Nie spodziewałem się zbyt wiele po premierze nowej sztuki sosnowieckiego teatru. Zwłaszcza po obejrzeniu „Kto puka?” – widowiska tak żenującego, że przez kolejne 2,5 roku nie miałem zupełnie ochoty iść ponownie na przedstawienie najbliższego memu sercu teatru. Prawdę mówiąc – udałem się tam głównie dlatego, że wysłała mnie Naczelna na próbę dla mediów. Ta zaciekawiła mnie na tyle, że wybrałem się także na premierę. I byłem mocno zaskoczony. Pozytywnie!
Zdobywcy Dzikiego Wschodu
Początek lat 70. XX wieku. Ekipa
Edwarda Gierka ma plan zbudowania potęgi przemysłowej Polski
Ludowej. Marzyciele – oderwani od podstaw ekonomii – jeszcze nie
wiedzą, że za kilka lat wszystko to skończy się gigantyczną
katastrofą. Są entuzjazm i rozmach, jakiego wcześniej ten kraj nie
widział.
Kierowca wysadza Gierka (w tej roli Przemysław
Kania) pod Pałacem Kultury Zagłębia. Pierwszy jest jakby
zagubiony. Lecz gdy tylko wkracza na mównicę, zyskuje pewność
siebie i pokazuje ogromną charyzmę. To lider, który puszcza ludowi
oczko – stawia na wieczną przyjaźń ze Związkiem Radzieckim i
czołobitnie dziękuje za wszystko towarzyszom bratniego narodu
radzieckiego, ale tak naprawdę woli Coca-Colę od kompotu i maszyny
z USA zamiast z ZSRR. To showman – niby w stylu amerykańskim, ale
jednak z Dzikiego Wschodu zamiast Dzikiego Zachodu.
A
wyzwanie jest nie byle jakie. To budowa największego kombinatu
metalurgicznego w Polsce i jednego z największych w świecie. Niemal
w szczerym polu pod Dąbrową Górniczą, między Łośniem,
Ząbkowicami a Strzemieszycami. Gdzie potrzebne są tysiące ludzi do
budowy, setki do ich obsługi i mieszkania dla nich wszystkich. A
tego najbardziej brakuje. Sztandarowa inwestycja PRL ściąga do
Zagłębia tłumy ludzi z całej Polski. Jednak zwabieni nazwą
»Katowice«, która kojarzy się z bogactwem, wygodnym życiem i
dobrą zabawą, trafiają prosto… w zagłębiowskie
błota.
Bogactwo znajdują, niczym pierwsi kowboje w
gorączce złota. Jednak zamiast luksusów i dobrej zabawy, mają
cienką jak woda zupkę, mieszkanie na kupie u ludzi, którzy
zwietrzyli okazję, by zarobić, kombinowanie na czym się tylko da i
mordobicie. Bo jak się okazuje, łatwy zarobek i niedostatek ludzi
ściąga do Zagłębia też takich, którzy mają na koncie wyroki.

Kto kombinuje ten nie żałuje. A może?
Zagłębiacy kombinowali od zawsze,
bo życie w Imperium Rosyjskim ich tego nauczyło, zaś tradycja
przekazywana była na następne pokolenia. Czasy, kiedy najbardziej
prestiżowa inwestycja nowej ekipy rządowej ma priorytet niemal nad
wszystkimi innymi budowami, to niebywała okazja na robienie dobrych
interesów.
Mamy więc niejaką „Carycę”, która na kilka
lat staje się imperatorką hotelową w mikroskali. Ma dobry dom,
zapewne lepszy niż sąsiedzi, chodzi elegancko ubrana, jak na
PRL-owską wieś pod miastem i trzyma rękę na wszystkim, co dzieje się wokół
jej interesu. Potrafi go ubić zarówno z brygadzistą, jak i z
dyrektorem huty. Nie traci głowy nawet w obliczu tragedii.
Mamy brygadzistę, który nie pogardzi lewym dochodem, choć zapewne w pochodzie pierwszomajowym dumnie kroczy pod socjalistycznymi hasłami. Dziś zapewne jest sprytnym biznesmenem.
Mamy sekretarkę dyrektora kombinatu, która co rusz, z fałszywym uśmiechem na twarzy, nadskakuje ważnym ludziom, za co dostaje nawet wczasy w Bułgarii.
Mamy kierowniczkę kuchni – pyskatą, bez
szczególnego szacunku nawet dla przełożonych i z nieodłącznym
papierosem, jak zresztą niemal wszyscy wówczas. Jest też jej
pracownica, zazdrosna o powodzenie Baśki u chłopów i marząca
o odrobinie szczęścia – choćby o towarach, które nie są
drugiej jakości. Jakże typowe to marzenia dla tamtych czasów!
Mamy
przyjezdnych z całej Polski. Widzą tu nie tylko szansę na
dorobienie się, ale i nowe znajomości oraz dobrą zabawę. Wśród
nich są dwaj kowboje. „Hiena” przyjechał przede wszystkim
po to, by się dorobić, wrócić do siebie i zbudować pałac,
którego będą zazdrościć mu wszyscy, a najbardziej dziewczyna,
która rzuciła go dla innego. „Docent” ma zupełnie inne plany.
Pilnie się uczy, dojeżdżając do szkoły w Zabrzu, i wszystko
wskazuje na to, że zamiast wracać w rodzinne strony, zostanie w
Dąbrowie Górniczej. Kowboje są więc ważni nie tylko jako
element tytułowej gorączki. Pokazują dwa różne sposoby patrzenia
na Zagłębie: jeden przyjeżdża tu wyłącznie po pieniądze, drugi
stopniowo zaczyna traktować to miejsce jak swoje.
Jest
inżynier Marcin z Krakowa – idealista, który nie bacząc na
wszechobecne błoto i kurz, z poświęceniem nadzoruje budowę
kolejnego kombinatu (zapewne po zdobyciu doświadczenia w Nowej Hucie
za poprzedniej jeszcze ekipy, którą nowa zdecydowanie zamierza
przebić). Nie chciał przyjeżdżać pod Dąbrowę czyli donikąd, ale z czasem zaczyna się tu czuć jak swój, w czym
pomaga mu uczucie do dziewczyny ze Strzemieszyc (Baśki).
Jest dyrektor Huty »Katowice«, będący zapewne syntezą obu
pierwszych dyrektorów – Kazimierza Budzyńskiego i Zbigniewa
Szałajdy. Na początku złości się na marnotrawstwo i lewe
interesy, potem rozumie ich nieuchronność, a na końcu sam
przyłącza się do procederu.
Jest wreszcie dyrektor do spraw kadr Rączka – człowiek, który bezceremonialnie przystawia się do miejscowej dziewczyny i wykorzystuje swoją pozycję, by załatwić jej pracę, oczekując jednak za to zapłaty.
Romans, kryminał i western bez happy endu
Budowa budzi liczne konflikty, w tym
międzypokoleniowe. Baśka bardzo chce pracować w hucie, widząc w
tym szansę dla młodych, w tym polepszenie swojego życia. Inne
zdanie ma jej babka, która wini nowoczesność za to, że odebrała
życie jej córki. Broni las przed wycinką, grożąc rębaczom granatem zachowanym
jeszcze od wojny. Budowniczy – przez postać młodego inżyniera
Marcina z Krakowa – obiecują jej zmiany w planach, przekonując
staruszkę, by odpuściła. Jednak okazuje się to wszystko cynicznym
kłamstwem. Scena jest jedną z najbardziej poruszających dla
widzów, lecz zupełnie nie dla budowniczych, którzy nie oglądają
się na miejscowych i ich dramaty, robiąc dalej swoje. Konflikt to
nie tylko spór o drzewa. To starcie świata, który odchodzi, ze
światem, który właśnie powstaje. Przejmująco zagrana postać
starej kobiety symbolizuje ludzi, którym pozostaje patrzeć, jak
wraz z lasem i ich dotychczasowym życiem znika coś, czego nie da
się już odzyskać.
Równie porażająca jest scena,
kiedy zaproszony na budowę kombinatu wielki
artysta pyta w swej pieśni, po co to wszystko, wyśpiewując
dramatycznie, iż nie jest to warte drzew, które
poświęcono. I ponownie ludzie, włącznie z oficjelami, nie reagują
na to, co się właśnie wydarzyło. Jakby wielki Niemen właśnie nie
zanegował tego wszystkiego, co robią.
W sztuce pojawia się wątek
miłosny. Baśka dostaje pracę dzięki temu, że wpada w oko
dyrektorowi do spraw kadr, który bezceremonialnie się do niej
przystawia, mimo że ta spotyka się z młodym inżynierem z Krakowa.
Jednak taki trójkąt musi oznaczać problemy i rzeczywiście kończy się
nieszczęściem.
Ważną, choć poboczną rolę ma również
dziennikarka »Trybuny Ludu«. Wie, że jest narzędziem propagandy,
ale musi wykonywać swoją pracę, bo ma dziecko na utrzymaniu.
Jednocześnie coraz mocniej dobija się do niej sumienie. Chce
napisać prawdziwy, mocny tekst, a nie kolejną porcję propagandowej
sieczki. W końcu nadarza się okazja. Czy ją wykorzysta?

Twórcy z Poznania i obsada z całej Polski (zupełnie jak budowniczy i załoga huty)
Ekipa Teatru Zagłębia naprawdę nieźle odnalazła się w swoich rolach, zarówno pierwszoplanowych, jak i epizodycznych. Najważniejsze postacie – Baśka, Filip,„Caryca”, brygadzista i dwaj „kowboje” – tworzą bardzo przekonujący obraz ludzi, którzy z różnych powodów znaleźli się w jednym miejscu i mimo początkowych tarć – musieli się z sobą ułożyć.
Na szczególne odnotowanie zasługuje zabieg powierzenia ról pierwszoplanowych aktorom występującym gościnnie. Młodzi artyści nie odstają od stałego zespołu, a niekiedy nawet błyszczą.
Filip Jasik świetnie przekazuje paletę emocji, od początkowej niechęci do powierzonego zadania, poprzez nadzieje i optymizm, które niosą kolejne wydarzenia w jego życiu aż po rezygnację, której nie chce ale która nieuchronnie nadchodzi. Bardzo przekonująca momentami gra, świetny prognostyk dla młodego aktora.
Inga Chmurzyńska poradziła sobie z postacią młodej dziewczyny z Zagłębia, które niby jest miastem, ale trochę wsią. Która w ciągu około czterech lat, obejmujących czas akcji, bardzo szybko wchodzi w dorosłość. A ta okazuje się znacznie mniej przyjemna, niż początkowe marzenia.
Samuel Drobisz nieźle odegrał oportunistę pozbawionego zasad, któremu woda sodowa (a może bardziej woda z saturatora) uderza do głowy mimo trudności, jakie powodują postawione i przed nim zadania. To człowiek może i nie tak zły od początku, ale taki, który zły się staje, bo tak jest łatwiej.
Pozostałe role obsadzili etatowi pracownicy Teatru Zagłębia, choć ponownie trzeba podkreślić, że bardzo dobrze dobrano ich do ról.
Ryszarda Bielicka-Celińska, choć z Wybrzeża, zagrała postać jak wprost wyjętą z gdzieś z peryferiów Zagłębia Dąbrowskiego tamtych lat. Tomasz Muszyński jako brygadzista przekonująco pokazuje człowieka stojącego jedną nogą w socjalistycznej rzeczywistości, a drugą w świecie prywatnych interesów. Agnieszka Bałaga-Okońska odegrała sekretarkę z tamtych lat modelowo – niezbyt kompetentną, raczej wredną dla ludzi, ale przesłodką dla tych, od których coś zależy. A zależy przede wszystkim od dyrektora, w roli którego wystąpił Grzegorz Kwas. Człowieka stojącego okrakiem między postawionym przed nim potężnym wyzwaniem, a prozą życia, pełnego kombinacji, dziadostwa i konieczności rezygnacji z oczywistych racji.
Świetna, przejmująca rola Marii Bieńkowskiej jako babki. Beata Deutschman tak przekonująca w roli wrednej i krnąbrnej kierowniczki kuchni, jakby sama kiedyś w takiej kuchni pracowała. Małgorzata Saniak-Grabowska dotrzymuje kroku przełożonej. Mirosława Żak jako dziennikarka »Trybuny Ludu« nasunęła mi skojarzenie z rolą Krystyny Jandy w „Człowieku z marmuru”, choć aktorka od nas przekonała mnie bardziej. Dobre role obu „kowbojów” – naprawdę można uwierzyć, że „Hiena” (Michał Bałaga) zbuduje swój pałac w rodzinnych stronach, a jego niedoszłą narzeczoną poskręca z żalu. Czy „Docent” (Aleksander Blitek) zostanie prawdziwym docentem? To zależy, czy wyjdzie z traumy, która nie wyglądała na udawaną.
Najbardziej brawurowy zabieg w przedstawieniu to powierzenie roli Czesława Niemena… kobiecie! Z tego zadania zwycięsko wyszła Agnieszka Bieńkowska.
Wszystkie role
drugoplanowe nie są tylko dodatkami do głównej historii. Każda z
tych postaci pokazuje inny kawałek rzeczywistości tamtych
czasów i ma niekwestionowany sens.
Jeżeli czegoś można żałować, to tego, że
miejscowi bohaterowie nie mówią gwarą zagłębiowską, a
przyjezdni nie mówią swoimi gwarami. Nawet niewielka stylizacja
byłaby mocnym elementem budującym autentyczność. Tego mi
najbardziej brakowało.

Scenografia nie jest przesadnie bogata. Stałe są
właściwie biurko dyrekcji huty oraz dom „Carycy”, reszta jest
mobilna: mównica, drzewa, napis Huta Katowice, wnętrze
kuchni, tablica ogłoszeń, stoliki w słynnym klubie »Tip-Top»,
Polski Fiat 126p czy symboliczne okno wielkiego pieca. A jednak
wszystko to bardzo dobrze uzupełnia ponad dwugodzinne
przedstawienie, w którym nie przewidziano przerwy na zmianę
dekoracji. Aktorzy sami wyręczają tutaj personel techniczny,
sprawnie przenosząc i przestawiając elementy scenografii. Dzięki
temu kolejne miejsca pojawiają się na scenie bez zatrzymywania
akcji, która zyskuje przez to na dynamice.
Równie
pomysłowe są kostiumy. Do tego Teatr Zagłębia zdążył już
zresztą przyzwyczaić widzów. Te są zazwyczaj świetne (nawet w
przypadku wspomnianego na początku spektaklu „Kto puka?”, w
którym dobre były chyba tylko kostiumy).
Puryści
teatralni mogliby narzekać na video, czyli kamerzystę chodzącego
między aktorami, dzięki czemu widzowie mogą w czasie rzeczywistym
oglądać zbliżenia na ekranie umieszczonym nad sceną. Ja, choć
lubię teatr w klasycznym rozumieniu tego słowa i do tego typu zabiegów jestem sceptyczny, tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń. Środek został
zastosowany twórczo. I tak na przykład – kiedy Gierek przyjeżdża
pod pałac, oglądamy jego drogę schodami i korytarzami w nagraniu,
by chwilę później już żywy Towarzysz Edward wszedł na salę
teatralną. W innych momentach zbliżenia wzmacniają przekaz i
pozwalają dostrzec w grze aktorskiej to, czego normalnie nie dałoby
się zobaczyć z widowni. Jedna scena jest odtworzona zamiast być
odegrana na żywo – naciski partyjnych decydentów na
zarządzających hutą. Czy to przeszkadza? Ani trochę.
Dużym
zaskoczeniem i jednocześnie walorem jest jednak muzyka wykonywana na
żywo przez Miejską Orkiestrę Dętą w Dąbrowie Górniczej. Pasuje
do przedstawienia znakomicie i jest jednym z jego mocnych elementów.
To rzadkie rozwiązanie w teatrze, a tutaj działa ono wyjątkowo
dobrze. Ukłony dla twórczyni muzyki – udało się połączyć
brzmienie orkiestry z przedstawieniem w sposób, który nie sprawia
wrażenia doklejonego dodatku, lecz jest komplementarną częścią
opowieści.
A czego jeszcze brakowało? Według mnie
kontekstu roku 1976, w którym pierwszy raz polała się surówka z
wielkiego pieca. Ale to także rok, w którym ekipa Gierka brutalnie
obeszła się z protestującymi w Radomiu robotnikami zaledwie 5
miesięcy wcześniej. Pośpiech w uruchomieniu huty miał przecież
tamte dramatyczne wydarzenia przykryć. Kreowany (doskonale) przez Przemysława
Kanię Gierek-showman idealnie kontrastowałby z niewygodnym dla
niego wspomnieniem. A przecież przykrywanie niewygodnych tematów
propagandowymi sukcesami to uniwersalna metoda władzy, stosowana do
dziś.
To jednak niewielkie niedosyty pozostawione przez przedstawienie, które ostatecznie bardzo dobrze poradziło sobie z zadaniem, jakie postawili przed sobą jego twórcy. „Gorączka żelaza” nie jest rekonstrukcją historyczną ani wykładem o kombinacie. Jest opowieścią o Zagłębiu Dąbrowskim w momencie gwałtownej przemiany i o ludziach, którzy tę przemianę tworzyli. I o tym, jak tworzyła się zupełnie nowa społeczność w starciu przyjezdnych z miejscowymi. To opowieść, która nie bała się mówić prawdy, nawet tej niewygodnej. To opowieść, która twórcom się po prostu udała. A to szczególnie godne podkreślenia, iż zadanie to postawiono przed duetem dość młodych twórców z Wielkopolski, bo właśnie stamtąd pochodzą autor sztuki oraz jej reżyser.
Dobra robota, Towarzysze!
Warto
też pamiętać o szczególnym momencie, w którym spektakl powstał.
To pierwsza premiera Teatru Zagłębia po rozpoczęciu przebudowy
jego dotychczasowej siedziby i pierwsza przygotowana we współpracy
z Pałacem Kultury Zagłębia. Na widowni podczas premiery byli
również Iwona Woźniak i Jacek Jabrzyk, czyli poprzednie
kierownictwo Teatru Zagłębia, za którego czasów narodził się
pomysł tego przedstawienia i rozpoczęły się prace nad nim. Nowa
dyrekcja, z Justyną Łagowską-Klatą na czele, urzęduje dopiero od
miesiąca. Tym bardziej trudno nie zauważyć, że „Gorączka
żelaza” jest w pewnym sensie przedstawieniem dwóch dyrekcji.
Twórcy:
- Żelisław Żelisławski – scenariusz i dramaturgia
- Szymon Kaczmarek – reżyseria, światła oraz video
- Kaja Migdałek – scenografia
- Marta Śniosek-Masacz – kostiumy
- Anna Stela – muzyka
- Agnieszka Jachym – choreografia
- Aleksander Joachimiak – operator kamery
- Katarzyna Giżyńska – inspicjentka
- Ewa Żurawiecka – suflerka
- Miejska Orkiestra Dęta w Dąbrowie Górniczej – muzyka na żywo
Obsada aktorska:
- Agnieszka Bałaga-Okońska – sekretarka dyrektora Huty »Katowice«
- Ryszarda Bielicka-Celińska – „Caryca” (wynajmująca kwatery pracownikom)
- Agnieszka Bieńkowska – Czesław Niemen
- Maria Bieńkowska – babka Baśki
- Inga Chmurzyńska – Baśka (gościnnie)
- Beata Deutschman – kierowniczka kuchni
- Małgorzata Saniak-Grabowska – pracownica kuchni
- Mirosława Żak – dziennikarka »Trybuny Ludu«
- Michał Bałaga – robotnik „Hiena” („kowboj” 1)
- Aleksander Blitek – robotnik „Docent” („kowboj” 2)
- Samuel Drobisz – dyrektor do spraw kadr Rączka (gościnnie)
- Filip Jasik – inżynier Marcin z Krakowa (gościnnie)
- Przemysław Kania – Edward Gierek
- Grzegorz Kwas – dyrektor Huty »Katowice«
- Tomasz Muszyński – brygadzista

Może Cię zainteresować:
Teatr Zagłębia zaczyna podróżować. Pierwsza premiera bez własnej siedziby
Może Cię zainteresować:


