Lasy Państwowe
Pożar w Kuźni Raciborskiej

Na gigantycznym pogorzelisku w Kuźni Raciborskiej znów szumi las. Mija 30 lat od tego najbardziej niszczycielskiego pożaru w powojennych dziejach polskiego leśnictwa

Od wielu dni w sierpniu 1992 roku było gorąco jak w piekle. Dokładnie 30 lat temu iskry spod kół pędzącego pociągu doprowadziły w Kuźni Raciborskiej do najbardziej niszczycielskiego pożaru w powojennych dziejach polskiego leśnictwa. Spłonęło 9 tysięcy hektarów lasu. W walce z żywiołem zginęło dwóch strażaków, a spieszący się do pożaru wóz strażacki śmiertelnie potrącił 23-letnią kobietę. Zdążyła jeszcze odepchnąć córkę w wózku.

Zarzewie ognia było na terenie Nadleśnictwa Rudy Raciborskie. 26 sierpnia 1992 roku jechał tamtędy pociąg towarowy do Kędzierzyna. To spod jego kół, podczas hamowania, sypał się snop iskier, które padały na łatwopalny grunt. Trawa wzdłuż torowiska była wysoka, wyschnięta na pieprz z powodu panujących od wielu tygodni afrykańskich upałów. Porywisty wiatr szybko przenosił ogień na okoliczny las, który trawił kolejne drzewa. Po trzech godzinach pod ogniem było 600 ha, a po kolejnych trzech – płonęło już 2000 ha.

Dziś tam znów szumi piękny las. Jego odtworzenie zakończyło się ostatecznie sukcesem, choć w niektórych miejscach drzewostan ciągle wymaga szczególnej pielęgnacji i przebudowy – wyjaśnia Roman Suska, rzecznik prasowy Nadleśnictwa Rudy Raciborskie. – Po pożarze spieszono się z nasadzeniami, sadzono głównie sosnę, a teraz ten drzewostan wymaga zróżnicowania. W miejsce sosen pojawią się drzewa liściaste, głównie dęby i buki.

Akcja gaśnicza rozpoczęła się 26 sierpnia 1992 roku

Z żywiołem walczyło ponad 10 tysięcy ludzi. W kulminacyjnej fazie pożar gasiło 4700 strażaków, 3200 żołnierzy, 1150 pracowników Służby Leśnej, 650 policjantów, ponad 1000 funkcjonariuszy obrony cywilnej, a także niezliczona liczba ludzi dobrej woli.

Intensywna akcja gaśnicza trwała od 26 do 30 sierpnia 1992 roku, dogaszanie pogorzeliska o wiele dłużej. Straty i koszty liczymy do dziś, szły w setki miliony złotych.

Dla przyrodników miarą kosztów była zagłada świata flory i fauny, skomplikowanego leśnego ekosystemu. Dobijano wygłodniałe zwierzęta i te, które miały kopyta spalone do kości.

Na pożarzysku długo stały jeszcze kikuty nadpalonych drzew, niczym przestroga. Wysadzono potem na tym miejscu ponad 100 milionów sadzonek drzew i krzewów, by znów szumiał tu las.

Ogień na szczęście nie zbliżył się do Gliwic, zakładów azotowych i chemicznych

Tragedia sprzed 30 lat przeszła do historii jako pożar w Kuźni Raciborskiej, czy Rudach Raciborskich, choć dwa dni później ogień trawił także lasy w sąsiednich Nadleśnictwach: Rudziniec (wieś Rudziniec leży w powiecie gliwickim) i Kędzierzyn. Niepokojąco zbliżał się do zakładów azotowych w Kędzierzynie-Koźlu i zakładów chemicznych w Blachowni. Gdyby dosięgnął zgromadzone tam ogromne zbiorniki paliw i chemikaliów... Lepiej nie myśleć, jaka byłaby to zagłada. Ratownikom pomógł wówczas wiatr, zmieniając kierunek.

Ogień niebezpiecznie zbliżał się też do Gliwic. Leśnicy postanowili wówczas wyrąbać pas o szerokości 100 m, na długości 1,5 km, by ogień nie przeskoczył wierzchołkami drzew. Cięli zdrowe i dorodne drzewa przez całą noc ratując to, co jeszcze można było uratować.

Spłonęło w sumie ponad 9 tys. ha, najwięcej w Nadleśnictwie Rudy Raciborskie – 4480 ha. Pożar objął tereny o obwodzie aż 120 km. Ustalono potem, że ogniska zapalne wybuchały co kilka minut wzdłuż torów kolejowych PKP linii Racibórz – Kędzierzyn. Wtedy właśnie jechał tamtędy pociąg towarowy i nikt już potem nie miał wątpliwości, kto zawinił. Z dwóch wież obserwacyjnych napłynęły niemal jednocześnie meldunki o pojawiającym się dymie wzdłuż tych torów.

Odtworzenie spalonego lasu kosztowało leśników wiele wysiłku, stresu, ale też pokory. Pomagali uczniowie, społecznicy. Już wiosną 1993 roku wysadzili miliony sadzonek, przeważnie sosny, brzozy i modrzewia. Gdzieniegdzie nie przetrwała nawet połowa z nich, bo drzewka „ugotowały się” w gorącym wciąż piasku, a lato znów było ubogie w deszcz.

W Nadleśnictwie Rudziniec spłonęło 2,5 tys. ha lasu. Trzy lata później cały areał był na nowo obsadzony. Na 211 hektarach już pięknie rosły modrzewie. I wtedy zaatakował je kornik modrzewiowiec, który nigdy wcześniej nie był tu problemem. Młody las zaczął umierać i trzeba było wyciąć drzewa z 10 hektarów. Gleba po pożarze była wciąż jałowa, a więc rośliny niedożywione.

Najdłużej paliły się torfowiska

Zakończenie akcji gaśniczej przyspieszył deszcz. Najdłużej paliły się torfowiska, najtrudniejsze do ugaszenia i najniebezpieczniejsze dla strażaków. Nie widać ognia, a jedynie gdzieniegdzie dym wydobywający się spod spodu. Każdy krok może prowadzić do niebezpiecznej pułapki, bo wypalona ziemia zapada się wtedy razem z człowiekiem. Dogaszanie torfowisk trwało do połowy września 1992 roku.

Nauczeni tamtymi doświadczeniami stworzyliśmy Krajowy System Ratowniczo-Gaśniczy. Jesteśmy mądrzejsi, lepiej zorganizowani. Ten pożar wymusił na kolei obowiązek utrzymywania pasa ochronnego wzdłuż torowisk biegnących w pobliżu lasów. Bruzdy trzeba regularnie mineralizować, jak mówią leśnicy, to znaczy pozbawiać roślinności, która mogłaby doprowadzić do pożaru. Najlepiej zaorać.

Od 30 lat ten teren też jest wielkim poligonem badań z wielu dziedzin leśnictwa. Stale prowadzi je Uniwersytet Rolniczy w Krakowie.

Kopalnia Bibiela

Może Cię zainteresować:

To warto zobaczyć w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii: tajemnicza kopalnia „Bibiela” i kolorowe jeziorka nieopodal Miasteczka Śląskiego

Autor: Patryk Osadnik

15/08/2022

Las Murckowski

Może Cię zainteresować:

Co kryje Las Murckowski? Dawniej był to zaledwie fragment Puszczy Śląskiej. Dziś trzeba chronić jej resztki

Autor: Patryk Osadnik

12/06/2022