Historycy nie mają serca. Nie posiadamy takiego organu. Ten kto twierdzi inaczej wciska wam niesamowity kit. Bezczelnie was okłamuje. Spora część ludzi upierających się, że w naszych klatkach piersiowych rozgościł się ów narząd święcie wierzy w to, że ziemia jest płaska, lądowanie Amerykanów na Księżycu do mistyfikacja, a ciasto z ananasem to pizza. Nadal chcecie im wierzyć?
My, historycy, staramy się dokopać do prawdy
Ale historycy mają coś co zastępuje im ów patent matki-ewolucji. Poczucie odpowiedzialności za przeszłość i ludzi, którzy ją tworzyli. Poprzez żmudne poszukiwania, okupione licznymi porażkami, ślepymi uliczkami i hektolitrami kofeiny, rekonstruujemy to, co zadziało się kilkadziesiąt, kilkaset bądź kilka tysięcy lat temu. Niezależnie czy chodzi o naród, lokalną społeczność czy pojedynczą osobę. Badamy przyczyny, przebieg i skutki ludzkich decyzji, działania mechanizmów funkcjonujących w jakiejś części świata czy wpływ zmian środowiska na cywilizacje żyjące w tym samym miejscu od niepamiętnych czasów. Wertujemy, analizujemy i porównujemy różnorakie źródła historyczne. Przemierzamy kilometry bibliotecznych półek z wynikami badań. Zapominamy wpaść do knajpy na obiad, spóźniamy się na ważny pociąg, spotkanie, rozmowę. Stawiamy hipotezy, dyskutujemy, spieramy się i staramy się dokopać do prawdy. Bo to ona jest dla nas najważniejsza. Niezależnie jaka by była. Jednocześnie poświęcamy ważną część naszego życia. Bezpowrotnie.
Ale owa odpowiedzialność jest dla nas imperatywem, który wymusza na nas poszukiwanie faktów, tak by krok po kroku, element po elemencie odtworzyć istotny dla nas fragment przeszłości. Nawet, jeśli będzie on niepełny, naznaczony kalectwem luk wynikających z braku rzetelnej wiedzy. Ich uzupełnienie to praca domowa dla kolejnych pokoleń, które będą weryfikować nasze ustalenia i poddawać je krytycznej analizie korzystając z najnowszych odkryć i osiągnięć nauki.
Na historykach i historyczkach spoczywa nie tylko odpowiedzialność za prawdę, ale też za dziedzictwo, które pozostawiły po sobie poprzednie pokolenia w minionych epokach. Ono właśnie jest materialnym odbiciem światów, które już nie istnieją. To lustro, choć niekompletne i nadgryzione zębem czasu, pokazuje nam jak kiedyś wyglądało miejsce, w którym żyjemy. Co i kto je ukształtował w taki a nie inny sposób. Niezależnie czy owo odbicie w lustrze to ruiny zamku pamiętającego piastowskie skakanie sobie do gardeł, kilkusetletnia, polichromia z rzadką, biblijną sceną na ścianie świątyni, przedwojenna kamienica z zachowaną, oryginalną drewnianą stolarką i metalowymi elementami czy kafelek z inicjałami położony sto lat temu z okładem na podłodze, przez robotnika, który zastanawiał się, dlaczego urodził się w wielodzietnej, ubogiej rodzinie, a jego samego nie spotkał lepszy los. Wszystkie te lustrzane odbicia są nośnikami unikalnych opowieści, które są wciągające bardziej niż niejeden książkowy bestseller.
Dlatego jako Zagłębiak i historyk czuję się odpowiedzialny za dziedzictwo mojej małej ojczyzny oraz dzielnicy, w której się wychowałem i w której spędziłem większość swojego życia. Mowa tu o Grodźcu.
Znajduje się tu ulica Barlickiego. I jest wyjątkowa. Przed wrześniem roku 1939 była niewidzialną granicą oddzielającą świat robotników od świata autochtonów-włościan. Po jednej stronie znajdowały się osiedla robotnicze i urzędnicze, kolej, cementownia i kopalnie, a po drugiej - chaty na podmurówce, gospodarstwa, cmentarz i kościoły.
Dzisiaj to ulica biegnąca między wegetującymi sklepikami oraz przemierzającymi wydeptane chodniki apatycznymi mieszkańcami. Tutejsza cukiernia i piekarnia, znane w całej okolicy ze swoich wyrobów, zamknęły się bezpowrotnie. Po budce Ruchu, działającej niedaleko przystanku autobusowego, nie pozostał ślad, prócz kępek trawy porastających miejsce, gdzie kiedyś stała. Sklep Dorotka to dzisiaj filia jednej z popularnych sieciówek. Nieco dalej, kierując się ulicą Przechodnią można trafić na pozostałości torów tramwajowych, po których niegdyś poruszał się tramwaj linii 25. Jest w tym wszystkim zatrzymany czas, niechlujstwo, niedokończony pomysł na coś nowego z domieszką chaosu. Jednym słowem: Zagłębie Dąbrowskie.
To moje miejsce na ziemi. Moja prywatna stolica małej ojczyzny pełnej kontrastów, hipokryzji, bólu, samotności, egoizmu, spóźniających się pociągów i chrzczonego piwa o chemicznym smaku. Ale to jest moje. Tutaj się urodziłem i wychowałem. To właśnie w Grodźcu grałem na dzikich boiskach mecze w piłkę nożną z kolegami ze szkoły, tutaj poznałem smak coca-coli i zapach porannej prasy, tutaj nauczyłem się jeździć na rowerze, tutaj po raz pierwszy się zakochałem, tutaj poznałem co to upokorzenie i tutaj nie raz, nie dwa dostałem po karku od życia tak, że płakałem, dusząc się i przeklinając wszystko dookoła.
Dlatego nie zapominam zarówno o Zagłębiu, jak i o Grodźcu. Pomimo tego, że od wielu lat tu nie mieszkam. Ale obowiązkiem Zagłębiaka jest pamiętać skąd się pochodzi i szanować to, co w spadku pozostawili nam przodkowie. Dlatego kiedy się przedstawiam, nie wymieniam swojego tytułu naukowego tylko mówię, że jestem historykiem z Zagłębia Dąbrowskiego. Że jestem chłopakiem z dzielnicy robotniczej. I choć moja mała ojczyzna i większość jej mieszkańców przyprawia mnie często o ból głowy i wściekłość, to niezmiennie mam w sobie dumę, że pochodzę z tego regionu. Nigdy się tego nie wstydzę. I ów brak wstydu w tej dziedzinie zostanie ze mną do śmierci. Po niej również.
I z uporem, konsekwentnie będę się dopominał dbania o miejsca, które ukształtowały ten region oraz o pamięć o ludziach, którzy się do tego przyczynili. Zarówno duchownych jak i świeckich. Zagłębiaków i Zagłębianki oraz ludzi, którzy na pewien czas postanowili związać swój los z małopolską częścią Brynicy, choć ich rodzinne korzenie znajdowały się setki kilometrów stąd.
Ksiądz Władysław Siarkowski - zasłużony etnograf
Jednym z nich był ks. Władysław Siarkowski. Duchowny urodził się 28 lutego 1840 r. w Imielnie. Był synem Józefa Siarkowskiego i Antoniny z Zarzeckich. W latach 50. XIX w. pobierał naukę w szkole wydziałowej św. Barbary, a następnie w Gimnazjum św. Anny w Krakowie. Od 1859 do 1860 r. odbywał służbę wojskową w armii austriackiej. W roku 1864 ukończył seminarium duchowne w Kielcach. Tego samego roku, po wyświęceniu, został wikarym w Proszowicach. W 1866 r. rozpoczął pełnienie funkcji wikarego w kolegiacie Najświętszej Marii Panny w Kielcach. W tym czasie był także notariuszem w konsystorzu, ale stracił posadę w wyniku nacisku władz rosyjskich. W roku 1873 ks. Siarkowski został sekretarzem konsystorza, a następnie mianowano go regensem konsystorza oraz notariuszem sądu biskupiego w Kielcach. Od 1877 r. pełnił funkcję proboszcza w parafii Kije niedaleko Pińczowa. W historii tejże parafii zapisał się jako bardzo dobry gospodarz, który doprowadził m.in. do odrestaurowania tamtejszej świątyni, a także wyposażenia jej „w odnowione własnym kosztem zabytkowe paramenty kościelne”. Pod koniec roku 1878 ks. Siarkowski otrzymał funkcję kanonika honorowego biskupstwa sandomierskiego.

Oprócz sprawowania posługi kapłańskiej, duchowny zajmował się etnografią i archeologią. Do jego najbardziej znanych i cenionych prac należą: „Materiały do etnografii ludu polskiego z okolic Kielc”, „Materiały do etnografii ludu polskiego z okolic Pińczowa”, „Podania ludowe o zwierzętach i roślinach”, „Zagadki ludowe z różnych miejscowości guberni kieleckiej”.
W roku 1876, z ks. Siarkowskim skontaktował się wybitny etnograf – Oskar Kolberg. Ich wzajemna korespondencja trwała kilkanaście lat. To właśnie zainteresowanie etnografią i historią, dokonania w tych dziedzinach oraz poparcie Kolberga sprawiły, iż we wspomnianym 1876 r. ks. Siarkowski został członkiem komisji antropologicznej Akademii Umiejętności w Krakowie. Dwa lata później duchowny stał się członkiem Lwowskiego Towarzystwa Archeologicznego.
Poważna choroba płuc spowodowała, iż w 1900 r. zrezygnował z funkcji regensa kieleckiego konsystorza oraz probostwa w parafii w Kijach. Pod koniec września wspomnianego roku „Kujer Warszawski” informował, iż: „W katedrze kieleckiej ks. Władysław Siarkowski, odprawiając Mszę św., padł omdlały na stopniach ołtarza. Służba kościelna odniosła nieprzytomnego do zakrystji, gdzie docucono go dopiero po upływie pół godziny. (….) Zasłużony etnograf, odjeżdża na wieś na dłuższy wypoczynek”.
Grób ks. Siarkowskiego w Grodźcu niszczeje
We wspomnianym roku ks. Siarkowski, już jako emeryt, zamieszkał u swoich krewnych w Grodźcu, który wówczas był częścią gminy Gzichów, a obecnie jest dzielnicą Będzina.
Tu zmarł 23 marca 1902 r. i tu dwa dni później został pochowany. Pod jego aktem zgonu podpisał się ówczesny, grodziecki proboszcz – ks. Jan Termin.

Niestety wciąż wiemy niewiele o tym okresie życia duchownego, co skutkuje tym, iż ma on wobec nas nadal tajemnice, które czekają na odkrycie. Jego grób, znajdujący się w pobliżu kaplicy cmentarnej, został ufundowany przez jego bliskich. Najprawdopodobniej chodzi tu o jego siostrzeńca, tj. doktora Emila Janiszewskiego (syna Antoniego i Walerii z Siarkowskich) i jego żonę Wandę Dobrzyńską (córkę Jarosława i Marii z Zdziennickich). Na płycie nagrobnej znajduje się obszerny opis podsumowujący dorobek zawodowy zmarłego oraz co ciekawe, co odkrył popularyzator dziejów Grodźca – Michał Nikodem, błędna data urodzin duchownego:
Ś. P.
KSIĄDZ WŁADYSŁAW SIARKOWSKI
KANONIK HONOROWY SANDOMIERSKI
REGENT KONSYSTORZA KIELECKIEGO
PROBOSZCZ P. KIJE
CZŁONEK AKADEMII UMIEJĘTNOŚCI KRAKOWSKIEJ
BADACZ NA POLU ETNOGRAFII I ARCHEOLOGII KRAJOWEJ
UR. 23 LUTEGO 1840 R. ZM. 23 MARCA 1902 R.
PROSI O WESTCHNIENIE DO BOGA
Po księdzu Władysławie Siarkowskim pozostał jego etnograficzny dorobek pisarski, pamięć w jego rodzinnych stronach, a także wspomniany grób. Niestety miejsce jego wiecznego spoczynku znajduje się w złym stanie. Wymaga ono pilnej renowacji. Od wielu lat apeluję do grodzieckiej i zagłębiowskiej społeczności o uratowanie tego miejsca, a tym samym pokazanie, że w naszej małej ojczyźnie dbamy o zmarłych. Niestety bezskutecznie.
Człowiek, który poświęcił się dla innych, a z jego publikacji korzysta się do dzisiaj, jest niewidzialny dla ludzi, którzy mienią się bogobojnymi katolikami. Ci sami „katolicy” przychodząc 1 listopada na groby bliskich, mijają grób duchownego-etnografa. Udają, że go nie widzą, że to nie ich sprawa, że ktoś inny powinien się tym zająć. Zrzucanie na innych odpowiedzialności za miejsce gdzie się żyje i gdzie zakończy się swój żywot to niestety jedna z wielu zagłębiowskich wad.
Jak to o nas, Zagłębiakach i Zagłębiankach świadczy? Jakie sobie wystawiamy świadectwo? Jaki wzór do naśladowania dajemy dzieciakom z naszego regionu? Co chcemy zostawić kolejnym pokoleniom? Czyżby tylko dyskonty spożywcze i tandetne graffiti na murach?
Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki portalu Ślązag, wiecie, że kilka lat temu największym newsem w Grodźcu był… remont jednego z miejscowych sklepów spożywczych? Serio. To jest ten poziom. Poziom kostki brukowej, bezrefleksyjnie wydeptywanej przez miejscowych.
Zacznijcie się w końcu WSTYDZIĆ w naszej cholernej, zaniedbanej małej ojczyźnie. A potem poczujcie się za nią odpowiedzialni i DO ROBOTY! Bez komentarzy, chrząkania, marudzenia i wymówek. Inaczej będziecie jedynie tchórzami, którzy sami złamali sobie moralne kręgosłupy. Tak żeby nie musieć czuć się w obowiązku do czegokolwiek.
Jeśli ktoś z Was będzie zainteresowany historią duchownego, to zapraszam do lektury artykułów zamieszczonych na portalach Klub Zagłębiowski oraz Grodziec i okolice, na podstawie których powstał niniejszy tekst. Dziękuję także wspomnianemu tutaj Michałowi Nikodemowi za uzupełnienie mojej wiedzy na temat ks. Siarkowskiego.


