„Ołowiane dzieci” to najnowsza produkcja Netflixa, sześcioodcinkowy serial w reżyserii Macieja Pieprzycy, oparty na scenariuszu Jakuba Korolczuka i wyprodukowany przez Orient Film. W rolę dr Jolanty Wadowskiej‑Król – lekarki z Katowic‑Szopienic, która w latach 70. ujawniła masowe przypadki ołowicy u dzieci mieszkających w cieniu Huty Szopienice – wciela się Joanna Kulig, której partnerują m.in.
- Agata Kulesza,
- Kinga Preis,
- Michał Żurawski,
- Marian Dziędziel,
- Zbigniew Zamachowski,
- Sebastian Pawlak.
Serial przenosi widza w realia śląskiego PRL‑u: świata robotniczych dzielnic, zakładów przemysłowych, przychodni, szpitali i urzędów, świata, który w dużej mierze już nie istnieje – zniknął wraz z wygaszeniem przemysłu ciężkiego i rewitalizacją dawnych osiedli. „Ołowiane dzieci” są więc nie tylko opowieścią o odwadze jednej lekarki, ale także próbą rekonstrukcji epoki, która przeminęła. Pytanie brzmi: czy serial potrafi pokazać ten świat wiarygodnie i prawdziwie?
Pierwsze wrażenia: rekonstrukcja świata, który zniknął
Po dwóch odcinkach „Ołowianych dzieci” widać, że realizacyjnie to bardzo dobra robota. Twórcy nie tylko trafnie dobrali plany zdjęciowe, ale też zadbali o ich „sterylizację” – usunięcie współczesnych reklam, anten, szyldów i wszystkiego, co mogłoby zdradzić XXI wiek. Wnikliwi szczególarze być może wypatrzą tu i ówdzie jakiś przeoczony detal, ale mnie niemal nic nie zakłuło w oczy. No, może współczesne słupki przed wejściem do dawnego Komitetu Wojewódzkiego. Ale skoro filmowcy potrafili poradzić sobie ze stojącym dziś na placu Sejmu Śląskiego pomnikiem Korfantego, to i to ten szczegół można im wybaczyć.
Na niewielkiej ulicy Grunwaldzkiej w Ligocie nigdy chyba nie było sanepidu – ale może czegoś nie wiem. W Sali Marmurowej Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego nie wisiały portrety Gierka i Breżniewa – ale takie jest prawo kina. Ważniejsze jest to, że twórcy potrafili złożyć świat PRL‑owskiego Śląska z wielu fragmentów. Maciej Pieprzyca na premierze w Kinoteatrze Rialto podał przykład krótkiej sceny z idącą bohaterką, na którą złożyły się ujęcia z Kolonii Alfred w Katowicach, świętochłowickich Lipin i jeszcze z Zabrza. To właśnie takie „czary” – starannie przemyślane, niewidoczne dla widza przejścia między planami – budują wiarygodność tej rekonstrukcji.
Świat zastany a świat odtworzony
Ocena historycznej wiarygodności „Ołowianych dzieci” wymaga uwzględnienia jednego kluczowego faktu: współczesne produkcje nie mają już dostępu do tego Śląska, który Kazimierz Kutz filmował w XX wieku. Reżyser „Soli ziemi czarnej”, „Perły w koronie”, „Paciorków jednego różańca” (zwłaszcza) i „Śmierci jak kromka chleba” (to już w ogóle) pracował w przestrzeni, która była autentyczna, nieprzetworzona i wciąż żywa. Miał do dyspozycji okopcone familoki, brudne podwórza, nieodnowione klatki schodowe, działające kopalnie i huty, dymiące kominy, robotnicze dzielnice, które wyglądały dokładnie tak, jak w epokach, które przedstawiał. Jego filmy są dzięki temu nie tylko fabułą, ale również dokumentem krajobrazu, który dziś już nie istnieje.
Twórcy „Ołowianych dzieci” stoją przed zupełnie innym zadaniem. Śląsk lat 70. został w dużej mierze wymazany fizycznie: przemysł ciężki wygaszono, wiele zakładów zburzono, familoki odrestaurowano, tu wymieniono stolarki okienne, tam ocieplono elewacje, uporządkowano przestrzeń publiczną. To, co kiedyś było naturalnym tłem codzienności, dziś wymaga rekonstrukcji – fragment po fragmencie, kadr po kadrze. Współczesny filmowiec nie może po prostu „wejść w przestrzeń epoki”, musi ją zbudować, znaleźć „kieszenie czasu”, unikać współczesnych detali, a czasem korzystać z cyfrowych retuszy. To dziś stały i neraz kosztowny problem historycznych produkcji. Nie tylko tych o Śląsku, gdyż to, z czym mierzą się twórcy „Ołowianych dzieci”, nie jest wyjątkiem, lecz regułą współczesnych produkcji historycznych. Krajobraz zmienia się szybciej niż kino, a filmowcy coraz częściej muszą odtwarzać epoki, których fizycznie już nie ma. To nie dotyczy tylko Śląska. Przykładów można podać multum, ograniczmy się do kilku.
Analogie? Od TVP po Hollywood
W Polsce twórcy „Korony królów” TVP nigdy nie mogli pozwolić sobie na to, by bohaterowie przejechali konno taką choćby Floriańską w Krakowie – bo współczesny Kraków jest kompletnie niepodobny do średniowiecznego. Każdy kadr wymagałby cyfrowego czyszczenia: usuwania szyldów, witryn, okien, anten, kostki brukowej, a nawet zmian proporcji budynków. Podobne problemy stwarzałyby plenery na Wawelu – nie tylko ze względu na współczesne otoczenie, ale także na fakt, że średniowieczne wyposażenie wnętrz po prostu nie istnieje jako funkcjonalny, kompletny zespół. Wawel jest dziś muzeum – i to muzeum prezentującym przekrojowo kulturę materialną wielu epok – a nie przestrzenią, którą można swobodnie wykorzystać jako gotową scenografię średniowiecznej produkcji. Dlatego serial powstawał głównie w dekoracjach i na zamkniętych planach.
Podobne problemy mają twórcy zagraniczni. Francis Ford Coppola, kręcąc „Ojca chrzestnego”, musiał całkowicie przebudować fragmenty Nowego Jorku, bo miasto lat 70. nie przypominało już tego z lat 40. Produkcja wynajmowała całe ulice, wymieniała szyldy, zaklejała współczesne okna, usuwała hydranty, lampy, a nawet… asfalt, który zastępowano kostką, by oddać klimat epoki. W scenach z Little Italy niemal każdy detal był rekonstrukcją.
Martin Scorsese w „Irlandczyku” miał podobny problem: współczesna Filadelfia i Nowy Jork nie nadają się do kręcenia scen z lat 50. i 60., więc wiele ulic odtworzono cyfrowo, a część scenografii zbudowano od zera.
Twórcy „Peaky Blinders” musieli z kolei szukać resztek industrialnej Anglii, bo Birmingham z początku XX wieku zniknęło niemal całkowicie. Serial kręcono w Liverpoolu, Manchesterze i w muzeach przemysłu, a większość tła to cyfrowe doklejki kominów, dymu i brudu.
Nawet „Downton Abbey”, choć rozgrywa się w jednym pałacu, wymagało cyfrowego usuwania współczesnych elementów: linii energetycznych, asfaltu, anten, a nawet… zbyt nowoczesnych drzew.
Współczesny filmowiec na Śląsku ma dziś podobny problem. W odróżnieniu od Kutza, który miał ten luksus, że po prostu po prostu wchodził we wciąż żywy świat epoki, nieraz swego rodzaju filmow skansen. Jego młodsi koledzy po fachu muszą ten świat zrekonstruować, czasem za ogromne pieniądze, czasem z pomocą CGI, a czasem wykorzystując kilka ocalałych fragmentów dawnego krajobrazu. Dlatego oceniając historyczne produkcje, warto pamiętać, że ich twórcy pracują nie tylko z historią, ale i z brakiem historii w przestrzeni.
Prawdziwy PRL bez lukru
Scenarzyści również odrobili lekcję historii. Istotna dla fabuły data wizyty Breżniewa na Śląsku i jubel na jego cześć w Spodku nie są wzięte z sufitu, a wiele drobnych elementów epoki – od języka po realia pracy lekarzy – brzmi prawdziwie.
Twórcy chwalą się, że każda scena jest „przesiąknięta śląskością”. W moim odczuciu to lekka przesada – np. pewna kapitalna scena w areszcie z lat 70. mogłaby wydarzyć się (do taktu tej samej muzyki) w dowolnym mieście PRL. Ale scen arcyśląskich jest naprawdę dużo. Brudne okna i parapety, dogorywające paprotki, odrapane lamperie, chopy oglądające fuzbal na jedynym w familoku telewizorze za talon – to jest Śląsk tamtych lat. Nie ten przesłodzony, prawie że plastikowy z filmu „Gierek”, ale ten prawdziwy, szorstki, robotniczy. Taki, który może widza spoza regionu skłonić do refleksji, ile naprawdę kosztowały „peerelowskie przywileje” śląskich robotnków. Motyw „huty żywicielki” i „huty trucicielki” jest wprowadzony wprost – i przez to działa jeszcze mocniej.
Obraz plebejskiego, robotniczego, czerstwego Śląska ma w sobie coś z klimatów Kutza. Choć rekonstruowany jest nieomal w klatce jednego podwórka i kilku mieszkań robotniczej dzielnicy, ma klasę i ciężar.
Aktorzy są w wysokiej formie. Zamachowski jako Grudzień balansuje na granicy karykatury – ale z tego, co o nim czytałem, Decymber naprawdę bywał już nawet nie tyle karykaturalny, co wręcz groteskowy. Palcowi się nie przyjrzałem – szczególarze, szable w dłoń! Grudzień z „Ołowianych dzieci” to nie kabaretowa kreacja Generała czy Maślaka w „Gierku”. Dziędziel jako Ziętek jest kapitalny (jest i kryka, a jakże!), może trochę za szczupły i za żwawy jak na lata 70., ale to drobiazg. Czy Jorg powiedziałby „Trzymcie się”, czy raczej „Chowcie się” – można dyskutować. Ważne, że dobrze oddano jego zwyczaj mówienia po polsku do nie‑Ślązaków, choć oczywiście z akcentem i śląskimi wtrąceniami.
Świetnie zarysowana jest też opozycja między chorobliwie ambitnym, bezwzględnym aparatczykiem, któremu wydaje się, że jest chytry, a starym, szczwanym lisem, który w życiu widział już niejedno i nie z takimi sobie radził. Obaj działają w ramach tego samego – i to napięcie jest pokazane bezbłędnie.
Czy „Ołowiane dzieci” pokazują Śląsk prawdziwie?
Konkluzja po dwóch odcinkach? Twórcy wykonali ogrom pracy, by odtworzyć świat, którego już nie ma i po którym pozostały nam tylko porozrzucane po całej aglomeracji fragmenty. Nie wszystko da się zrekonstruować idealnie – bo nie można cofnąć czasu, przywrócić dymiących kominów, odrapanych klatek schodowych, nieszczęsnych dogorywających paprotek i brudu, który był codziennością. Ale tam, gdzie współczesny Śląsk pozwala, serial trafia w ton epoki z imponującą precyzją. Zaś tam, gdzie nie pozwala, twórcy nadrabiają pomysłowością, montażem i umiejętnym kadrowaniem.
To nie jest Śląsk Kutza – bo nie może być. To Śląsk odtworzony, złożony z resztek dawnego krajobrazu, z pamięci, z dokumentów i z filmowego rzemiosła. I właśnie dlatego warto go docenić: bo w czasach, gdy przestrzeń przestała być sprzymierzeńcem filmowców, „Ołowiane dzieci” pokazują, że można opowiedzieć prawdziwą historię, nie mając już dostępu do prawdziwego świata, w którym się wydarzyła.
Czy serial oddaje Śląsk lat 70. wiarygodnie? W mojej ocenie – tak, na tyle, na ile dziś jest to w ogóle możliwe. A czasem nawet lepiej, niż można by się spodziewać. Bo prawda tej historii nie leży wyłącznie w detalach scenografii, lecz w atmosferze, w napięciach, w relacjach, w ciężarze codzienności. To zaś twórcom udało się uchwycić zaskakująco celnie.
I może właśnie dlatego „Ołowiane dzieci” są ważne: bo przypominają, że byliśmy nie tylko tłem dla wielkiej historii, ale jej bohaterem – żywym, trudnym, brudnym, prawdziwym. I że warto o tym świecie pamiętać, nawet jeśli dziś istnieje już tylko na ekranie.


