rzeszy. W 1888 roku w niemieckich fabrykach pracowało 23 tysiące dzieci. Statystyki zachorowań i inwalidztwa dostarczały jednak argumentów, aby dzieci zbyt wcześnie nie podejmowały pracy.

W 1891 roku wprowadzono zakaz pracy dzieci poniżej 13 lat w fabrykach. Ci starsi nie mogli pracować dłużej niż 6 godzin. Śląscy przemysłowcy jednak nie próżnowali. I wywalczyli w Berlinie o wiele gorsze przepisy dotyczące zatrudniania młodocianych w kopalniach: tak w kwestii przerw, czasu pracy, warunków zatrudnienia.

W 1892 roku aż dwie trzecie młodocianych górników na Śląsku pracowało od 10 do 12 godzin dziennie, a tylko jedna trzecia 8 godzin. Inspektorzy pracy kontrowali i piętnowali tę sytuację, ale bez większych efektów. Okazało się, że prawo w tym względzie łamano nawet w państwowej kopalni „Król”. Co więcej, młodzi pracowali tam także pod ziemią. Młodocianych zatrudniano np. przy pracach związanych z usuwaniem pyłu węglowego. Rzecznik Górnośląskiego Związku Przemysłowców Górniczo-Hutniczych w parlamencie pruskim ostro wystąpił przeciwko zakazowi zatrudniania młodocianych pod ziemią, a co więcej – „udowadniał” konieczność przyjmowania małolatów, bo praca miała mieć wpływ wychowawczy, a ponadto odciągała ich od agitacji socjaldemokratycznej.

W 1895 roku prezydent rejencji opolskiej informował, że odnotowano 12 tysięcy przypadków przekroczenia norm o zatrudnianiu młodocianych, ale tylko w 234 wypadku ukarano – choć symbolicznie – winnych fabrykantów.

Wyższy Urząd Górniczy we Wrocławiu, omawiając wzrost zatrudnienia robotników młodocianych w górnictwie śląskim w 1912 roku tłumaczył, że dyrekcje kopalń chciały wychować sobie „osiadłego i wyćwiczonego robotnika”. Amerykański historyk Lawrence Schofer zwrócił uwagę, że śląscy fabrykanci „zamiast licytować się wzrostem pensji, zatrudniali nie tylko łatwo pozyskanych zagranicznych pracowników, ale też kobiety i dzieci”. A nawet drobne sumy z wypłaty dzieci były potrzebne dla rodzinnego budżetu słabo opłacanych robotniczych rodzin. Przed pierwszą wojną światową na 117.585 górników na Górnym Śląsku było 5835 poniżej 16 lat. Dla porównania: na 363.879 górników podlegających pod urząd górniczy w Dortmundzie było tylko 1501 młodocianych. Magnaci śląskiego przemysłu wyróżniali się na tle Niemiec nie tylko pięknymi pałacami.

Świat przemocy

„Gdy ukończyłem szkołę powszechną w 1906 r., powołany przez ojca zostałem na kopalnię 'Polska' (ówczesna 'Deutschland') do inspektora tej kopalni Szmida celem rozpoczęcia pracy – wspominał Tomasz Dobiosz. - Tak oto było, że tam gdzie pracuje ojciec winien pracować i syn. Jako 14-letni chłopiec pracowałem na filarach przy ładowaniu węgla do wózków. Praca była i jest do dziś ciężka. Zarabiałem na 12 godzin dziennie i dłużej 1,25 Mrk. Lepiej było mi w szkole i z wielkim smutkiem odchodziłem ze szkoły, gdzie uczyłem się bardzo dobrze. Ale o dalszym szkoleniu mowy nie było. Miałem rodzicom pomóc i zostać uczciwym robotnikiem. Miałem i musiałem pomóc rodzicom, gdyż było nas 3 braci i 4 siostry. Miałem wtenczas 17 lat”.

Robotę zaczynano jednak wcześniej - od 14-15 roku życia, od razu po szkole. „Po ukończeniu szkoły podstawowej, jako najstarszy, z braku środków do jakiejkolwiek dalszej nauki, pracowałem w domu oraz w kopalni „Emma” jako ładowacz” (Otton Jarzyna). Vinzent Porombka wspominał: „Po ukończeniu szkoły nie znalazłem jednak żadnego miejsca, w którym mógłbym nauczyć się zawodu i z tego też powodu pracowałem przejściowo u przedsiębiorcy przewozowego jako robotnik transportowy”. Po ciężkim wypadku na budowie w Zabrzu (3-krotne pęknięcie miednicy) musiał spędzić w szpitalu 5 miesięcy, a wychodząc z niego – w wieku 15 lat – miał orzeczone 50% inwalidztwa. Rok później udało mu się znaleźć pracę jako maszynista kolejki w kopalni w Rokitnicy.

Ludwik Zgrai wspominał o innych problemach, gdy rozpoczynał pracę jako piętnastolatek: „W styczniu 1921 znalazłem robotę na kopalni. Ale byłem za młody na dół, więc robiłem jako pomocnik majstra na górze – myłem mu podłogi i buty czyścił. Mój majster był pupilem dyrekcji, ludzie się go boli. Kilka razy chcioł mnie uderzyć, ale się nie dałem. Majster jednak nie dopuszczoł mnie do normalnych prac, ino dalej czyścić warsztat i niczego się nie nauczyłem”.

To był świat wszechobecnej przemocy: w domu, w szkole, w pracy. Nietypowo odwołam się do książki Mariusza Mazura poświęconej... „żołnierzom wyklętym”, którzy wychowywali się w podobnych czasach: „tego typu doświadczenia z dzieciństwa, gdy kształtują się: organizm, charakter, emocje, motywacje i sposoby myślenia, musiały odcisnąć piętno na późniejszym dorosłym życiu. Rzutowały na różne sfery egzystencji, jak poczucie bezpieczeństwa, odczuwanie empatii czy podatność na choroby”. Trudna sytuacja materialna i zagęszczenie ludzi w robotniczych mieszkaniach nie sprzyjały utrzymywaniu relacji międzyludzkich podobnych jak w mieszczańskich rodzinach. Dodatkowym traumatycznym przeżyciem były okresy wojenne, gdy na barkach kobiet spoczywało wychowywanie dzieci w okresie permanentnego kryzysu.

Przytoczmy cytat z „Pokory” Szczepana Twardocha: „Tatulek nie rozpieszczał swych dzieci, ba! wydawało się, że ich nie zauważał. Ale po latach wyznał z bólem: jak miał je kochać po szychcie? Czy zwierzę pociągowe może kochać po tym, jak już uciągnie swoje brzemię?'

Prosta ścieżka życia

Na Śląsku przynajmniej był jednak rozwinięty system szkolnictwa podstawowego. Przykładowo w roku szkolnym 1922/1923 w województwie śląskim obowiązek szkolny wypełniało 96,1% dzieci w wieku szkolnym, a w całej Polsce tylko 68,9% uczniów, a ten wynik jest oczywiście dziedzictwem jeszcze czasów pruskich. Jednak i w szkole odczuwało się różnice społeczne. „Po 4 klasach szkoły ludowej, trafiłem do szkoły wydziałowej w Dziedzicach, a dzieci górników musiały tam chodzić 7 kilometrów piechotą, z nogami okręconymi szmatami. Po dzieci sztygarów i inżynierów przyjeżdżały powozy konne z kopalni, bo to już było lepsza kategorią ludzi. Często kończyło się to bójkami z tymi dziećmi bogatych i złymi stopniami w szkole dla nas” (Ludwik Zgraja). Poziom tego szkolnictwa jednak nie był najwyższy, gdyż w czasie pierwszej wojny nauczyciele trafili na front, a już na polskim Śląsku brakowało lokalnych kadr. Napływowym nauczycielom, z poczuciem misji polonizowania, trudno było utrzymać dobry kontakt z dziećmi. Sytuację pogorszyło wprowadzenie celibatu dla nauczycielek, których dziesiątki odeszły z tego powodu z pracy. Ścieżki awansu dla większości młodych Ślązaków z robotniczych rodzin były zamknięte. We wspomnieniach zazwyczaj się pisze, że „kiedyś było lepiej”. Ale to kiedyś nie było akurat wtedy.

Rewolucja w tym względzie zaczęła się tak na zachodzie, jak i wschodzie dopiero po drugiej wojnie światowej. Stopniowo i na miarę możliwości. Wtedy tak naprawdę ukształtował się model dzieciństwa, jaki znamy. I to jest prawdziwy postęp. Niech żyją wakacje!