Krzysztof Lewandowski i „Opowiem wam PRL”: Sklepy, kolejki i codzienne kombinowanie

Krzysztof Lewandowski udostępnił nam fragment swojej najnowszej książki „Opowiem wam PRL” – pełnej wspomnień, anegdot i obrazków z codziennego życia w schyłkowej Polsce Ludowej. Tym razem autor szeregu fabularyzowanych biografii (m.in. Jerzego Ziętka i Karola Goduli) zabiera nas do świata sklepów, kolejek, kartek i handlowych absurdów, które dziś brzmią jak opowieści z innej planety. Dziękujemy autorowi za możliwość publikacji i z pełnym przekonaniem polecamy całą książkę.

NAC
Kolejka w czasach PRL-u

W kolejce i bez kolejki

Tego nie da się dziś zrozumieć, a jednak nie było to wcale tak dawno. Największe cyrki były z mięsem. Choć sprzedawano je na kartki, to i tak było trudno dostępne. Sklepy sprzedawały na dwie tury – rano siedemdziesiąt procent zaopatrzenia, a o piętnastej trzydzieści pozostałe trzydzieści procent, niby dla pracujących. Kolejki ustawiały się zwykle jakąś godzinę lub więcej przed rozpoczęciem handlu. Tworzyły się specjalne komitety, które skrupulatnie notowały, kto za kim stoi. My zwykle robiliśmy to na raty. A więc najpierw szedł mój brat, odstał swoje i zastępowałem go ja. Dopiero potem wkraczała mama. Było to normalną i częstą praktyką, choć byliśmy przecież dziećmi. Nikt się temu nie dziwił. Sklep, do którego chodziliśmy (bliziutko, dosłownie przez podwórze), otoczony był licznymi murkami. Siedziało się więc grzecznie. A kolejki były zawsze dwie. Ta druga była tzw. „kolejką bez kolejki”, czyli dla uprzywilejowanych – kobiet w ciąży, matek z dziećmi do lat trzech, inwalidów… Te osoby często były proszone o zrobienie zakupów dla kogoś innego, więc z czasem żartowano, że ta „kolejka bez kolejki” jest dłuższa niż ta „kolejka w kolejce”… W praktyce każdą z nich obsługiwała inna ekspedientka.

Sprzedaż trwała około dwóch godzin. Nerwowo przebierało się nogami, co zostanie, a czego zabraknie. Prowadziło się więc wywiad. Na tablicy ogłoszeń wisiało szczegółowo opisane, ile jest towaru. Chodziło się więc od osoby do osoby z pytaniem, co kupi, by mieć wiedzę, że ten asortyment, o którym marzymy, jest w naszym zasięgu! Pozostałą dniówkę panie siedziały sobie spokojnie przy pustych hakach. Przezabawny widok.

Bywało też, że w sklepach nie było… nic. Na półkach stał tylko ocet. Rządki identycznych butelek, puste witryny, cisza. Wiele lat później tłumaczyłem to dzieciom, ale wzruszyły ramionami: „Jak to, cały hipermarket i tylko ocet?”. No i masz babo placek – jak im wytłumaczyć, że świat wtedy wyglądał zupełnie inaczej? „Największe” sklepy były mniejsze niż dzisiejszy korytarz do kibla w handlowych molochach, a oferta – przeważnie żadna. Inna logistyka, inne zaopatrzenie, inne państwo. Jedno pokolenie drugiego nie zrozumie: dla nas „ocet na półkach” to skrót myślowy całej epoki, a dla nich – zagadka z innej planety.

Wspólne tematy

Wbrew pozorom, nie było to takie złe. Wiele osób wręcz to lubiło. To czas niezliczonych, niezobowiązujących spotkań i dyskusji. Ludzie się poznawali, wymieniali doświadczeniami, każdy mógł się wypowiedzieć. „Gdzie kupić papier toaletowy?”, „Czy kartki na mięso są dobre, czy złe?”, „Czy warto zamienić alkohol na słodycze?”. To była dopiero perfidia! Niektóre towary z kartek można było zamieniać! Przecież nie każdy palił papierosy, więc mógł dostać w zamian… cukierki. Kto to wymyślał?

W telewizji programy były dwa, a coś interesującego pokazywano zwykle po Dzienniku Telewizyjnym o dwudziestej. Cała Polska oglądała to samo, to i w kolejce było o czym rano porozmawiać. Profesor uczelni, sprzątaczka i portier mieszkali obok siebie, w prawie takich samych mieszkaniach, zarabiali podobnie i podobne mieli problemy. I najważniejsze – mieli mnóstwo wspólnych tematów do rozmów.

Sklepy od tyłu… i inne sklepy

To warstwa pierwsza i oczywiście nie tak to działało. Każdy szanujący się sklep mięsny miał tylne wejście, którym przywożono towar i gdzie trwał załadunek. Kto miał znajomości… kupował właśnie tam. I to ogromne ilości dla całej rodziny. Moja ciocia miała taką znajomą, a że była dość wysoko w ówczesnej hierarchii społecznej, jeździła już autem. Ładowała cały bagażnik i przywoziła to do babci, gdzie następował podział łupów. Mama zwykle narzekała, bo musiała kupować nie to, co chciała, tylko to, co wzięła ciocia. Oczywiście trzeba było oddać kartki i zapłacić. To jednak i tak była zupełnie dobra opcja.

W Zabrzu był sklep przyzakładowy. Opowiadał mi znajomy, że długo tam mógł kupować, bo jego ojciec był emerytowanym pracownikiem Zakładów Mięsnych. Któregoś dnia mu powiedzieli, że nie może już przychodzić. Nie wiadomo, kto decydował o tym, kto i dlaczego mógł robić tam zakupy. Dla tzw. zwykłych obywateli był on zamknięty.

Do tego dochodziły sklepy… policyjne, wojskowe i partyjne. Miały tam wstęp tylko uprzywilejowane osoby. Wszyscy wiedzieli, gdzie się znajdują, ale nie było widać z zewnątrz, co się tam dzieje. No i najważniejsze – w Zabrzu był sklep przyzakładowy, przy zakładach mięsnych. Zapach unosił się w odległości około kilometra. Cudowny! Tam kupować mogli pracownicy i ich rodziny. Czasem komuś udało się załatwić jakiś lewy kwit i też coś kupić. Trzeba się było nakombinować.

… oraz te górnicze.

No i sklepy górnicze – to odrębna kategoria. Oprócz pieniędzy, kartek i bonów dolarowych, w PRL-u środkiem płatniczym były także książeczki „G”! Trwał wielki spór pomiędzy Kościołem a partią, czy w niedzielę można pracować. Słynne było hasło: „Niedziela Boża i nasza”. Węgiel był jednak potrzebny, jako główny towar eksportowy, który szczególnie chętnie kupowała Wielka Brytania zamykająca swoje kopalnie. Opór społeczny tamtejszych związków zawodowych został złamany polskim surowcem! Wiele ośrodków górniczych do dziś nie podniosło się z tego ciosu i w każdą rocznicę śmierci legendarnej premier brytyjskiego rządu Margaret Thatcher, autorki tej koncepcji, odbywają się tam radosne pikniki pod hasłem: „Wiedźma nie żyje”.

Wstrzymywanie wydobycia w niedzielę było ekonomicznie niekorzystne dla gospodarki, a górnicy się buntowali. Wymyślono więc, że za każdą przepracowaną godzinę, oprócz wynagrodzenia (wyższego niż w dzień powszedni), dostawało się zapis na książeczce „G”, która upoważniała do zakupów w sklepach górniczych! A czegóż tam nie było? Opony samochodowe, narty, pierwsze komputery osobiste. Cuda, panie, cuda! Wiele towarów zupełnie nieosiągalnych. Trzeba było sobie znaleźć zaprzyjaźnionego górnika i z nim robiło się zakupy. Nawet samochody można było kupować. Tylko że trzeba było trochę nazbierać tych punktów, jak dziś na Orlenie. I nagle się okazało, że górnikom nie przeszkadza praca w niedzielę, a wręcz przeciwnie – bardzo to lubią. Nienawidziła za to Śląska cała Polska. Oto „Solidarność” walczyła o wolne niedziele, w kopalniach trwały najbardziej zażarte strajki w tej sprawie, a tu się nagle okazało, że to już nieważne, bo górnicy są posłuszni jak baranki i nawet im nie przeszkadza, że zamordowano ich kolegów podczas pacyfikacji Wujka!

Prywaciarze

Kolorytu do ówczesnego handlu dodawały także tzw. sklepy prywatne czy ajencyjne. Towar w nich głównie pochodził z paczek z Niemiec, które ludzie tam przynosili. Ich właścicielom udawało się też zdobywać w jakiś dziwny sposób towary poza państwowymi centralami zaopatrzenia. Takimi ich sztandarowymi produktami były pasztetowa i chleb z prywatnej piekarni. Skąd oni brali tę pasztetową? Dlaczego tylko ten produkt świniobicia? Co oni tam namielili? Nie wiem. Zajadała się nią cała Polska. I ten chleb – inny, taki duży, dopieczony. Nagle się pojawiły małe, rodzinne piekarnie i mogły sprzedawać tylko przez sieć tych prywatnych sklepów. W mojej okolicy były takie dwa. No i mieli coś jeszcze – jajka. Zaczęły powstawać pierwsze, prywatne fermy kurze. Takie coś!

Handel, co do zasady, był „uspołeczniony”. Sklepy były spółdzielcze – spożywcze „Społem”, a tekstylne „WPHW”. Zaopatrywały je ogromne państwowe piekarnie, w Zabrzu tzw. gigant. Chleb i bułki były z niego zupełnie dobre, ale wcale nie tak łatwo dostępne. Nie to, że trudno, ale należało być ostrożnym. W przeciwnym razie dostępny był wyłącznie chleb z kminkiem, który nie każdemu odpowiadał, albo nocny… czyli stary. Nie wiem, jak oni to robili, ale pieczywo z giganta błyskawicznie robiło się czerstwe i bardzo kruche.

Niedaleko naszego mieszkania był taki specjalistyczny sklep, który nazywaliśmy piekarnią, choć z tą nic nie miał wspólnego. Miał tylko wyroby piekarnicze, które zwykle dość szybko znikały i nie było w nim nic. To znaczy – była ekspedientka. Dość zmierzła.

Dzieci rodziło się dużo, więc w szkołach uczono na zmiany. Gdy więc miałem iść na jedenastą, mogłem kupić pieczywo. Zwykle przyjeżdżało około dziewiątej. Ustawiała się więc kolejka i czekaliśmy, a samochód lubił się spóźniać. Potem trwał rozładunek, aż wreszcie – długo wyczekiwana sprzedaż. Świeże bułki z giganta! Nawet w Lidlu takich nie ma!

Ulica Wolności, główna w Zabrzu, a wówczas serce handlu w mieście, miała swoje równoległe życie. Podwórka, połączone tajnymi przejściami, służyły do handlu w drugim obiegu, wymiennym. Ja ci słodycze, ty mi kryształy albo pończochy. Nie do uwierzenia. Większość sprzedaży szła za sklepem niż w sklepie!

Gdy rzucili kawę i pomarańcze

Były jeszcze tzw. specjalne dostawy. Nagle po osiedlu roznosiła się wieść, na przykład: „kawę rzucili!”. Wtedy szybko informowało się kolejne osoby i biegło wystać po zdobyczny towar. Zasada była taka, że jedna osoba mogła kupić jedną paczkę. Stało się więc całymi rodzinami. Im kto miał więcej dzieci, tym więcej otrzymał. Tak oto budowało się więź i spędzało czas w gronie najbliższych. Z czasem wykombinowano, że te rzuty będą planowe, żeby ludność mogła się przygotować. I tak przykładowo kawa była w pierwszy wtorek miesiąca. Dochodziło do takich absurdów, że z czasem popyt został zaspokojony, ale dalej można było sprzedawać po paczce. Ludzie więc wracali do kilkuosobowej kolejki wielokrotnie! Wcześniej podwójne lub potrójne stanie także było normą i nikogo nie dziwiło. Najgorzej, jak w końcu kolejki za kawą zniknęły, a zasady pozostały. Jak wrócić do czegoś, czego nie ma?

– Nie mogę sprzedać panu drugiej paczki, bo sprzedajemy po jednej. – A gdybym stanął jeszcze raz w kolejce? – To wtedy mogłabym panu sprzedać drugą paczkę. – Ale nie ma kolejki. – No właśnie. Co zrobić? Taki przepis!

Całe epopeje były z pomarańczami. Po okresie gierkowskim zniknęły te tradycyjne, które znamy, a zaczęły się pojawiać tylko takie bratniego narodu kubańskiego. Żółte, z grubymi skórkami, nawet smaczne. Rzucano je na sklepy przed świętami Bożego Narodzenia. Polska to był dziwny kraj. Z jednej strony komunistyczny, czyli ateistyczny, a z drugiej w ponad dziewięćdziesięciu procentach składający się z praktykujących katolików. I władza to na swój sposób szanowała, dostarczając wiernym pomarańcze na święta, by odczuwali, jakie są one wyjątkowe i ważne. W Dzienniku Telewizyjnym informowano więc codziennie, że pomarańcze płyną i pewnie niedługo dopłyną. Atmosfera była podniosła, napięcie rosło. Wreszcie ogłoszono, że są w porcie. Teraz trzeba było biegać do warzywniaka i sprowadzać towar. Wiadomo było, że pojawią się raz, przez dwie, trzy godziny – i tyle. Najważniejsze – nie być pominiętym.

W całym tym zamieszaniu władza widziała swój cel. Społeczeństwo miało mieć zajęcie, a nie politykować. Skutek jednak był odwrotny. Kolejki stawały się ogromną tubą przekazu. Co z tego, że była cenzura, a papier drukarski reglamentowany, skoro ludzie mogli masowo przekazywać sobie informacje w kolejkach, w których stali godzinami i to w dużych skupiskach?

Kolejkowe koczownictwo

Najdłużej się jednak czekało za benzyną. To były kilometrowe ciągi samochodów. Technika była dość specyficzna – siedziało się kilka godzin, po czym trzeba było iść spać lub na obiad. Zostawiało się więc auto, pieszo lub tramwajem docierało do domu. Inni omijali samochód i dopiero po powrocie wracało się do aktywnego oczekiwania. Kłopot polegał na tym, że najczęściej w rodzinach był jeden kierowca, więc nie miał kto go zastąpić. Ależ wtedy czytelnictwo książek wzrosło! Biblioteka miejska święciła tryumfy! Mieliśmy w tym czasie odwiedziny rodzin z Francji. Toż to była atrakcja turystyczna! Biegali z aparatami, by dokumentować to zjawisko. Nie dało się tego utrwalić na jednej kliszy. Kuzynka poświęciła na to cały film… Ale co tam, stać ich było.

Inna była technika kolejki za paszportem. Powoływano specjalne, społeczne komitety. Tak było społeczeństwo zorganizowane! Należało się codziennie zgłaszać na zbiórkę i akcentować swoją obecność. W przeciwnym razie zostawało się skreślonym z listy. Tak po tygodniu można już było spokojnie stać pół dnia i czekać na przyjęcie. Kto to organizował? Jak? Nikt się nie zastanawiał. Dyscyplina w społeczeństwie była ogromna. Podobny model obejmował stanie za telewizorami czy meblami. To niezwykłe, jak szybko społeczeństwo samo wypracowuje określone zachowania i zaczyna żyć jak niezależny organizm. W filmach Barei pokazano W filmach Barei pokazano, jak stawało się w kolejkach, choć nie wiadomo było nawet, za czym ona stoi. To niestety nie był żart. To była rzeczywistość. Krystyna Prońko wyśpiewała słynny Psalm stojących w kolejce:

– Na co w kolejce tej czekasz? – Na starość. – Co kupisz, gdy dojdziesz? – Zmęczenie. – Co przyniesiesz do domu? – Zwątpienie. (…) Kiedyś te kamienie drgną i polecą jak lawina przez noc.

Widziane z góry

Rozmawiałem z wiceprezydentem Zabrza z tamtego okresu. Zajmował się głównie handlem. Kto by dzisiaj pomyślał, że zaopatrzenie mogłoby być jednym z ważniejszych zadań administracji? Koordynowali więc ilość wypieczonego chleba, dostawy, analizowali, czy na święta trzeba go więcej, czy mniej. Nic nie mogło się zmarnować, więc trzeba się było wstrzelić w zapotrzebowanie. Praktycznie wszystko było państwowe – sklepy, fabryki, dostawcy. Tzw. gospodarka planowana. Ktoś to musiał koordynować i przy okazji zajmować się polityką. Oto wybuchł w mieście skandal, że w sklepie partyjnym, tzn. na terenie Komitetu Miejskiego PZPR, są pomarańcze, dostępne tylko dla towarzyszy partyjnych. Trzeba się było szybko odciąć od tego, zaprzeczyć i – najważniejsze – pomarańcze szybko usunąć!

W PRL-u była dwuwładza, na każdym szczeblu. Administracja i partia – PZPR. W Zabrzu miała okazały budynek, do którego nie wolno było wchodzić z pominięciem portiera. Miała dużą salę posiedzeń, gdzie towarzysze ze wszystkich państwowych zakładów pracy zbierali się na posiedzenia. Trudno było powiedzieć, kto jest ważniejszy. Z pewnością na szczeblu kraju to nie premier, a pierwszy sekretarz partii był osobą najważniejszą. Zresztą znamy i późniejsze okresy historyczne, gdzie było podobnie… A jak było na szczeblu miasta? Z pewnością pierwszy sekretarz mógł do prezydenta zadzwonić z każdą sprawą i zażądać jej załatwienia, mógł go także zmienić, jednak większość decyzji podejmowano w magistracie, który miał też zdecydowanie większy aparat urzędniczy. Było to zresztą dość wygodne. I sekretarz miał faktyczną władzę, ale nie odpowiadał za nic. Można było iść do niego na skargę: wysłuchał, pomartwił się i wykonywał telefon. Czasem nawet skuteczny, by ludność wiedziała, że partia jest z narodem, a naród z partią. Wchodzić jednak do tego urzędu było wstydem, bo większość ludzi partią się brzydziła, jako symbolem radzieckiej dominacji. W zakładach pracy pierwsi sekretarze mieli już zdecydowanie mniej do powiedzenia, ale dyrektorzy musieli się z nimi liczyć. Bardzo dziwna konstrukcja.

Tłumaczył mi te zawiłości jeden z sekretarzy Komitetu Wojewódzkiego, czyli jeden z zastępców I sekretarza KW PZPR. Miał nadzór resortowy i terytorialny. On więc odpowiadał za służbę zdrowia i obszar Rud Raciborskich. Dzięki temu miał dostęp do szpitali i lekarzy, a równocześnie do mięsa, gdyż w jego rejonie znajdowały się lasy i leśnicy. Mógł więc organizować rauty, gdzie podawano dziczyznę i pomagano sobie w trawieniu gorzałką, zgodnie z radzieckimi wzorami. W ten sposób budował swoją pozycję towarzyską i polityczną. Wiele spraw mógł potem załatwiać na telefon, bez formalności. Tak to się kręciło. Dziwacznie.

Dość dobrze tę dwuwładzę obrazuje relacja wojewody Jerzego Ziętka i I sekretarza PZPR Zdzisława Grudnia. Dwa ogromne budynki znajdują się obok siebie w Katowicach i trudno dociec, który z gospodarzy był ważniejszy… Dziś mamy wojewodę i marszałka, więc dwuwładza trwa nadal. Tylko budynek jest jeden, więc i spory większe.

W pogoni za luksusem

Opowiadał mi pewien jubiler, jak to zapisy na wyroby ze złota zamykano 2 stycznia. W zasadzie praca roczna się kończyła, a ludzie płodzili nieoczekiwanie i musieli się żenić. Potrzebowali złotych obrączek. Zaczynał się nieoficjalny obieg, wymiana towarowa… U tego jubilera było wszystko: opony, akumulatory, ubrania. Tylko złota nie było! Przynajmniej oficjalnie.

Szaberplac to osobny rozdział. Największy na Śląsku był w Katowicach Załężu. Z Zabrza łatwo się tam dojeżdżało pociągiem. Handlowano głównie przemycanymi towarami, w ogromnych ilościach. Zaczęły się pierwsze podróże do Turcji po swetry, kurtki, spodnie w siatkach, w dodatku pociągiem. Handlowano kasetami magnetofonowymi z muzyką i zegarkami elektronicznymi. Co kto chciał. Trzeba było uważać – łatwo było zostać okradzionym.

A największym placem handlowym była giełda samochodowa w Gliwicach Sośnicy. Sprzedawano auta i przy okazji mnóstwo innych rzeczy. Salonów przecież nie było. Przed giełdą czaili się naganiacze, którzy zatrzymywali samochody i próbowali je kupić przed wjazdem. Opowiadali bajki, bo najczęściej byli handlarzami. Czasem nie chcieli nawet oszukać sprzedającego: auto trafiało na warsztat, przekręcało się licznik, robiło lifting i sprzedawało z zyskiem. Trzeba było uważać. Generalnie giełda była wielkim teatrem – zawodowcy poruszali się w grupach i udawali przypadkowych przechodniów, zbijali ceny, ogłupiali sprzedających, czasem ich okradali. Był tylko obrót gotówkowy – zdarzały się fałszywki i brutalne kradzieże. Dziki kraj.

No i kwitł handel wymienny „towar za towar”. Często możliwość zakupu za... możliwość zakupu.

– Pracowałam w inspekcji weterynaryjnej. Zarabialiśmy marnie, ale mieliśmy dodatki. To znaczy kontrolowane zakłady mięsne i sklepy mięsne dawały nam całe siatki najlepszych wyrobów. Dodatkowo mogliśmy kupować bez żadnych ograniczeń. Wchodziło się do sklepu, że niby kontrola, i na zapleczu spokojnie wybierało się towar – wyjaśniała mi jedna znajoma. – Tak więc jedzenia mieliśmy dużo i rekompensowało to niskie pensje. Tak to zresztą chyba było pomyślane. Marzyłam natomiast o maszynie do szycia. Przynosiłam regularnie frankfurterki kierownikowi sklepu i mówiłam wprost, co chcę kupić. Któregoś dnia kiwa do mnie i zaprasza na zaplecze. Jest! Piękna! I on się mnie pyta, skąd ja biorę te frankfurterki, bo on takich dobrych w sklepie nigdy nie widział, a ja mu odpowiadam, że ja maszyn do szycia w sklepie też nigdy nie widziałam.

Świniobicie: tak, ale… Spekulacji stanowcze nie!

Z tym mięsem zawsze był cyrk. W rolnictwie PRL-u przez wiele lat obowiązywał system kontyngentów, czyli przymusowych dostaw produktów rolnych na rzecz państwa. Rolnicy oddawali produkcję po narzuconych, niskich cenach. System ten był szczególnie dotkliwy i stanowił jedno z głównych narzędzi kontroli wsi. Kontyngenty zostały zniesione dopiero w 1972 r., co nie znaczy, że zapanowała swoboda gospodarcza. Ubój zwierząt na własne potrzeby był dozwolony, ale już sprzedaż mięsa poza państwowymi skupami była nielegalna. Istniał nieformalny, szeroki obieg handlu „sąsiedzkiego”, tolerowany społecznie, lecz zagrożony poważnymi karami.

– Załatwiłam sobie świnię. Oczywiście nielegalnie. Cała mi nie była potrzebna, więc powiedziałam mężowi, żeby coś sprzedał po cichu na kopalni. Ależ się z tego zrobiła afera! Ktoś doniósł, wzywali mnie na milicję. Trzeba się było tłumaczyć – usłyszałem taką relację i podobnych sytuacji było mnóstwo.

W PRL-u walczono także ze spekulantami (dziś nazywa się ich handlowcami). Sprzedaż co do zasady była uspołeczniona, a ceny regulowane państwowo. Spekulant to był ktoś, kto taniej kupił, bo na przykład miał znajomości, i chciał drożej sprzedać. Milicja, ORMO i różne inspekcje prowadziły kontrole na bazarach, w sklepach i mieszkaniach, a prasa regularnie opisywała rozbijanie „szajek spekulantów”. Były grzywny, konfiskaty towarów, a czasem nawet kary więzienia. W rzeczywistości walka ta miała głównie charakter propagandowy. Niedobory, kolejki i kartkowy system sprawiały, że handel wymienny i nieformalna sprzedaż były powszechnym sposobem radzenia sobie z brakami. Bez czarnego rynku system zaopatrzenia szybko by się załamał, dlatego obok pokazowych akcji i procesów istniała cicha tolerancja dla drobnej „spekulacji”, bez której codzienne życie w PRL-u po prostu nie było możliwe.

Krzysztof Lewandowski w Ślązaq

Może Cię zainteresować:

Krzysztof Lewandowski w ŚLĄZAQ : pisarz, który z historii Śląska wydobywa ludzi z krwi i kości

Autor: Tomasz Borówka

13/02/2026

Jorg

Może Cię zainteresować:

Powrót „Jorga” Krzysztofa Lewandowskiego. Kultowa powieść o wojewodzie Jerzym Ziętku i kulisy pisarskiej kuchni autora

Autor: Tomasz Borówka

20/12/2025

Pierwszy pomnik Friedricha Wilhelma von Redena w Königshütte

Może Cię zainteresować:

Reden znaczy więcej. Fragment nowej książki Krzysztofa Lewandowskiego o ojcu górnośląskiego przemysłu

Autor: Krzysztof Lewandowski

23/03/2025

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama