W weekend 28 lutego - 1 marca rozpoczęły się działania wojenne w rejonie Zatoki Perskiej. Wojska USA i Izraela prowadziły ataki na Iran, który z kolei odpowiedział uderzeniami odwetowymi wymierzonymi w sojuszników Ameryki w regionie. Rakiety i drony wycelował m.in. na Dubaj w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
W czasie ataku w Dubaju przebywał Michał Rozewicz, właściciel sieci przychodni Szpakmed w Rudzie Śląskiej. Polecieli tam całą rodziną (rodzice i trójka dzieci) na ferie.
"To, co wydarzyło się w ciągu kilku ostatnich dni, zostanie z nami już na zawsze"
Michał Rozewicz zdecydował się podzielić z czytelnikami ŚLĄZAGA swoimi przeżyciami z pobytu w Dubaju i ucieczki z niego.
"To, co wydarzyło się w ciągu kilku ostatnich dni, zostanie z nami już na zawsze. A zaczęło się tak.
Dwa tygodnie temu wylecieliśmy na ferie do Dubaju. Po 10 dniach nadszedł czas powrotu (sobota), więc wymeldowaliśmy się z hotelu, załadowaliśmy bagaże do taxi i mieliśmy wyruszać na lotnisko, bo nasz samolot do Krakowa miał odlatywać za 3 godziny. I wtedy to się zaczęło. Tuż przed wyjazdem dostaliśmy informację, że wszystkie loty z Dubaju zostały anulowane, a pasażerowie mają pozostać w hotelach i czekać na dalsze informacje. Więc wróciliśmy do hotelu, rozpakowaliśmy bagaże i zabraliśmy dzieciaki na basen. Trochę to było abstrakcyjne, ale nawet sam się podśmiewałem, że widocznie tak wygląda złota klatka - i nie jest w niej najgorzej.
Chwilę później, dokładnie o 16:41, leżąc na leżaku usłyszeliśmy trzy głośne wybuchy. Spojrzeliśmy w niebo - a tam rakiety przechwytujące zestrzeliwały irańskie pociski dosłownie nad naszymi głowami. Byliśmy w najgorszym możliwym miejscu w całym Dubaju - na Palmie. Sztucznej wyspie, która została właśnie uderzona najmocniej.
"Hotel obok nas dostał pociskiem i płonął"
Hotel obok nas dostał pociskiem i płonął. My uciekliśmy do podziemi. Potem nadszedł wieczór. Wydawało się, że jest spokojniej, więc wróciliśmy do pokoju. To była tylko cisza przed burzą. Chwilę później rozległy się głuche wybuchy, słyszalne nawet przez zamknięte okna, a nasze iPhone’y zaczęły wrzeszczeć rządowymi ostrzeżeniami ZEA, że mamy pilnie uciekać w bezpieczne miejsca. Kiedy już chcieliśmy zbiegać, cały hotel zaczął się trząść - kolejna rakieta uderzyła w wyspę.
Klatką pożarową wybiegaliśmy na dół, a tam pracownicy hotelu kierowali nas prosto na parking podziemny. Cały hotel. Wszyscy na swoich wymarzonych wakacjach. Tę noc spędziliśmy razem w parkingu podziemnym, przy dźwięku syren i z nadzieją, że jakoś to przeżyjemy.
Rano wróciliśmy do pokoi i podjęliśmy chyba najlepszą decyzję w życiu. Szybko się spakowaliśmy, zeszliśmy na dół i poprosiliśmy, żeby kierowca hotelowy zawiózł nas na granicę z Omanem. Tam zostawił nas przed przejściem granicznym, a my pieszo - z trójką naszych dzieci i tysiącami innych ludzi - przekroczyliśmy granicę do Omanu.
W Omanie udało nam się złapać taxi, które zawiozło nas do hotelu w Muscacie. W międzyczasie przyjaciele, z domu, niezależnie, szukali nam wszystkich możliwych opcji, żebyśmy mogli się stąd wydostać. Nie jestem już w stanie nawet zliczyć, ile biletów i w jakie strony świata dla nas kupili - byle tylko pomóc nam uciec z tego piekła. To był dobry ruch, bo kolejne loty były sukcesywnie anulowane przez trwający ostrzał. Niestety, później już nawet w Omanie.
W końcu się udało. Dwa dni później, o czwartej rano, wystartowaliśmy z Omanu do Addis Abeby (Etiopia).

Tam dowiedzieliśmy się, co tak naprawdę oznacza trzeci świat - ale byliśmy spokojni, bo nikt nas tam nie bombardował .Z Etiopii polecieliśmy do Stambułu, a ze Stambułu już bezpiecznie do Krakowa.
Ciężko w słowach opisać to, co się stało i co przeżyliśmy. Najpierw był szok. Potem niedowierzanie. Potem przerażenie. A na końcu płacz. Chciałem się położyć na ziemi i wyć. Powiedzieć, że nie dam rady. Ale nie mogłem. Bo w sytuacji, w której się znaleźliśmy, jeśli sam nie znajdziesz w sobie siły, żeby uciekać - nikt cię w tym nie wyręczy. To nie był już bezpieczny i opiekuńczy świat, w którym przeżyłem 33 lata. Nawet teraz, w domu, każde stuknięcie wywołuje w nas strach.
Najmocniej jak tylko potrafię dziękuję tym, dzięki którym jesteśmy teraz w domu. Wasze wsparcie, szukanie możliwości, rezerwacje biletów i ciągły kontakt ze wskazówkami być może uratowały nam życie. Czuliśmy się tak, jakbyśmy biegli przez pole minowe, a Wy - tysiące kilometrów od nas - staraliście się je czyścić i kierować naszymi ruchami, żebym mógł dziś siedzieć we własnym domu i pisać tego posta. Całym sercem Was podziwiam i nigdy nie zapomnę tego, co dla nas zrobiliście. Ale najmocniej w tym wszystkim dziękuję mojej najwspanialszej żonie, bez której nie miałbym szans tego mentalnie przetrwać".
Zapytany o to, jak tę trudną sytuację przetrwały dzieci: najmłodszy syn i dwie córki, Rozewicz mówi: - Syn niewiele rozumiał. Pola bardzo się bała, ale nie widać żeby to w niej zostało. Najbardziej przeżyła to najstarsza córka, która nie spała kiedy rozległy się syreny i która czuła ten wstrząs w środku nocy.
Może Cię zainteresować:
Wojna w Iranie. Loty z katowickiego lotniska na Bliski Wschód odwołane
Może Cię zainteresować:
