Katowice mają w sobie coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Coś, co nie mieści się w prostych opowieściach o mieście „zbudowanym na węglu”, o „przemysłowym cudzie”, o „śląskim Chicago”. To wszystko prawda, ale niepełna. Bo zanim Katowice stały się miastem kominów, hut i kolei, zanim pojawił się pierwszy burmistrz, który – jak wiemy – uciekł z miejską kasą do USA, zanim na peryferia rozrastającego się miasta wypchnięto rdzennych mieszkańców niczym na Dzikim Zachodzie, nim Grundmannstraße stała się 3 Maja, a Schneiderstraße – Mickiewicza, nim w ogóle ktokolwiek pomyślał o Katowicach jako o mieście, ktoś tu zrobił coś absolutnie niezwykłego.
Ustawił miasto pod słońce.
Nie metaforycznie. Dosłownie.
I dlatego Katowice – choć młode, choć bez średniowiecznego rodowodu, choć bez zamku, murów i legend o rycerzach – mają w sobie coś, czego nie mają nawet niektóre miasta o tysiącletniej historii: kosmiczne DNA, wpisane w ich pierwszy plan urbanistyczny. Inspirowany najstarszymi obserwatoriami astronomicznymi ludzkości.
Rrocznica nadania praw miejskich 11 września 1865 roku to najlepszy moment, by o tym przypomnieć.
Zegarmistrz światła
W Katowicach wszystko zaczęło się nie od placu targowego, nie od kościoła czy ratusza, ale od linii. Od kresek na planie. Od osi, które wyznaczył człowiek, o którym dziś pamiętają tylko pasjonaci: Heinrich August Moritz Nottebohm. Urbanista, który zaprojektował nowe, miejskie Katowice.
Nottebohm urodził się jako syn zegarmistrza, co mogło ukształtować jego obsesję na punkcie precyzji, rytmu i porządku. Zegary, mechanizmy, cykle, powtarzalność – to wszystko było mu bliskie od dzieciństwa. A gdy dorósł, przeniósł tę logikę z wnętrza zegarka na plan miasta. Drugim kluczem do jego myślenia była astrologia i historia antyczna. Nottebohm pasjonował się nimi i to na tyle poważnie, że najwyraźniej znalazło przełożenie na sposób, w jaki zaprojektował Katowice. To właśnie z tego połączenia: zegarmistrzowskiej precyzji i astrologicznej wyobraźni, narodził się pomysł, który dziś wydaje się wręcz nieprawdopodobny. Nottebohm wpisał więc w plan Katowic rodzaj zegara astronomicznego. To nie jest interpretacja. To twarde fakty, opisane w źródłach i potwierdzone obserwacjami. Co najważniejsze: rozwiązania urbanistyczne Nottebohma istnieją w centrum Katowic do dziś. Można je zobaczyć, zmierzyć, sfotografować. Można stanąć na 3 Maja lub Mickiewicza odpowiedniego dnia i poczekać na zachód słońca. System Nottebohma nadal działa jak megalityczne obserwatorium astronomiczne.
Powtórzmy: obserwatorium. To, co skonstruował Nottebohm w śródmieściu Katowic, budzi oczywiste skojarzenia z najstarszymi obserwatoriami astronomicznymi, które służyły niczemu innemu, jak właśnie odmierzaniu czasu. Tych, które opierały się na obserwacji Słońca, Księżyca i innych ciał niebieskich jeszcze w czasach, gdy spisano te wersety Księgi Rodzaju:
A potem Bóg rzekł: „Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata; aby były ciałami jaśniejącymi na sklepieniu nieba i aby świeciły nad ziemią”. I stało się tak. Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu nieba, aby świeciły nad ziemią; aby rządziły dniem i nocą i oddzielały światłość od ciemności. A widział Bóg, że były dobre.
Ulice Zachodzącego Słońca
To chyba Henryk Waniek jako pierwszy dostrzegł coś, co większości mieszkańców umyka: dwie ulice Katowic są jak strzały wycelowane w zachód słońca. I to w pewnych szczególnych dniach roku. Dni te zaś zaliczają się do tych od tysiącleci najważniejszych.
Wygląda na to, że Nottebohm zanim cokolwiek narysował, zmierzył dokładnie, gdzie zachodzi słońce. Wiosną, latem, jesienią. Sprawdził horyzont. Wziął kompas. Przyłożył linijkę. I dopiero wtedy wykreślił dwie główne ulice, które miały stać się kręgosłupem przyszłego miasta: Grundmannstraße (dziś 3 Maja) i Schneiderstraße (dziś Mickiewicza).
I ustawił te ulice tak, że: 24 czerwca (dzień św. Jana, przesilenie letnie) słońce zachodzi w osi ulicy Mickiewicza, a w równonoc wiosenną i jesienną – w osi ulicy 3 Maja. Przy okazji oparł kształt Placu Wolności na sześcioramiennej gwieździe, geometrycznym symbolu o długiej tradycji w kulturach antycznych, znaku kosmicznego porządku. Tak jakby chciał zostawić Katowiczanom przyszłości jakiś swój podpis, podpowiadający interpretację jego urbanistycznego klucza: wszak Słońce to również… gwiazda.
I tak powstał astronomiczny zegar, zaklęty w samą tkankę Katowic.
Tę myśl Wańka przypomniał niedawno Zbigniew Rokita w książce Aglo:
„W dniu przesilenia letniego słońce zachodzi na ulicy 3 maja, a podczas równonocy wiosennej i jesiennej – na ulicy Mickiewicza.”
Katowice jak piramidy i Stonehenge?
Jeśli ktoś uważa, że porównanie Katowic do piramid jest przesadą, to… ma rację. Ale tylko trochę. Bo piramidy w Gizie są ustawione pod gwiazdy. Świątynie Majów – pod przesilenia. Stonehenge – pod wschody i zachody słońca w kluczowych momentach roku.
Katowice mają rynek ustawiony jak kalendarz, z dwoma głównymi ulicami – jak przyrządy celownicze instrumentu astronomicznego wyznaczające kluczowe dni w rocznym ruchu słońca. To nie jest zwykły plan miasta. To kosmiczna orientacja, wpisana w sam początek Katowic, zanim jeszcze zostały miastem. Nottebohm nie projektował „układu ulic”. On projektował porządek świata w mikroskali. Miasto, które miało rosnąć jak „słoneczny poemat”, jak pisał Waniek. I to jest właśnie to DNA, o którym warto mówić w rocznicę 11 września 1865 roku. Bo Katowice nie narodziły się z przypadku. Miasto narodziło się z kosmicznej precyzji.
Miasto światła
Wystarczy stanąć na 3 Maja w czerwcu, tuż przed zachodem słońca albo na Mickiewicza w równonoc. Po czym tu i tam spojrzeć w zachodni horyzont, choć dziś zasłaniają go kamienice, biurowce , drzewa, reklamy, czy co tam jeszcze.
Słońce nadal zachodzi dokładnie tam, gdzie Nottebohm to przewidział.
To jest właśnie ta tajemnica Katowic. Miasto, które powstało i rozwinęło się dzięku przemysłowi, pieniądzom, gorączce modernizacji i masowym migracjom, w konfliktach i wirze dziejowego chaosu – wciąż ma w sobie kosmiczny porządek, który przetrwał wszystko.
A dlaczego warto o tym mówić dziś? Bo rocznica 11 września 1865 roku to nie tylko „kolejna data”. To moment, w którym Katowice stały się miastem – ale miastem, które już wtedy miało wyjątkowy fundament. Nie legendę. Nie mit o smoku, czy inną średniowieczną opowieść albo rycerską sagę.
Katowice mają coś lepszego: astronomiczny akt założycielski.
Miasto narodzone z obserwacji nieba. Ustawione pod światło. Miasto, które – jak piramidy Egipcjan i Majów – ma w sobie coś, co wykracza poza zwykłą urbanistykę.
I może to również dlatego Katowice są tak dziwne. Tak nieoczywiste, pełne sprzeczności trudne do opisania. Tak fascynujące. Bo są miastem, które zaczęło się od Słońca.
W rocznicę nadania praw miejskich warto spojrzeć na Katowice nie jak na „miasto przemysłowe”, „miasto kultury”, „miasto modernistyczne”, „miasto metropolii”, ale jak na miasto światła. Bo zanim pojawiły się huty, kopalnie, kamienice, tramwaje, tearry, kina, parki, lampy uliczne czy neony – pierwsza pojawiła się tu linia kosmicznego światła w oku Projektanta.
Nottebohm
narysował miasto tak, jak starożytni budowali świątynie, będące jednocześnie obserwatoriami astronomicznymi. Z myślą
o tym, co jest ponad nami. I to jest być może
najpiękniejsza rzecz, jaką można powiedzieć o Katowicach w ich
urodziny: Katowice są
miastem, które ma w sobie niebo.
Może Cię zainteresować:

