14 lutego, w Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Armii Krajowej, zwykle przywołuje się pamięć partyzanckich bitew, konspiracyjnych mieszkań, powstańczych barykad i dramatycznych powojennych losów ludzi, którzy nie pogodzili się z utratą wolności. Rzadziej patrzymy na miejsca, które mijamy na co dzień – a które również noszą ślady ich obecności. Także na Śląsku, blisko nas.
Gdyż jednym z takich miejsc jest Park Śląski. Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku, założony w czasach PRL, przez lata obciążany etykietą „komunistycznego parku”, bywa traktowany jak symbol epoki, z którą wielu nie chce się utożsamiać. Do pewnego stopnia oparty na modelu sowieckim, powstał w okresie stalinizmu, rozkwitł za Gomułki, a jego rozwój kojarzy się przede wszystkim z Jerzym Ziętkiem – postacią ważną i dla Śląska zasłużoną, ale niejednoznaczną, działającą w ramach opresyjnego systemu.
A jednak ta historia jest znacznie bardziej złożona. Park Śląski nie jest dziełem jednego człowieka ani jednej ideologii. WPKiW tworzyli architekci, urbaniści, ogrodnicy, rzemieślnicy i wizjonerzy, których życiorysy często nie pasują do prostych podziałów. Wśród nich byli ludzie, którzy w czasie wojny byli żołnierzami Armii Krajowej, działali w konspiracji, trafiali do niemieckich obozów koncentracyjnych. Po 1945 roku – mimo trudnych, czasem dramatycznych doświadczeń – budowali przestrzeń, która miała służyć wszystkim mieszkańcom regionu.
To właśnie o nich jest ta opowieść. O tych, którzy przeszli przez okupację, podziemie i obozy, a potem – w zupełnie nowej Polsce – współtworzyli jedno z najważniejszych miejsc na mapie Śląska..
Kazimierz Wejchert: urbanista z konspiracji
Zacznijmy od wybitnego urbanisty, którego dziełem był wstępny projekt Parku - ten, z którym Ziętek pod pachą poszedł na posiedzenie Wojeódzkiej Rady Narodowej pamiętnego grudniowego dnia 1950 roku. To Kazimierz Wejchert, jeden z najważniejszych architektów, którzy kształtowali powojenną przestrzeń Śląska – w tym plany urbanistyczne Chorzowa i Katowic – był Kazimierz Wejchert.
Dziś kojarzony przede wszystkim jako współtwórca koncepcji Tychów, profesor Politechniki Warszawskiej i jeden z najważniejszych polskich urbanistów XX wieku, w czasie wojny był porucznikiem Armii Krajowej, działającym w Okręgu Warszawskim, w III Wydziale Operacyjno Szkoleniowym, w referacie kartograficznym. Posługiwał się pseudonimem „Kit”. W Powstaniu Warszawskim brał udział jako specjalista od planów i analiz przestrzennych – umiejętności, które później wykorzystał w zupełnie innym kontekście, już w odbudowującej się Polsce.
Po kapitulacji powstania trafił do niewoli. Przeszedł przez niemieckie obozy: Bergen Belsen (Stalag XI B), później Sandbostel i Lubekę. Do kraju wrócił dopiero po zakończeniu wojny.
A jednak, mimo takiego życiorysu, w nowej rzeczywistości znalazł dla siebie miejsce. Wrócił na Politechnikę Warszawską, a jego wiedza i doświadczenie okazały się kluczowe przy planowaniu miast na Ziemiach Zachodnich oraz przy tworzeniu powojennych koncepcji urbanistycznych Śląska. To on współtworzył plany zagospodarowania Chorzowa, Katowic i Rudy Śląskiej – a więc także przestrzeni, które bezpośrednio otaczały powstający WPKiW. Ale przede wszystkim to on, wraz ze swoim zespołem, stworzył wstepny projekt tego parku.
Wejchert jest jednym z tych twórców, których wojenne doświadczenia i akowska przeszłość rzadko przebijają się do zbiorowej pamięci. A przecież to właśnie ludzie tacy jak on – z konspiracji, z obozów, z powstania – współtworzyli miejsca, które dziś uznajemy za oczywiste elementy śląskiego krajobrazu.
Hanna Adamczewska-Wejchert: urbanistka z Ravensbrück
Skoro już jesteśmy przy Kazimierzu Wejchercie - mała ale ważna dygresja na temat bliskiej mu, a ważnej dla Śląska postaci. Choć nie pracowała bezpośrednio przy tworzeniu WPKiW, trudno przecież opowiadać o powojennej urbanistyce regionu bez wspomnienia Hanny Adamczewskiej Wejchert – jednej z najważniejszych polskich projektantek miast, współtwórczyni koncepcji Nowych Tychów i partnerki zawodowej Kazimierza Wejcherta.
Jej wojenny życiorys jest równie mocny jak jego. Gdy wybuchła II wojna światowa, kontynuowała studia architektoniczne na tajnych wykładach Politechniki Warszawskiej. W 1944 roku została aresztowana i trafiła do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, gdzie przebywała aż do wyzwolenia 30 kwietnia 1945 roku.
Po powrocie do Warszawy natychmiast wróciła do pracy – najpierw w Biurze Odbudowy Stolicy, później jako wykładowczyni i badaczka, współtworząc z mężem jedną z najważniejszych szkół urbanistyki w Polsce. Jej doświadczenie obozowe nigdy nie stało się elementem oficjalnej narracji o powojennej odbudowie, ale to właśnie ono – obok talentu i determinacji – ukształtowało jej spojrzenie na miasto jako przestrzeń, która ma służyć ludziom i dawać im godne warunki życia.
W naszej opowieści o twórcach powojennego Śląska Adamczewska-Wejchert jest ważna nie dlatego, że projektowała WPKiW (bo nie), lecz dlatego, że jej losy pokazują, jak wielu ludzi z wojenną traumą i konspiracyjną przeszłością współtworzyło powojenną przestrzeń regionu. To kolejny przykład, że historia Parku Śląskiego i jego otoczenia nie mieści się w prostych etykietach.
Krystyn Olszewski: więzień Auschwitz i współtwórca koncepcji Parku
Jednym z filarów pracującego nad koncepcją Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku zespołu Wejcherta był Krystyn Olszewski – architekt, urbanista, poeta, a zarazem jeden z najbardziej niezwykłych życiorysów w powojennej polskiej urbanistyce. Zanim zaczął projektować miasta, przeszedł przez niemal cały koszmar obozowego systemu III Rzeszy.
Olszewski był absolwentem słynnego warszawskiego „Batorego”, rówieśnikiem i szkolnym przyjacielem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Jana Bytnara „Rudego”. Podobnie jak oni działał w Szarych Szeregach. W maju 1942 roku został aresztowany za posiadanie broni. Skazano go na śmierć, lecz wyrok zamieniono na deportację do obozu koncentracyjnego Auschwitz, gdzie otrzymał numer 75817.
To był dopiero początek. Pod koniec wojny przewożono go kolejno do Gross Rosen, Buchenwaldu i Dachau, a wolność odzyskał dopiero 30 kwietnia 1945 roku w podobozie München Allach, wyzwolonym przez US Army. Swoje doświadczenia opisał później w książce Byliśmy w Oświęcimiu, współtworzonej m.in. z Tadeuszem Borowskim – jednym z najważniejszych świadków literatury obozowej.
Po wojnie wrócił do Warszawy, ukończył studia architektoniczne i rozpoczął pracę w Katedrze Urbanistyki Politechniki Warszawskiej. W latach 50. i 60. współpracował przy projektach rozwoju wielu polskich miast, a wśród nich znalazła się również koncepcja urbanistyczna Chorzowskiego Parku Kultury i Wypoczynku.
Olszewski jest jednym z najbardziej poruszających przykładów tego, jak ludzie z doświadczeniem obozowym potrafili po wojnie tworzyć przestrzenie otwarte, społeczne, pełne światła i zieleni. W jego przypadku symbolika jest wręcz uderzająca: człowiek, który przeszedł przez Auschwitz i Dachau, współtworzył miejsce, które miało być oddechem dla setek tysięcy mieszkańców Śląska.
Ludwik Lawin: więzień Auschwitz, fotograf i współtwórca serca WPKiW
Podobnie dramatyczne wojenne losy stały się udziałem jeszcze jednej ważnej dla WPKiW postaci. Wśród najbliższych współpracowników Władysława Niemca (później Niemirskiego), autora ostatecznej koncepcji i generalnego projektanta WPKiW, szczególne miejsce zajmuje Ludwik Lawin. To postać, która łączy w sobie doświadczenie frontowe, obozowe i twórcze – a jego życiorys jest jednym z najbardziej dramatycznych i jednocześnie najbardziej twórczych w całej historii Parku.
Lawin, z wykształcenia ogrodnik i architekt krajobrazu, jeszcze przed wojną zdążył rozpocząć studia na SGGW. We wrześniu 1939 roku walczył jako porucznik rezerwy, dowódca kompanii sztabowej 8 Pułku Piechoty Legionów, biorąc udział m.in. w bitwie pod Iłżą i walkach pod Tomaszowem Lubelskim. Po rozbiciu oddziału przedarł się do Warszawy, unikając niewoli.
W lipcu 1940 roku został aresztowany przez Gestapo i osadzony na Pawiaku. 13 sierpnia przewieziono go do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer obozowy i trafił do Zentralbauleitung, a później – co okaże się kluczowe – do sekcji fotograficznej. To właśnie tam, wspólnie z innym więźniem, Tadeuszem Kubiakiem, dokonał czynu, który dziś uznalibyśmy za akt cywilnej odwagi i dokumentacyjnego heroizmu: to on wykradł 52 fotografie dokumentujące zbrodnie esesmana Dietricha Kamanna, zakopał je i zapamiętał miejsce ukrycia, by po wojnie mogły stać się dowodem niemieckich zbrodni.
W 1944 roku przeniesiono go do obozu pracy w Leonbergu, później do kolejnych obozów przejściowych. Wyzwolenie przyszło dopiero w marcu 1945 roku, niedaleko Monachium. Kilkanaście lat po wojnie odwiedził obóz oświęcimski jako... konsultant w głośnym filmie „Pasażerka” Andrzeja Munka.
Po wojnie Lawin wrócił do Warszawy, ukończył studia i rozpoczął pracę jako projektant terenów zieleni. W 1950 roku obronił dyplom pod kierunkiem Krzywdy Polkowskiego, a po jego śmierci – Władysława Niemirskiego. To właśnie z Niemirskim stworzył jeden z najważniejszych duetów w historii polskiej architektury krajobrazu.
W latach 1950–1958 Lawin był jednym z kluczowych współautorów Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. Pracował przy projektach zieleni, układach przestrzennych, terenach rekreacyjnych, a jego wkład był na tyle znaczący, że w dokumentach projektowych figuruje jako jeden z głównych członków zespołu.
Ale jego rola nie kończyła się na projektowaniu. Lawin był również utalentowanym fotografem, a dzięki temu zawdzięczamy dziś unikatową dokumentację fotograficzną powstającego WPKiW – zdjęcia, które pokazują nie tylko proces budowy, ale też ogrom pracy, determinacji i wizji, jaka towarzyszyła tworzeniu Parku. To paradoksalnie ta sama umiejętność, którą w Auschwitz wykorzystał do ratowania dowodów zbrodni – po wojnie służyła już wyłącznie dokumentowaniu życia, pracy i przestrzeni.
Lawin jest więc kolejnym przykładem człowieka, którego wojenne doświadczenia – front, Pawiak, Auschwitz, obozy pracy – nie złamały, lecz ukształtowały. Po 1945 roku nie budował murów ani pomników, lecz miejsca odpoczynku, zieleni i wspólnoty. W Parku Śląskim jego ślad jest bardzo wyraźny – choć przez lata pozostawał niemal niewidoczny.
Choć jego nazwisko nie pojawia się na tablicach pamiątkowych, w Parku Śląskim istnieje niezwykły, żywy ślad Ludwika Lawina – wisteria, roślina, którą szczególnie ukochał i którą sadził w wielu projektowanych przez siebie przestrzeniach. Jedna z odmian, Wisteria floribunda „Ludwik Lawin”, nosi jego imię nieprzypadkowo: nazwał ją tak jego przyjaciel, chcąc upamiętnić człowieka o niezwykłej wrażliwości i talencie. Zwisające, fioletowe grona tej rośliny można spotkać także w Parku. To nieoczywisty, ale poruszający pomnik człowieka, który przeszedł przez Pawiak, Auschwitz i obozy pracy, a po wojnie tworzył miejsca pełne światła, zieleni i piękna. Wisteria – roślina o ogromnej sile wzrostu i zdolności do przetrwania do dziś współtworzy krajobraz Parku Śląskiego. Jak cichy symbol jego życia i pracy.
Tadeusz Baum –: żołnierz AK „Rajmund” i współautor koncepcji Parku
Wróćmy jednak do zespołu Kazimierza Wejcherta, w którym jedną z kluczowych ról odgrywał Tadeusz Stanisław Baum – architekt, urbanista, poeta, a zarazem człowiek o życiorysie, który idealnie wpisuje się w naszą opowieść o twórcach powojennego Śląska. Choć w dokumentach występuje jako Tadeusz, w środowisku zawodowym i rodzinnym funkcjonował również jako Stefan Baum – i to właśnie pod tym imieniem zapisał się w pamięci wielu współpracowników.
Baum należał do pokolenia, które w dorosłość weszło w najtrudniejszym możliwym momencie. Walczył jako ochotnik w kampanii 1920 roku, a we wrześniu 1939 roku ponownie stanął do obrony kraj . W czasie okupacji działał w Armii Krajowej, posługując się pseudonimami „Rajmund” i „Franciszek”. Brał udział w Powstaniu Warszawskim, a więc w jednym z najbardziej dramatycznych epizodów polskiej historii XX wieku.
Po wojnie – podobnie jak wielu innych twórców Parku – nie wybrał emigracji ani życia na marginesie. Wrócił do pracy architekta, najpierw w Biurze Odbudowy Stolicy, a następnie na Śląsku, gdzie w latach 1948–1955 współtworzył jedne z najważniejszych projektów urbanistycznych region.
To właśnie Baum jest autorem programu i koncepcji urbanistycznej Chorzowskiego Parku Kultury i Wypoczynku, przygotowanej wspólnie z Kazimierzem Wejchertem i Krystynem Olszewski. Jego rola była fundamentalna: to on porządkował założenia, określał funkcje, relacje przestrzenne, logikę całego układu. Innymi słowy – zanim powstały ścieżki, polany, ogrody i pawilony, Baum stworzył ramę, w której mogły się pojawić.
Był również człowiekiem o ogromnej wrażliwości – poetą, autorem dwóch tomików wierszy wydanych już w latach 90. Ta wrażliwość jest zresztą wyczuwalna w jego projektach: w sposobie, w jaki traktował krajobraz, zieleń, relacje między człowiekiem a przestrzenią.
Baum jest kolejnym przykładem twórcy, którego wojenne doświadczenia – konspiracja, walka, powstanie – nie przeszkodziły mu po 1945 roku budować przestrzeni otwartej, społecznej, demokratycznej. W Parku Śląskim jego ślad jest może mniej widoczny niż w przypadku projektantów zieleni, ale to właśnie on współtworzył ideową konstrukcję tego miejsca. Bez niego Park nie miałby swojej logiki, skali ani ambicji.
Barbara Kuszell Jełowicka: sanitariuszka „Baśka” i projektantka WPKiW
W zespole Władysława Niemirskiego, twórcy ostatecznej koncepcji Parku Śląskiego, jedną z najważniejszych ról odegrała Barbara Kuszell Jełowicka – architektka krajobrazu, projektantka zieleni, a zarazem kobieta o życiorysie, który mógłby stać się osobnym filmem. Gdyż zanim trafiła na Śląsk, jej życie wyglądało zupełnie inaczej.
Barbara Kuszell urodziła się w 1926 roku. W 1942 roku, mając zaledwie szesnaście lat, wstąpiła do konspiracji. Szkoliła się na sanitariuszkę Armii Krajowej, działała w strukturach podziemia, a w Powstaniu Warszawskim służyła w batalionie „Gustaw–Harnaś” jako sanitariuszka „Baśka” – nosząc rannych, pracując w punktach opatrunkowych i szpitalach polowych, często w warunkach skrajnie prymitywnych i niebezpiecznych.
Jej relacja zachowana w Muzeum Powstania Warszawskiego jest przejmująca: opowiada o kursach sanitarnych w Szpitalu Czerwonego Krzyża, o pracy na barykadach, o przenoszeniu rannych pod ostrzałem, o bombardowaniu szpitala na Kilińskiego, z którego cudem została odkopana spod gruzów. O przejściu kanałami z placu Krasińskich na Warecką, o wyczerpaniu, o stracie koleżanek, o codziennym ryzyku i o tej niezwykłej, trudnej do opisania atmosferze sierpnia 1944 roku – mieszaninie strachu, entuzjazmu i poczucia absolutnej wolności.
Po upadku Powstania wyszła z ludnością cywilną. Unikając wywózki na roboty dzięki sprytowi i pomocy lekarzy, trafiła do Bochni, a potem do Częstochowy, gdzie kontynuowała tajne kursy akademickie. Po wojnie ukończyła studia w Poznaniu, po czym przeniosła się do Warszawy, by pracować jako architektka krajobrazu.
W latach 50. trafiła do zespołu Władysława Niemirskiego (podóczas jeszcze Niemca) – i tu zaczyna się jej śląski rozdział. Kuszell Jełowicka była jedną z najważniejszych projektantek zieleni w powstającym Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku. To ona współtworzyła Kaskady – miejsce, które do dziś zachwyca delikatnością kompozycji, naturalnością i niezwykłym wyczuciem przestrzeni. Cichy Zakątek jest w dużej mierze jej dziełem: subtelnym, organicznym, pełnym światła i wody.
Jej powstańcza przeszłość nigdy nie była eksponowana. W PRL była – jak sama wspominała – „obywatelem drugiej kategorii”, bez szans na awanse, bez chęci wstępowania do oficjalnych organizacji. A jednak pracowała, tworzyła, projektowała – i zostawiła po sobie miejsca, które do dziś są jednymi z najpiękniejszych w Parku Śląskim.
Barbara Kuszell Jełowicka jest kolejnym przykładem, że Park Śląski nie powstał dzięki „systemowi”, lecz dzięki ludziom – często bardzo młodym, często po traumie wojny, często z AK owską przeszłością – którzy po 1945 roku budowali przestrzeń dla innych. Jej Kaskady są tego najlepszym dowodem: piękno stworzone przez kogoś, kto widział najgorsze, a mimo to potrafił tworzyć rzeczy delikatne i dobre.
Jan Żabiński: powstaniec, Sprawiedliwy i współtwórca naszego Zoo
Wśród osób, które odegrały kluczową rolę w powstaniu Śląskiego Ogrodu Zoologicznego, znajduje się postać absolutnie wyjątkowa – Jan Żabiński. Zoolog, fizjolog, popularyzator nauki, wieloletni dyrektor warszawskiego zoo, a zarazem człowiek o jednym z najbardziej niezwykłych życiorysów XX wieku. Jego udział w budowie Śląskiego Zoo nie był epizodem – był konsekwencją całego życia poświęconego zwierzętom, edukacji i służbie publicznej.
Żabiński już jako młody człowiek angażował się w walkę o niepodległość. Wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej, brał udział w rozbrajaniu Niemców w 1918 roku, służył w wojnie polsko bolszewickiej, za co otrzymał Krzyż Walecznych. Po studiach został naukowcem, a w 1929 roku dyrektorem warszawskiego zoo – jednym z najmłodszych w Europie.
W czasie okupacji jego życie nabrało wymiaru, który trudno porównać z jakąkolwiek inną biografią. Żabiński, korzystając z dostępu do terenu zoo, wraz z żoną Antoniną ukrywał tam setki Żydów wyprowadzanych z getta. Wykorzystywał swoją pozycję, kontakty i odwagę, by ratować ludzi – często ryzykując życiem całej rodziny. Za tę działalność oboje zostali uhonorowani tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.
Równocześnie działał w konspiracji jako żołnierz Armii Krajowej, pseudonim „Franciszek”. W Powstaniu Warszawskim dowodził plutonem w batalionie „Kiliński”, brał udział w walkach w rejonie ul. Widok i Alei Jerozolimskich, wykazał się odwagą i inicjatywą, za co ponownie odznaczono go Krzyżem Walecznych. 9 sierpnia 1944 roku został ciężko ranny, a po kapitulacji trafił do niemieckich obozów jenieckich, m.in. Altengrabow i Sandbostel.
Po wojnie wrócił do kraju i natychmiast przystąpił do odbudowy warszawskiego zoo. Był naukowcem, wykładowcą, popularyzatorem – wygłosił ponad 1500 audycji radiowych o zwierzętach i przyrodzie. W 1951 roku, z powodu swojej akowskiej przeszłości, został zmuszony do rezygnacji ze stanowiska dyrektora warszawskiego ogrodu zoologicznego.
To właśnie wtedy rozpoczął się jego śląski rozdział.
Żabiński został zaproszony do współtworzenia Śląskiego Ogrodu Zoologicznego – jednej z kluczowych instytucji powstającego WPKiW. Jego doświadczenie, wiedza i wizja były fundamentem, na którym budowano koncepcję nowoczesnego zoo: przestronnego, edukacyjnego, nastawionego na ochronę gatunków i kontakt człowieka z naturą. Nadzorował prace, konsultował rozwiązania, dbał o to, by śląskie zoo nie było jedynie kolekcją zwierząt, lecz miejscem nauki, wrażliwości i szacunku do przyrody.
W ten sposób człowiek, który w czasie wojny ukrywał ludzi w pustych klatkach warszawskiego zoo, po wojnie pomagał tworzyć nowe miejsce – otwarte, bezpieczne, pełne życia. Jego obecność w historii Parku Śląskiego jest jednym z najbardziej symbolicznych elementów tej opowieści: pokazuje, że przestrzeń, którą dziś znamy jako miejsce odpoczynku i edukacji, współtworzyli ludzie o niezwykłej odwadze i moralnej sile.
Jerzy Gottfried: powstaniec z Mokotowa i twórca „Kapelusza”
Wśród architektów, którzy nadali powojennemu Śląskowi jego modernistyczny kształt, Jerzy Gottfried zajmuje miejsce absolutnie wyjątkowe. I to właśnie on stoi za jednym z najbardziej charakterystycznych obiektów Parku Śląskiego – monumentalną Halę Kwiatów, znaną teraz bardziej jako „Kapelusz”. A jego życiorys to kolejny przykład człowieka, którego wojenne doświadczenia i akowska przeszłość pozostają niemal nieznane, choć powinny być częścią naszej pamięci.
Gottfried urodził się we Lwowie, ale dorastał na Śląsku – w Rybniku, Świętochłowicach, Mikołowie i Chorzowie. W 1940 roku trafił do Warszawy, gdzie uczył się w Miejskiej Szkole Budowlanej i równocześnie działał w konspiracji. Był członkiem organizacji harcerskich i Sodalicji Mariańskiej, a od 1942 roku – żołnierzem Armii Krajowej, w pułku „Baszta”.
W Powstaniu Warszawskim walczył na Mokotowie. Został ranny, a po kapitulacji trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie. Równocześnie, w ramach tajnego nauczania, ukończył pierwszy rok Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej i pierwszy rok Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Poznańskiego – co samo w sobie pokazuje jego determinację i niezwykłą pracowitość.
Po wojnie kontynuował studia w Krakowie, a od 1949 roku pracował w katowickim „Miastoprojekcie”, gdzie przez ponad czterdzieści lat był głównym projektantem i kierownikiem pracowni. W latach 1949–1958 współtworzył słynny zespół „Zielone Konie” z Aleksandrem Frantą i Henrykiem Buszką – jedną z najważniejszych grup projektowych w historii polskiego modernizmu.
To właśnie w tym okresie powstały jego pierwsze projekty dla Parku Śląskiego. W 1969 roku zaprojektował Halę Kwiatów – lekką, elegancką, pełną światła konstrukcję, która do dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obiektów Parku (i stworzył jego zmodyfikowaną wersję po pożarze w latach 80.).
To architektura, która nie tylko wygląda efektownie – ona ucieleśnia modernistyczną wiarę w lekkość, technikę i otwartą przestrzeń. I trudno nie dostrzec symboliki: człowiek, który walczył w gruzach Mokotowa, po wojnie projektował budynki pełne światła, powietrza i przestrzeni.
Gottfried był także wieloletnim prezesem katowickiego oddziału SARP, działaczem społecznym, wykładowcą i jednym z najważniejszych mentorów śląskich architektów. Zmarł w 2017 roku, pozostawiając po sobie dziesiątki realizacji – od Teatru Ziemi Rybnickiej po wieżowiec Dyrekcji PKP – ale to właśnie jego „Kapelusz” w Parku Śląskim jest najbliższy naszej opowieści.
Bo Jerzy Gottfried jest kolejnym dowodem na to, że Park Śląski nie jest „dzieckiem PRL u”, lecz dziełem ludzi, którzy przeszli przez konspirację, Powstanie, obozy i okupację – a potem, w powojennej Polsce tworzyli przestrzeń dla innych.
Józef Sałabun: od Września i konspiracji do Planetarium Śląskiego
W historii Parku Śląskiego nie ma drugiej takiej postaci jak Józef Sałabun. Człowiek, który przeszedł przez kampanię wrześniową, konspirację narodową i akowską, powojenne represje, a potem – już na Śląsku – współtworzył jedną z najbardziej niezwykłych instytucji w Polsce: Planetarium Śląskie. Jego życiorys jest jak oś czasu XX wieku: dramatyczny, wielowarstwowy, a jednocześnie pełen konsekwencji i wewnętrznej logiki.
Sałabun był oficerem rezerwy artylerii. We wrześniu 1939 roku dowodził baterią w 6. Pułku Artylerii Ciężkiej, walcząc pod Lwowem. 22 września dostał się do niewoli niemieckiej, ale po kilku dniach uciekł i wrócił do Jarosławia – miasta, które stanie się jego konspiracyjnym centrum na kolejne lata.
Od 1940 roku pracował jako kierownik Okręgowej Szkoły Zawodowej i referent szkolnictwa zawodowego w niemieckim inspektoracie, ale równocześnie – i to jest klucz – prowadził tajne nauczanie, wykładał na kompletach, uczestniczył w egzaminach maturalnych, działał w konspiracyjnym Towarzystwie Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych. Edukacja była dla niego formą oporu.
W tym samym czasie został wprowadzony do podziemia przez Kazimierza Mireckiego, jedną z najważniejszych postaci Stronnictwa Narodowego i NOW na Rzeszowszczyźnie. Sałabun szybko stał się jednym z filarów konspiracji:
-
szefem Wydziału Organizacyjnego Okręgu Rzeszowskiego NOW,
zastępcą komendanta okręgu,
członkiem zarządu SN,
inspektorem politycznym NOW,
a po scaleniu – prawdopodobnie członkiem komendy Inspektoratu AK Przemyśl.
W Delegaturze Rządu pełnił funkcję referenta oporu społecznego. To była działalność nie tylko wojskowa, ale i cywilna – budowanie struktur, które miały przetrwać okupację i przygotować kraj na wolność.
Po wejściu Armii Czerwonej wrócił do nauczania, ale jednocześnie – gdy jego dawny przełożony Mirecki musiał uciekać – ponownie stanął na czele podziemia. W 1945 roku został komendantem Okręgu Rzeszowskiego NZW i prezesem okręgu SN. Co ważne: to on wydał rozkaz zaprzestania walki zbrojnej, ograniczenia działalności do samoobrony i przejścia do głębokiej konspiracji. To była decyzja człowieka, który rozumiał, że dalsza walka oznaczałaby tylko kolejne ofiary bez szans na zwycięstwo.
Zagrożony aresztowaniem, w listopadzie 1945 roku wyjechał na Śląsk. Ujawnił się w 1947 roku przed komisją amnestyjną, ale w 1948 został aresztowany przez UB. Z dokumentów i przekazów rodzinnych wynika, że z aresztu wyszedł dzięki interwencji dawnego kolegi ze szkoły podchorążych – Józefa Cyrankiewicza, późniejszego premiera PRL. Ta znajomość, choć z dwóch zupełnie różnych światów, odegra jeszcze jedną ważną rolę w jego życiu.
Po wojnie Sałabun pracował jako nauczyciel fizyki i matematyki w Bytomiu, organizował pierwszą w Polsce Wytwórnię Pomocy Naukowych, publikował podręczniki i przyrządy do doświadczeń fizycznych, wykładał w technikach i szkołach budowlanych. Był człowiekiem, który potrafił łączyć naukę, praktykę i dydaktykę – i to właśnie te kompetencje sprawiły, że w latach 50. powierzono mu zadanie absolutnie wyjątkowe.
Został dyrektorem Planetarium Śląskiego – instytucji, która miała być symbolem nowoczesności, nauki i ambicji regionu. Otrzymał nominacje dopiero po zakończeniu budow Planetarium, którą sfinalizował jego poprzednik, pokrzywdzony przez peerelowskich decydentów Roman Janiczek. Nie jest tajemnicą, że nominacja Sałabuna doszła do skutku również dzięki jego dawnej znajomości z Cyrankiewiczem. Ale to, co nowy dyrektor Planetarium zrobił później, było już wyłącznie jego zasługą: stworzył placówkę, która przez dekady była jednym z najważniejszych centrów popularyzacji astronomii w Polsce.
Planetarium pod kierownictwem Sałabuna było miejscem, gdzie nauka stawała się doświadczeniem – gdzie dzieci, młodzież i dorośli mogli po raz pierwszy zobaczyć niebo takim, jakim widzą je astronomowie. Sałabun kierował nim przez lata, nadając mu charakter instytucji nie tylko edukacyjnej, ale i kulturotwórczej.
Jego droga –
od oficera września, przez konspirację , po
dyrektora jednej z najbardziej nowatorskich instytucji ówczesnego PRL – jest
jak soczewka, w której skupia się cała złożoność polskiej
historii XX wieku. I jest kolejnym dowodem na to, że Park Śląski
powstał dzięki ludziom o niezwykłych życiorysach, odwadze i
kompetencjach – nie dzięki systemowi, lecz pomimo niego.
„Komuszy park”? Dajcie spokój!
Patrząc na Park Śląski z dzisiejszej perspektywy, łatwo widzieć w nim tylko produkt epoki, w której powstał. Tymczasem jego prawdziwa historia biegnie zupełnie innymi ścieżkami. To miejsce stworzone przez ludzi, którzy przeszli przez konspirację, Powstanie Warszawskie, obozy koncentracyjne, fronty i powojenne represje. Przez żołnierzy AK, sanitariuszki, więźniów kacetów, nauczycieli tajnych kompletów, ludzi, którzy ryzykowali życiem, zanim zaczęli sadzić drzewa, projektować ogrody, rysować plany i budować pawilony.
Park Śląski nie jest więc „komuszy”. Jest ludzki — utkany z biografii, które nie mieszczą się w prostych podziałach. Z doświadczeń, które mogły złamać, a jednak stały się fundamentem czegoś trwałego i dobrego. Z pracy ludzi, którzy po wojnie nie budowali pomników, lecz przestrzeń wspólną.
Park Śląski, oglądany z tej perspektywy, przestaje być tylko inwestycją komunistycznych władz, a staje się mapą ludzkich losów – często dramatycznych, przewaznie skomplikowanych i chyba nigdy czarno‑białych. To przestrzeń, w której splatają się ścieżki powstańców, więźniów obozów, konspiratorów, nauczycieli tajnych kompletów, żołnierzy Września i ludzi, którzy po wojnie musieli na nowo wymyślić swoje życie.
Ich biografie nie są przypisane do tablic, pomników ani nazw alejek. Są wpisane w krajobraz – w zieleń, w architekturę, w układ przestrzeni, w miejsca, które mijamy bez zastanowienia. I może właśnie dlatego warto o nich mówić: bo Park Śląski jest jednym z tych rzadkich miejsc, gdzie historia nie krzyczy, lecz szepcze. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie przyłożyć ucho.
Dziś, w Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Armii Krajowej, warto spojrzeć na Park właśnie w ten sposób: jako na miejsce, w którym pamięć o tamtym pokoleniu nie jest zapisana na tablicach, lecz w krajobrazie. W ścieżkach, polanach, ogrodach, roślinach. W przestrzeni, która powstała dzięki tym, którzy – mimo wszystko – potrafili tworzyć.
Może Cię zainteresować:

