Podróż w czasie i do miejsc, w których przez wieki osiedlali się, żyli, gospodarzyli i współtworzyli Polskę niemieccy imigranci. Fragment książki Macieja Falkowskiego "Nasi Niemcy"

„Poniemieckie” to słowo, które odruchowo przywodzi na myśl Polskę zachodnią albo Warmię i Mazury. Mało kto zdaje sobie sprawę, że niejedną wieś zamieszkaną dawniej przez Niemców można znaleźć na Mazowszu, Lubelszczyźnie czy w Małopolsce.

W granicach II Rzeczpospolitej żyło około miliona polskich obywateli narodowości niemieckiej. Kilkusetletnią obecność większości z nich zakończyła II wojna światowa i powojenna polityka polskiego państwa. Dziś o tej historii świadczą głównie zapomniane cmentarze ewangelickie, a także budynki i gospodarstwa, kanały, rzędy wierzb czy terpy. Maciej Falkowski, autor książki "Nasi Niemcy" szuka takich właśnie śladów. Publikujemy fragment reportażu, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Czarne.

Nasi Niemcy Kolaz

Przedmowa książki "Nasi Niemcy"

Jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południowy zachód od Hanoweru, w Dolnej Saksonii, leży miasteczko Hameln. Spopularyzowana przez braci Grimm legenda głosi, że w XIII wieku rozegrały się tam dramatyczne wydarzenia. Miasteczko nawiedziła niespotykana nigdy wcześniej plaga szczurów, z którą mieszkańcy nijak nie potrafili sobie poradzić. Znalazł się jednak pomysłowy śmiałek, który za pomocą fletu i hipnotyzującej muzyki wyprowadził gryzonie z miasta. Utonęły w przepływającej tuż obok Wezerze. Umowa przewidywała, że mieszczanie zapłacą za jego trud, ci jednak nie wywiązali się z obietnicy. W akcie zemsty szczurołap, używając tego samego triku, wywiódł z miasta kilkaset dzieci, po których ślad zaginął. Bajka straszna, jak na braci Grimm przystało.

Wielokrotnie próbowano wyjaśnić źródła tej legendy. Niektóre interpretacje wiązały ją z epidemią dżumy pustoszącą średniowieczną Europę. Inne wskazywały na krucjatę dziecięcą z 1212 roku, opartą na mistyczno-zbrodniczej idei, zgodnie z którą to niewinne dzieci miały wyzwolić Ziemię Świętą z rąk muzułmanów. Jeszcze inne teorie mówiły o ofiarach pedofilii albo ekstremalnej biedzie, która zmusiła rodziców do wysłania własnego potomstwa z miasta w nadziei na jego ocalenie. Istnieje jednak jeszcze jedna hipotetyczna wersja wydarzeń. Według niej dramatyczne sceny, jakie rozegrały się przed wiekami w saksońskim mieście, są alegorią zapoczątkowanego wtedy historycznego procesu, który trwał od niemal nieprzerwanie przez kolejnych siedemset lat.

Tym procesem było Ostsiedlung – niemieckie osadnictwo na wschodzie. Jeśli legenda rzeczywiście opowiada o niemieckich emigrantach, brakuje jej zakończenia.

Kilkaset lat później wielu potomków tych, którzy zdecydowali się na wyjazd, poturbowanych i moralnie skacowanych, musiało udać się w drogę powrotną, na zawsze porzucając wszystko to, czego dorobili się ich przodkowie. „Poniemiecki” to słowo, które automatycznie przywodzi nam na myśl zachodnią Polskę – Szczecin, Wrocław, Zieloną Górę – albo wchodzące w skład dawnych Prus Wschodnich Warmię i Mazury.

Z Niemcami kojarzy nam się też Śląsk Opolskinajwiększe skupisko dzisiejszej mniejszości niemieckiej. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że niejedną wieś zamieszkałą jeszcze nie tak dawno przez Niemców można znaleźć również pod Łodzią i Warszawą, w Wielkopolsce i Małopolsce, na Mazowszu, Podkarpaciu, Lubelszczyźnie, a nawet Podlasiu i Suwalszczyźnie.

Wszędzie tam, na ziemiach rdzennie polskich, w dziesiątkach, a nawet setkach miejscowości, do lat czterdziestych XX wieku żyli Niemcy. Czuli się Niemcami, mówili po niemiecku lub w plattdeutsch, dialekcie dolnoniemieckim, chodzili do niemieckich szkół i ewangelickich zborów. W granicach II Rzeczpospolitej żyło około miliona polskich obywateli narodowości niemieckiej.

Kilkusetletnią obecność większości z nich na tych terenach zakończyła II wojna światowa, wywołana przez ich zaślepionych narodowosocjalistyczną ideologią rodaków z Rzeszy, którzy obiecali tym ludziom raj pod rządami Führera, uwikłali ich we współpracę z nazizmem, a często i jego zbrodnie, co doprowadziło do unicestwienia ich świata, pozbawiło ojczyzny i dorobku wielu pokoleń i zmusiło do ucieczki.

Choć to III Rzesza pogrzebała świat polskich Niemców, nasi przodkowie i nasze, rządzone wtedy przez komunistów, państwo również miało w tym swój udział. Na Niemców, niezależnie od tego, jak zachowywali się podczas wojny, spadły po 1945 roku masowe represje, zarówno oddolne, jak i ze strony władz. Polscy biskupi mieli rację, kiedy w liście do biskupów niemieckich z 1965 roku, ku oburzeniu władz i pamiętającego ogrom niemieckich zbrodni społeczeństwa, „przebaczali i pro sili o wybaczenie”.

Ci z naszych Niemców, którzy mimo wszystko zdecydowali się w Polsce zostać, woleli milczeć. Nie przekazywać ani wspomnień, ani języka, ani wiary, ani tym bardziej tożsamości. Nie chcieli. Bali się. Zbyt wiele przeszli. Podobnie jak ich ściągnięci do Polski przed wiekami przodkowie, oni również stali się zakładnikami Zeitgeistu – ducha czasów, w których żyli, zmieniającego się zawsze w zależności od pomysłów i interesów władców, polityków, ideologów i innych możnych tego świata.

Maciej Falkowski, "Nasi Niemcy", Wyd. Czarne, 2026
Maciej Falkowski, "Nasi Niemcy", Wyd. Czarne, 2026

Dziś o dawnej obecności kolonistów niemieckich świadczą głównie zapomniane, zarośnięte i zdewastowane cmentarze ewangelickie. W całej Polsce są ich setki. Najczęściej wystarczy rozejrzeć się po najbliższej okolicy, aby taki cmentarz odnaleźć. Pozostały też coraz trudniejsze do zidentyfikowania domy i gospodarstwa, które w 1945 roku przeszły na własność kogoś innego, a w dolinie Wisły i innych rzek: kanały, rzędy rosochatych wierzb i terpy – charakterystyczne sztuczne wzniesienia, które usypywano, aby ochronić dom przed powodzią.

Tereny zalewowe, bagna i piaski odbierali przyrodzie pracowici i dobrze zorganizowani Olędrzy – wolni osadnicy, którzy począwszy od XVI wieku najpierw przybywali z Niderlandów, a później głównie z krajów niemieckich. To im zawdzięczamy zagospodarowanie tych terenów. Byli tylko jedną z napływających do Polski na przestrzeni dziejów fal osadnictwa niemieckiego.

Ich inicjatorami nie byli sami emigranci, tylko ci, którzy owych Niemców na swoje ziemie zapraszali – władcy poszczególnych państw i właściciele ziemscy. Potrzebowali tych ludzi, aby zapewnić rozwój gospodarczy. Przybysze z krajów niemieckich osiedlali się nie tylko w Polsce.

Nieprzerwane, zapoczątkowane w IX, a na dobre w XIII wieku, i trwające przez co naj mniej siedemset lat migracje niemieckie na wschód określa się czasami mianem Drang nach Osten – naporu na wschód. Jedni widzieli w tym pojęciu nierozumną, atawistyczną siłę, pchającą Niemców akurat w tym kierunku świata, inni – misterny i konsekwentnie realizowany polityczny plan, którego celem było zasiedlenie, a później podbój tej części Europy.

W przededniu II wojny światowej w krajach leżących na wschód od Niemiec żyło kilka milionów Niemców, nie licząc tych, którzy mieszkali na terenach wchodzących obecnie w skład Polski i Rosji (obwód królewiecki). Niemcy żyli w czeskich Sudetach, na Słowacji, w rumuńskich Siedmiogrodzie i Banacie, w państwach bałtyckich, na Wołyniu, Krymie i stepach 10 czarnomorskich, a nawet nad Wołgą, na Kaukazie i Ałtaju.

Wszystkich ich zmiotła II wojna światowa. Nie wszyscy Niemcy, którzy osiedlali się przez wieki na ziemiach polskich, zachowali swoją niemiecką tożsamość. Wielu, zwłaszcza ci, którzy byli katolikami, z upływem czasu stało się Polakami. Oni przetrwali wojnę, choć zdarzało się, że przymuszani do podpisywania niemieckiej listy narodowościowej, tak zwanej volkslisty, musieli wybierać między polskością a niemieckością.

Dla większości z nich odległe niemieckie pochodzenie czy niemiecko brzmiące nazwiska nie mają znaczenia, choć zdarza się, że pod wpływem działaczy, naukowców bądź aktywistów zaczynają na nowo odkrywać swoje korzenie i pielęgnować pamięć o przodkach lub własną odrębność. Przykładem takiej grupy są poznańscy Bambrzy – potomkowie osiemnastowiecznych przybyszów z Frankonii, którzy spolonizowali się w czasie naj większej germanizacji w zaborze pruskim i wytrwali w swojej polskości i których zwyczaje, takie jak strój bamberski, stały się nieodłącznym elementem poznańskiej kultury.

Do własnych korzeni, w tym specyficznego języka, wracają też mieszkańcy miasteczka Wilamowice pod Bielskiem-Białą. Choć nigdy nie uważali się za Niemców, ich przodkowie kilkaset lat temu przybyli na pogranicze Śląska i Małopolski z germańskiego kręgu kulturowego, a ich odrębna wilamowska tożsamość, na przekór wszystkiemu, przetrwała przez setki lat.

Ta książka opowiada zarówno o tych pierwszych, jak i o drugich. Jest zapisem podróży w czasie i do miejsc, w których przez wieki osiedlali się, żyli, gospodarzyli i współtworzyli Polskę niemieccy imigranci. „Jaką nicią 11 chce pan związać te historie?” – zapytał jeden z moich rozmówców, gdy przedstawiłem mu koncepcję swojego reportażu.

Nici są dwie: imigracja do Polski i germańskie pochodzenie przybyszów. W książce opowiadam o meandrach tożsamości migrantów z zachodu, ich zawiłych i nierzadko dramatycznych losach, o tym, co po nich pozostało, oraz o ludziach, którzy pamięć o nich próbują ocalić od zapomnienia, aby wyrazić szacunek za ich wkład w rozwój naszego kraju.

Na łamach książki zabieram czytelniczki i czytelników na Żuławy, Pomorze i do Wielkopolski, na Mazowsze, Sądecczyznę, Podkarpacie, Śląsk, Lubelszczyznę i w okolice Łodzi. Będziemy szukać domów z żelaza w Puszczy Pyzdrskiej, pozostałości po osadnikach olęderskich wzdłuż Wisły, resztek pamięci o kolonistach józefińskich w Galicji, Głuchoniemców na Podkarpaciu i Bambrów w Poznaniu. Zapuścimy się również, przynajmniej intelektualnie, nad Wołgę, do Saksonii, Siedmiogrodu, Kanady, Paragwaju, łotewskiej Łatgalii i innych bliskich lub bardzo odległych miejsc, gdzie będziemy szukać siedmiogrodzkich Sasów, braci morawskich, mennonitów i spolonizowanych bałtyckich Niemców.

Jednocześnie jest to książka o doświadczeniu migracji. O wyborach, przed jakimi stają migranci, o asymilacji bądź izolacji i upartym trwaniu przy swoim. O skażonej złem ludzkiej naturze oraz nikczemnych politykach i ideologiach, które albo każą w migrantach widzieć obcych, albo w imię własnych interesów i wyobrażeń próbują ich na siłę w owej obcości utwierdzać.

Książka składa się z siedmiu rozdziałów. Pierwsze sześć to portrety wybranych, różniących się od siebie miejsc/regionów/społeczności, których historia związana jest z niemieckim lub – szerzej – germańskim osadnictwem. Ostatni rozdział ma wymiar osobisty, bo tak się składa, że dzieje niemieckich kolonistów to również część dramatycznej historii mojej własnej rodziny. Historii skrzętnie skrywanej, którą dopiero niedawno odkryłem i zrekonstruowałem.

Podczas pracy nad tą publikacją spotkałem wielu życzliwych ludzi, którzy bardzo mi pomogli w moich wysiłkach, czy to poprzez podzielenie się swoją wiedzą i refleksjami, nakierowanie na właściwe tory, czy też wskazanie odpowiedniej literatury. Chciałbym im za to bardzo podziękować. Spotkania i rozmowy z wieloma z tych osób znalazły odzwierciedlenie w tekście.

Henryk Brodaty ślub

Może Cię zainteresować:

Dlaczego „zamki piastowskie” są tylko na Śląsku? Historia, którą każdy opowiada inaczej

Autor: Roman Balczarek

07/02/2026

Muzeum gornoslaskie ratingen 10

Może Cię zainteresować:

Dlaczego potrzebujemy pomostu między Śląskiem a Niemcami. Pisze: Roman Balczarek

Autor: Roman Balczarek

27/12/2025

Samochód na rynku w Katowicach, lata 30. XX wieku

Może Cię zainteresować:

Śląsk nie musi leczyć kompleksów. Komentarze pod jednym postem to dowód, jak silna jest śląska tożsamość

Autor: Tomasz Borówka

18/02/2026

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama