Po premierze serialu "Ołowiane dzieci" na nowo rozgorzała dyskusja o cenie, jaką mieszkańcy niektórych miast, miasteczek i wsi zapłacili za rozwój przemysłu i industrializację. Ważny głos w tej dyskusji daje Marta Tomczok, autorka książki "Blizny. Krajobrazy po przemyśle", która 4 marca ukaże się nakładem Wydawnictwa Czarne.
Tomczok jest profesorką nauk humanistycznych, specjalizującą się w literaturoznawstwie, na Uniwersytecie Śląskim (i mamą czwórki dzieci!), ale jej książka pokazuje, że jest też świetną reportażystką. Niepomna poważnej profesji lata "po krzokach", hałdach i miejscowościach zapomnianych przez Boga i ludzi, by pokazać, jak przemysł za czasów PRL-u wgryzł się w krajobraz nierzadko sielskich okolic. Jak pogoń za skarbami ziemi zmieniła je w przestrzenie bez życia, tożsamości i ducha. Co o tej przemianie myślą i mówią mieszkańcy ziem odzieranych ze skalpu.
Choć Marta Tomczok jest Ślązaczką, i oczywiście nie mogła pominąć w książce tematów śląskich: jak katowicki Burowiec z hutą ołowiu "Szopienice", "Czerwone osiedle" w Knurowie-Szczygłowicach czy szczególnie bliskie jej sercu Świerklany i okolice Rybnika, to nie brakuje tu przykładów z Łużyc, Konińskiego, Łódzkiego, Tarnobrzega czy Głogowa.
Jak przyznaje Tomczok, książka na początku miała być tylko i wyłącznie pozycją o krajobrazach poprzemysłowych.
- Udało się, chociaż nie wiedziałam na początku, że tak będzie, poznajdować kolejne miejsca podobne do siebie i zauważyć jakąś regułę rządzącą tworzeniem tych miejsc dla przemysłu po 1945 roku - opowiada autorka książki.
Zaczęło się od wyjazdów do Bełchatowa. - Pojechałam tam po raz pierwszy zimą 2023 roku, zobaczyć jak wygląda kopalnia odkrywkowa. Dla mnie, dziewczyny wychowanej w Knurowie, znajome były takie zakłady jak kopalnia głębinowa, koksownia, huta, ale zupełnie nie wiedziałam, jak działa odkrywka. Było to dla mnie ogromne zaskoczenie, bo rozmiary takiej kopalni na powierzchni są ogromne. Zjawiskowość taka geologiczna na pewno też, ale największym zaskoczeniem było to, że w tym miejscu, gdzie ona się teraz znajduje, mieszkali kiedyś ludzie. I to nie była informacja, która by była gdzieś umieszczona, o której by dużo mówiono, o której w ogóle by mówiono - opowiada o swoich wrażeniach z Bełchatowa. I dodaje: - To też było ważnym wyznacznikiem do napisania tej książki, że skoro ja nie wiem, a traktuję się w niezwykle przeciętny sposób, jak taka przeciętna osoba, to pewnie przeciętny Polak też nie wie, że tak się działa.
- Historia wysiedleń pod budowę zakładów przemysłowych, nieszczęsnych dla wysiedlanych i dla krajobrazu zaczyna się w Nowej Hucie na początku lat 50., kiedy pod budowę kombinatu hutniczego wysiedlane są podkrakowskie wsie, gdzie jest bardzo dobra ziemia, nie ma żadnych zewnętrznych przyczyn, których może się, tak jak to potem robi, uchwycić propaganda, żeby ludziom wmówić, że nie powinni żyć w tych miejscach, bo one nie są najlepsze do życia i znajdą lepsze w mieście albo w innych wsiach. I jednocześnie mieszkańcy tych wsi są bardzo świadomi, że mieszkają w dobrych miejscach. Nie ma jeszcze wtedy odpowiedniego prawa wywłaszczeniowego, które pojawia się znacznie później. I wielu z nich odchodzi z niczym. Procesy potomków mieszkańców tamtych wsi, związane z Nową Hutą niekiedy trwają, trudno w to uwierzyć, ale warto sobie przewertować prasę, do dziś. Podobną historię, na mniejszą skalę, ale też jednak nieprzyjemną, przeżywaliśmy blisko nas w związku z parkiem w Chorzowie (dziś Parkiem Śląskim - tę historię opisał na łamach ŚLĄZAGA Tomasz Borówka - przyp. red.) - dodaje Marta Tomczok
- To są historie zapomniane, ale dla ludzi, którzy doświadczają kolejnego wysiedlenia, one się stają jaskrawo bliskie, bo oni przypominają sobie, że skoro było wtedy takie coś, to władza się pewnie zachowa podobnie - zauważa autorka "Blizn".


