Sbb welcome

Marcin Zasada: Punkowcy źli, nasze SBB dobre. O podręczniku szkolnym pełnym głupot i niedorzeczności

Marcin Zasada: Punkowcy źli, nasze SBB dobre. O podręczniku szkolnym pełnym głupot i niedorzeczności

autor artykułu

Marcin Zasada

Minister Czarnek uhonorował naszego Józefa Skrzeka i jego SBB. W przygotowanym na zlecenie resortu edukacji podręczniku do Historii i Teraźniejszości SBB, legendarny śląski zespół, trafił na krótką listę prawych przedstawicieli rock&rollowego bagna, w którym większość przeklina, prowadzi się bezbożnie i czci belzebuba.

Żeby nie było, że tylko sobie jaja robię. Podręcznik do HiT, nowego przedmiotu, który ma ukształtować przyszłe pokolenia prawdziwych Polaków, pełen jest takich głupot i niedorzeczności, że – mimo wszystko – trudno uwierzyć. Pisane językiem politycznej propagandy wywody o zdeprawowanym Zachodzie, o degeneratach z gitarami, o lewackich zboczeniach, antykoncepcji, feminizmie-nazizmie i dzieciach z hodowli mają licealistom wtłuc do głów, że są świadkami końca świata, zwiastowanego przez europejski kulturowy kataklizm. Ratunek można streścić w prostym: „Ty miłuj Boga i prawicę (PiS), młody typie”. Nie wiem, jak Bóg, ale prawica od dawna nic z tego, co dzieje się w zachodniej cywilizacji nie rozumie.

Pomijam intelektualną miazgę, którą państwowy podręcznik serwuje np. o in vitro, bo to rydzykowa publicystyka na poziomie kruchty i to rozpozna każdy samodzielnie myślący człowiek, od pierwszej klasy liceum do ostatniej wypłaty emerytury. Ale takie zapisy, podobnie jak o ateizmach czy innych Marksach i Engelsach, wyglądają jak pisane na zamówienie indywidualności pokroju ministra Czarnka. Dla mnie ciekawiej robi się tam, gdzie autor (prof. Wojciech Roszkowski; na marginesie: były europoseł PiS z woj. śląskiego) zaczyna objaśniać „młodym typom”, że powinni słuchać Budki Suflera.

Czerwone Gitary dla wszystkich

Ten szkolny podręcznik jest trochę jak nasze babcie, gdy usłyszały u wnusia (w zależności od epoki): Stonesów, Black Sabbath, Metallikę czy Nirvanę i pytały: „A nie możesz, kochany, puścić Czerwonych Gitar albo Anton aus Tirol?”. Różnica jest taka, że prof. Roszkowski nie pyta, tylko wyjaśnia: „muzyka rockowa stanowiła rodzaj parawanu dla pierwszych dwóch członów hasła sex, drugs & rock and roll”. I lecimy z przykładami: Bob Dylan, The Beatles, The Doors, The Rolling Stones, Jimi Hendrix i Janis Joplin. „Stale przesuwano granicę wrażliwości w muzyce rockowej, w której popularność zdobywały zespoły grające coraz głośniej. To oczywiście też jest rzeczą gustu, ale co gorsza zaczęto manipulować warstwą tekstową, używając coraz bardziej dosadnych słów. To zaś wykraczało już poza obręb muzyki jako takiej” – czytamy. Innymi słowy: Beatlesi byliby spoko, gdyby do końca swych dni śpiewali „Love Me Do”.

Prawica tak już ma, że w kulturze popularnej chciałaby zawsze słuchać Czerwonych Gitar. Tu jest gorzej: jej ideologowie marzą, by wszyscy słuchali i nie pojmują, dlaczego tak nie jest. Według prof. Roszkowskiego punkowcy byli źli, bo przeklinali, buntowali się przeciwko normom społecznym, dążyli do anarchii, źle się ubierali i źle czesali. A gdzie skutki kryzysu naftowego z 1973 roku? Gdzie kryzys ekonomiczny, społeczny i polityczny w Wielkiej Brytanii? Z czego wzięło się to całe „No future”, które piętnuje Roszkowski? Może z tego, że biedne wyrzutki pokroju Sex Pistols wyraziły to, co czuli ich rówieśnicy: że w nowym brytyjskim chaosie będą jeszcze biedniejsi od swoich rodziców. Tak bywa w muzyce: jej losy zmieniały zapomniane przez Boga gnojki z poprawczaków, synki ze społecznych nizin, ci zbuntowani i wkurzeni. Świetnie, że mówi o tym podręcznik do historii, bo w tamtych czasach muzyka miała moc zmieniania świata. Źle, że profesor historii nic z tego wszystkiego nie rozumie.

Śmierć na masową skalę

Nasze śląskie SBB znalazło się w bodaj najbardziej komicznym fragmencie tego wywodu. „Oprócz prymitywnych i wulgarnych nurtów punkowych, rozkwit przeżywał rock symfoniczny” – pisze Roszkowski. Yes, Genesis, Emerson, Lake & Palmer, King Crimson, a w Polsce m.in. Budka Sulfera, Riverside czy SBB. Pal licho, że połowa z wymienionych w podręczniku w tamtych i późniejszych czasach flirtowała z różnymi okultyzmami, nie stroniąc przy okazji od tego i owego. Na szczęście, Roszkowskiemu nikt nie powiedział, że Józef Skrzek (SBB) swego czasu akompaniował Romanowi Kostrzewskiemu, gdy ten recytował na płycie „Biblię satanistyczną” LaVeya albo równie bluźniercze „Listy z Ziemi” Marka Twaina. Nawet dziadki z Budki Suflera z ewangelią też chyba byli na bakier („Czas czekania, czas olśnienia” np.) i można by tak w nieskończoność jechać z tą komedią.

Kiedyś, w czasach polskiego „satanic panic”, różne wujcie-wariatuńcie tworzyły spisy zakazanych zespołów. Było paru księży z takimi skłonnościami, był pan Ryszard Nowak, gotów udowodnić, że puszczone od tyłu piosenki z „Akademii Pana Kleksa” wychwalają diabła. Nigdy nikt nie odważył się jednak, by temu kulturoznawczemu odpustowi nadać jakąkolwiek rangę. Dziś to jest szkolny podręcznik. Wiecie, że prof. Roszkowski tłumaczy licealistom angielskie nazwy podejrzanych kapel? Black Sabbath to Czarny Sabat. Judas Priest – Kapłan Judasz. A Megadeth – „Śmierć na Masową Skalę”. Lolcontent? „Wszystkie te zespoły to rodzaj opętania hałasem, chrapliwymi wrzaskami solistów (solistów!), wykrzykujących wśród migotania laserowych świateł słowa pełne nienawiści, wykonujących gesty sprośne”. To jest podręcznik szkolny. To nie jest ściąga dla milicjantów pilnujących Jarocina 40 lat temu. To jest podręcznik szkolny w XXI wieku. Aha, thrash metal to według Roszkowskiego „śmieciowy metal”. Śmieci to po angielsku „trash”, nie „thrash”. Brakuje tylko, żeby profesor przetłumaczył nazwę naszej grupy Kat na „kot” (czarny, oczywiście). Komedia na każdej stronie.

Mięczaki z FBI

To propagandowe tyrady przeciwko muzyce rockowej rodem z absurdalnych krucjat obrońców amerykańskiej moralności, którzy chcieli posadzić Elvisa za kręcenie biodrami. Gdy politycy zabierają się za cenzurowanie kultury, efekty zawsze są tragikomiczne. W latach 60. FBI prowadziło (2 lata!) śledztwo w sprawie rzekomych obsceniczności w tekście beztroskiej piosenki „Louie Louie”. Tylko dlatego, że wokalista (zespół The Kingsmen) śpiewał niewyraźnie. Rozumiecie? Przez dwa lata sztab ludzi za publiczne pieniądze rozkładał skoczną przyśpiewkę na czynniki pierwsze, żeby odnaleźć w niej pozdrowienia do piekła i pochwały dla seksu oralnego. Udostępniony w końcu raport FBI w tej sprawie ma 140 stron. Gdyby wtedy Hoover miał pod ręką ministra Czarnka i prof. Roszkowskiego, pewnie wszyscy ci rockowi degeneraci poszliby siedzieć. I cały świat do dziś słuchałby Czerwonych Gitar.

Tamte krucjaty i tę naszą, "HiTową", łączy jedno: są kompletnie niewydarzone, bo też inne nie mogą być. Nie, wszystko je łączy: komiczni inkwizytorzy, kompletne fiasko, odwrotny efekt i spektakularny bodziec w dalszym procesie laicyzacji. I jeszcze to: Czarnek, Roszkowski i sam czort jeden wie, kto jeszcze za tym stoi, naprawdę wierzą w te brednie.

Roman kostrzewski irek loth

Może Cię zainteresować:

Hetfield nas pyta: „Czemu wy tak szybko gracie? Czasem trzeba też wolniej, a wy łoicie bardziej niż my”. Ireneusz Loth wspomina Romana Kostrzewskiego

Autor: Marcin Zasada

08/07/2022

Snoop Dogg - Hood Of Horror

Może Cię zainteresować:

POPŚLĄZAG: Skąd Snoop Dogg wytrzasnął płytę SBB? Amerykański raper wykorzystał fragment kompozycji Skrzeka w swoim utworze

Autor: Marcin Zasada

22/05/2022

POPŚLĄZAG: Bob Marley i Józef Skrzek

Może Cię zainteresować:

POPŚLĄZAG: Jak Bob Marley i Józef Skrzek spotkali się na jednej scenie w Roskilde. "Aż sie na rzici usiodłech"

Autor: Marcin Zasada

01/04/2022