Joanna Bartel: Miałam zostać w Niemczech, ale wydarzyła się "Święta Wojna"

23 stycznia 2000 roku TVP wyemitowała pierwszy odcinek serialu "Święta wojna". Wtedy nikt nie nie spodziewał, że ta produkcja będzie miała aż 13 sezonów i w sumie 322 odcinki. Ale telewidzowie polubili Ślązaków Bercika (Krzysztof Hanke) i jego żonę Andzię (Joanna Bartel) oraz ich znajomego, "cwaniaczka" z Warszawy Zbyszka (Zbigniew Buczkowski). Zapytaliśmy Joannę Bartel o to, jak znalazła się w tym serialu i co jej, mieszkającej wtedy w Niemczech artystce, dała taka popularna produkcja telewizyjna

Joanna Bartel Swieta Wojna

Rozmowa z Joanną Bartel

W latach 70. i 80. była pani rozchwytywaną artystką, występowała pani m.in. z Andrzejem Rosiewiczem, z Tadeuszem Drozdą, z Kabaretem "Długi". Jak to się stało, że w latach 90. nie było o pani prawie nic słychać?
W latach 90. zrobił się dla nas, artystów kabaretowych, kryzys. Występowałam już solo, musiałam jeździć na pojedyncze występy od Suwałk przez Szczecin do Rzeszowa. Rynek się zmieniał, nie było roboty, po prostu było źle. A rodzice cały czas naciskali, żebym przyjechała do nich, do Niemiec. Ale ja nie chciałam...

Pani rodzice długo już wtedy mieszkali w Niemczech?
Jak wielu Ślązaków, wyjechali do Niemiec. Oni - tuż przed stanem wojennym. Mojego tatę odnalazł jego kolega z czasów wojny. Ojciec miał wszystkie potrzebne papiery, by móc zamieszkać w Niemczech. No i rodzice pojechali. Mieszkali w Kolonii. Ale ja powiedziałam, że w życiu nie pojadę do Niemiec.

Dlaczego?
W Polsce miałam fajną pracę, fajnych kolegów. Powiedziałam: "Niemcy nie są z gumy, wy tam sobie siedźcie". Ale jak się ten 90. rok zaczął, to okazało się, że już nikogo w Polsce nie miałam, bo i mój brat wyjechał, wszyscy wyjechali. Ja zawsze byłam samotnikiem, wszystko w życiu robiłam sama, sama jeździłam autostopem, sama się dostałam na studia. Nikomu nigdy nic nie mówiłam, robiłam po swojemu. Tata mówił do mnie tak: Co ty w tej Polsce możesz? Może masz kachlok, hajcujesz do pieca, i co? Maszyna do szycia, i to jest cały twój majątek. Mur się przewraca, nie wiadomo w którą stronę to pójdzie, dziołcha. Przyjedź do Niemiec. Chociaż na chwilę. A ja: Nie, nikt nie będzie mnie zmuszać, żeby tam jechać.

To co finalnie panią przekonało, żeby jednak pojechać do Niemiec, do rodziców?
Wiedziałam, że rodzice są coraz starsi, i w końcu zdecydowałam, że pojadę, na próbę. Niemcy mnie od razu wysłali na "szprachkurs", na naukę języka niemieckiego. Powiedzieli, że będą mi płacić 900 marek miesięcznie, ale nie wolno się spóźniać i muszę się uczyć. Zdecydowałam się, bo wszędzie za naukę języka trzeba płacić, a tu mi płacili, że się uczę. Spałam u rodziców na materacu na podłodze. Pilnowali mnie, choć miałam już prawie 40 lat. Mówili: Bo co sąsiady powiedzą, kaj ty to się smykasz po nocach. Zapomnieli, że ja już się zrobiłam dorosła w międzyczasie. Ja wtedy po niemiecku nic nie umiałam oprócz "Guten Morgen", ale ponieważ mam słuch do języków i bardzo to lubię, to wszystkich przeskoczyłam na tym kursie,. W mojej klasie byłam jedyną osobą z Polski.

Kurs się skończył, i co pani zrobiła?
Chciałam wracać do Polski, bo miałam mieszkanie w Chorzowie, ale poszłam... do roboty w Niemczech. Na czarno pracowałam jako barmanka - zresztą po tej pracy została mi piosenka "Barmanka Hanka", którą czasami śpiewam na moich recitalach. I choć kurs języka skończyłam z wyróżnieniem, to dopiero w tej knajpie nauczyłam się świetnie mówić po niemiecku. Tam przychodził bardzo przystojny chłopak, który mi mówił, że szkoda mnie do tej knajpy. Miał galerię sztuki i ramowania obrazów, namówił mnie, żebym dla niego malowała obrazy na zamówienie. Kupił mi wszystkie przybory. Więc miałam z tego dodatkowe pieniądze. A z nim, miał na imię Lutz, a mówiłam na niego pieszczotliwie po polsku - Lucek, co mu się bardzo podobało, związałam się na 8 lat. Bardzo porządny Niemiec był, fajny chłopak.

To chyba już nie chciało się pani wracać do Polski?
Chciałam wrócić, ale nie miałam do czego. W Niemczech dostałam mieszkanie. Dzięki Luckowi zwiedziłam kawał Europy. Myśmy się świetnie dogadywali z Lutzem, do dziś jesteśmy w serdecznym kontakcie. Myśmy się nie pokłócili, nie powadzili, nas rozdzieliła "Święta Wojna". No bo co on miał w Polsce robić? Jak on miał w Niemczech pracę, nie znał polskiego, a ja zaczęłam grać w serialu telewizyjnym.

No właśnie. Jak to się stało, że dostała pani angaż w "Świętej Wojnie"? Przecież pani nawet w Polsce wtedy nie mieszkała...
Ja po cichu cały czas marzyłam, że wrócę do branży. Rodzice mieli mieszkanie w Międzyzdrojach, gdzie jeździłam latem. No i oczywiście spotykałam tam na kabaretach moje koleżanki i kolegów. Krysię Sienkiewicz, Basię Wrzesińską, Marcina Dańca, Eleni.

Co pani czuła, gdy oglądała te występy?
Było mi żal, gdy siedziałam na widowni i oglądałam to. Z jednej strony miałam życie w Niemczech, blisko rodziców, porządnego chłopaka. Z drugiej - głód sceny nie dawał o sobie zapomnieć.

Nikt panią tam, w Międzyzdrojach nie namawiał, żeby wróciła pani na scenę?
Kiedyś na ulicy spotkałam menadżera Marcina Dańca i on mi mówi: Bartel, kurde, co ty w tych Niemcach robisz? Ja założyłem babski kabaret, będziesz występować z dziewczynami, z Wrzesińską, Sienkiewicz, Fatygą, Biedrzyńską. Ja na to: Jezus Maria, ale ja już nic nie pamiętam. A on na to: Mój syn zna na pamięć wszystkie twoje monologi. On ci przypomni. Jutro masz przyjść, masz występ w amfiteatrze. Dał mi 200 zł zadatku za ten występ i poszedł.

I co? Przyszła pani do amfiteatru?
Przeraziłam się, że nie mam się w co ubrać, nie mam odpowiedniej sukni, butów. Ale z pomocą mamy udało mi się strój skombinować. Tego wieczoru poszłyśmy na dansy, i ona mi te dwie stówy zabrała, dała muzykom z orkiestry. Już nie miałam wyboru, musiałam to odpracować.

Udał się ten pierwszy występ po przerwie?
Na początku nic nie zapowiadało sukcesu. Przyszłam do garderoby prawie że spłakana, i Agnieszka Fatyga mi powiedziała tak: Asia, tyś z mojej hałdy i ty sobie nie dasz rady? Oczywiście wyściskały mnie Basia Wrzesińska, z którą się bardzo lubię, i Krysia Sienkiewicz. I mówią: idź i gadaj jako pierwsza. No i wypchnęły mnie na tę scenę. Patrzę ze sceny, a tam pełno znajomych na widowni i pierwsze co powiedziałem to było: "Wiecie co?". Ludzie zaczęli się śmiać i już miałam brawa, a jeszcze nic nie powiedziałam. Mówię "dzień dobry" i następne brawa. Ja nie wiem, co ja mówiłam przez 15 minut, ale ludzie po prostu się pokładali ze śmiechu.

Czyli był sukces. Zaczęła pani występować regularnie z babskim kabaretem?
Tak, zagrałyśmy parę imprez. Zarobiłam na ogórki kiszone i papierosy. Ale powiedziałam, że muszę wracać do Niemiec, i wróciłam. Okazało się, że dziewczyny będą mieć kilka występów w Niemczech i dobrze by było, żebym z nimi zagrała. Ja już byłam bardziej przygotowana, miałam kilka monologów opracowanych, nagrane pół playbacki. Uszyłam sobie piękną suknię. Pierwszy występ miałyśmy w Düsseldorfie. One przyjechały zmęczone z Polski i mówią: My się musimy umalować. Asia, wychodź pierwsza. Ja na to: Nikt mnie tu nie zna. Przyszli na babski kabaret, na wasze nazwiska. Biedrzyńska mówi: Nie no, dasz sobie radę, idziesz. No i tam wystąpiłam, powiedziałam te wszystkie monologi, strasznie rozśmieszyłam ludzi, bo wszyscy byli polsko i niemieckojęzyczni, gdy zaczęłam mówić po niemiecku z rosyjskim akcentem, którego się nauczyłam od Rosjan z ławek obok na kursie niemieckiego. W sumie zagrałam z babskim kabaretem pięć koncertów w Niemczech, i sobie pomyślałam, że to by było na tyle.

Ale nie było, jak się domyślam?
Zaczęły się mną interesować różne polskie gazety w Niemczech, zapraszać na imprezy. Zarabiałam na tym jakieś nieduże pieniądze, do tego malowałam dla galerii.... W Polsce się zwiedzieli, że ja w Niemczech występuję. I w roku 1998 zaprosili mnie na wybory Miss Wakacji w Ustroniu. Ja tam zrobiłam niezły numer. Byłam wtedy chuda, jak na mnie, bo się za tym barem solidnie nalatałam, i wyszłam na scenę razem w misskami w czarnym kostiumie kąpielowym. Zrobiłam sobie szarfę "Miss Loch Ness".

To musiało być widowiskowe...
Ale tam jeszcze nic się nie wydarzyło, poza tym że spotkałam Władka Komara, z którym wcześniej pracowałam w Polsce i bardzo się lubiliśmy. Pojechałam zaraz potem do Międzyzdrojów, gdzie znów był Władek, jeszcze z innymi sportowcami, uczestniczyli w memoriale. I tam, na imprezie, on mi mówi: "Jak można być tak utalentowanym i jakiemuś Niemcowi obiady gotować? Ty musisz, Asia, wrócić do Polski. Powinnaś zagrać w serialu, znowu złapać popularność. Będziesz od tego odcinać kupony. Ale pierwszą imprezę będziesz grała ze mną, tylko ze mną". Następnego dnia Władek miał jechać na Litwę, pożegnaliśmy się serdecznie, jeszcze mu piasek z włosów wysypywałam. Pół godziny później dostałam telefon od znajomej, że Władek zginął w wypadku samochodowym razem z tyczkarzem, mistrzem olimpijskim z Montrealu, Tadeuszem Ślusarskim. To były straszne chwile, bo bardzo się przyjaźniliśmy z Władkiem.

Ale jego przepowiednia, niestety już zza grobu, się spełniła?
Tak, ale nie tak od razu. Rok później w listopadzie zadzwonili do mnie z Polski, że mam wystąpić na Rozbarku w Cechowni, że mamy grać Barbórkę. Pojechałam tam. Patrzę, a na scenie jakiś taki malutki facecik śmieszny z dziewczyną śpiewa. To był późniejszy Bercik (czyli Krzysztof Hanke). Mieszkałam wtedy w hotelu i gdy wychodziłam z windy, to zderzyłam się z jakimś facetem. Mówię do niego: "Ale pan miał szczęście, że wpadł pan w moje airbagi". A to, jak się okazało, był reżyser "Świętej Wojny".

Od razu zaproponował pani angaż do serialu?
Nie tak szybko. Pojechałam z powrotem do Kolonii. W międzyczasie kabaret Rak przyjechał do Leverkusen na występy i mnie zaprosili. Wyrwali na scenę. Krzysiek Hanke mówi: Wiesz co Asia, kurde, my teraz taki serial zaczęliśmy. Fajnie by było, jakbyś z nami grała. Byś się tam przydała, bo ty fajnie po śląsku godosz. Ja mówię: Coś ty, ja już do Polski nie wrócę. Mam tutaj faceta, mieszkanie i wszystko. Ale jak przyszłam do domu, to miałam tam już 6 metrów faksu. Cała rolka się zużyła. Przyszedł scenariusz "Świętej Wojny" i informacja, że mam przyjechać do Katowic.

Pojechała pani?
Tak, pojechałam pociągiem. Ostatnie pieniądze wydałam na bilety. Miałam być w jednym odcinku. Zagrałam scenkę. Miałam być bardzo zdenerwowana. No i byłam, bo 17 lat przed kamerą nie stałam. Miałam w tej scenie Bercika zbić torebką, ale powiedziałam, że co prawda na Śląsku jest matriarchat, ale baby chopów nie biją, a poza tym on nie chodzi w mojej wadze (to zdanie zresztą potem zostało w serialu). Przyszedł producent i powiedział: Aleś to k... zagrała fantastycznie. No zagrałam, i pojechałam z powrotem do Kolonii. I się zaczęło. Nagle zaprosili mnie do następnych odcinków.

Jak się pani spodobała, to chyba nic dziwnego?
Reżyser Marek Bielecki, zresztą pomysłodawca "Świętej Wojny", wziął mnie na rozmowę i mówi: Pani Joanno, bardzo się nam pani podoba, ma pani grać taką zązę, trochę złośliwą. Ja mówię: To nie będzie trudne, bo ja taka jestem. Ale wie pan co, przecież ja nie będę przyjeżdżała z Kolonii na plan serialu za jakieś symboliczne pieniądze, bo pociąg jest droższy niż gaża. A on: Skąd pani wie, że pani będzie w tym serialu grała dłużej. Ja mówię: Wiem, bo po prostu jestem zdolna. Takiej hucpy się nauczyłam w Niemczech. No i się zaczęło. Skąd ja mogłam wiedzieć, że z tego się zrobi 9 lat.

I że "Święta Wojna" okaże się takim sukcesem...
Tak, kręciliśmy kolejne sezony, i następne. Ja dzięki temu serialowi powoli zaczęłam wychodzić z biedy, wykupiłam mieszkanie na własność w Chorzowie Batorym. Zrezygnowałam z niemieckiego "socjalu", a z czasem przeniosłam się na stałe do Polski.

Zyskała pani też dużą popularność.
Tak, ludzie mnie rozpoznawali na ulicy. Byłam dla nich "Andzią". Całowali po rękach, ale też ciągle pytali "Gdzie Bercik?". Miałam też coraz więcej zleceń na imprezy, programy telewizyjne: "Bezludna wyspa", "Łyse konie", "Ananasy z naszej klasy", reklamy. Zarobiłam na kupno ziemi na wyspie Wolin na Bałtyku i do dziś spędzam tam, w moim domu, każde lato. Pracowałam wtedy intensywnie, teraz bym już tak nawet nie umiała.

Dlaczego tak pani wtedy goniła?
Byłam ambitna, poza tym chciałam nadrobić to, co moi koledzy w Polsce zrobili, a co ja straciłam przez emigrację do Niemiec. Po Niemcach została mi, w tak zwanym ausztojerze czyli w posagu, biegła znajomość niemieckiego. No i przy Lucku zobaczyłam kawałek Europy, bo on był podróżnik. Wróciłam do Polski i powiedziałam, że ziemię bym tu całowała. Jak puentę opowiem taką historię: Kiedyś w Rybniku na urodzinach jakiegoś biznesmena, występowała część zespołu "Śląsk". I gdy oni zaczęli śpiewać pieśniczki śląskie, to siedząc na widowni, zaczęłam strasznie płakać. Krzysztof Hanke mówi: Asia, być chopym. Czemu ty płaczesz? Ja na to: Bo ja się tak cieszę, że ja jestem w Polsce. Ja już do żadnych Niemiec nie jadę. Człowiek się musi starzeć wśród swoich.

Kadr z serialu "Święta wojna"

Może Cię zainteresować:

Hanke: Daj Boże, żeby było więcej takich Bercików, którzy w życiu do czegoś doszli. Żeby wszyscy byli takimi dupami życiowymi

Autor: Jacek Skorek

07/04/2024

„Przeklęta dzielnica"? Zobaczcie, nie zawsze taka była!

Może Cię zainteresować:

„Przeklęta dzielnica Świętochłowic"? Lipiny były kiedyś ładną i bogatą miejscowością. Fotografie nie kłamią

Autor: Maciej Poloczek

23/11/2025

Ania Drewniok

Może Cię zainteresować:

Śpiewała po śląsku w BBC! Pogodejmy z Anią Drewniok - piosenkarką pochodzącą z Rybnika

Autor: Arkadiusz Szymczak

28/12/2025

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama