Piotr Fuglewicz: Ludwik Bojarski. Ucieczka przed kościelnym bankructwem prosto do kopalni

Po pożarze kościoła w 1782 roku ksązd Ludwik Bojarski musiał ratować parafię przed bankructwem. Zamiast wycinać lasy, odkrył węgiel – i uruchomił kopalnie, które zapoczątkowały przemysłowy rozkwit Chorzowa Starego.

Ksiądz Ludwik Bojarski zapoczątkował przemysł w Chorzowie Starym

Od Redakcji:

Nieodżałowany Piotr Fuglewicz na kilka tygodni przed swoją śmiercią przekazał nam do publikacji kolejny cykl artykułów, które miały złożyć sie na Jego kolejną książkę - trzeci już po "Cokołach przechodnich" i "Palimpseście Kato" zbiór biografii ważnych, a często nieoczywistych i zapomnianych postaci związanych ze Śląskiem. Tym razem Piotr postanowił przypomnieć nam i przybliżyć pionierów śląskiego przemysłu. Niestety, za Jego życia zdążył ukazać się jedynie pierwszy odcinek cyklu, czyli "Johann Martin Pohlmann. Cyrkiel, który wykreślił Śląsk przed węglową rewolucją". Dla uhonorowania pamięci naszego Współpracownika i Przyjaciela publikujemy odcinki kolejne.

Katastrofa, która zmieniła wszystko

Letni dzień 22 lipca 1782 roku przyniósł katastrofę, która zrujnowała finanse parafii w Chorzowie Starym. Potężny pożar doszczętnie strawił drewniany kościół św. Marii Magdaleny, obracając w popiół serce lokalnej społeczności. Ksiądz Ludwik Bojarski, ówczesny proboszcz, stanął przed dramatycznym wyzwaniem szybkiej odbudowy. Zaledwie trzy lata później na zgliszczach wznosił się już nowy, murowany gmach – sukces okupiony całkowitym wydrenowaniem parafialnej kasy.

Proboszcz musiał błyskawicznie znaleźć źródło dochodu. Nie zdecydował się na masowy wyrąb lasów. Zamiast tego spojrzał pod nogi – dosłownie. Rozpoczął poszukiwania geologiczne na kościelnych gruntach, które szybko przyniosły efekty. Na pobliskim wzgórzu odkryto płytko zalegający, półtorametrowy pokład węgla kamiennego. Taka grubość złoża pozwalała górnikom pracować w pozycji półwyprostowanej, co obniżało koszty i przyspieszało wydobycie.

„Księżna Jadwiga”: pierwszy krok ku przemysłowi

W 1787 roku, mając błogosławieństwo zwierzchników z zakonu bożogrobców w Miechowie, Bojarski powołał do życia kopalnię „Księżna Jadwiga”. Od początku mierzył wysoko. Zrezygnował z detalicznej sprzedaży urobku okolicznym chłopom, celując w większy rynek. Szybko znalazł idealnego odbiorcę: czarne złoto z wyrobisk trafiało furmankami do Tarnowskich Gór, gdzie montowano jedną z pierwszych w kontynentalnej Europie maszyn parowych sprowadzoną z Wielkiej Brytanii.

Przemysłowy kolos pożerał ogromne ilości paliwa, a Bojarski z zapałem je dostarczał. Jednak węgiel zalegający tuż pod powierzchnią okazał się surowcem pośledniej jakości – tysiąclecia ekspozycji na wilgoć pozbawiły go kaloryczności. Tarnogórscy inżynierowie szybko zrezygnowali z dostaw. W 1790 roku, zaledwie trzy lata po otwarciu, proboszcz zamknął kopalnię.

Fiasko nie zniechęciło Bojarskiego. Jeszcze w tym samym roku jego ludzie odkryli nowe złoże w rejonie Góry Wyzwolenia. Tym razem węgiel spoczywał głębiej, nieutleniony, o znakomitych parametrach. Proboszcz natychmiast nakazał drążenie szybów kopalni „Nowa Jadwiga”, ignorując pruskie procedury. Oficjalne nadanie górnicze uzyskał dopiero w 1796 roku, lecz przez cały ten czas zakład działał pełną parą.

Jak proboszcz ściągnął przemysł pod własne szyby

Ówczesna technologia wydobycia była brutalnie prosta: pionowe szyby, kołowroty, siła ludzkich rąk i końskich mięśni. Geniusz Bojarskiego tkwił jednak nie w technice, lecz w logistyce. Transport węgla po rozjeżdżonych drogach drastycznie obniżał rentowność. Proboszcz odwrócił więc zasady gry – zamiast wozić surowiec do przemysłu, zaczął ściągać przemysł do surowca.

Przedsiębiorcy budowali zakłady tuż przy szybach „Nowej Jadwigi”. Strategia kontynuowana przez następców doprowadziła – według spisów z 1845 roku – do powstania zwartego organizmu przemysłowego na dawnych kościelnych polach. Wokół kopalni działały: kopalnia galmanu „Bogott”, huta cynku „Pokój”, wapiennik, cegielnia, 23 warsztaty rzemieślnicze, dziewięć składów handlowych i siedem gospód. Kapitał płynął szerokim strumieniem. Przedsiębiorcy pokroju Józefa Heintzego chętnie dzierżawili ziemie pod kolejne inwestycje.

Granice pionierstwa i narodziny przemysłowej machiny

Około 1849 roku kopalnia „Nowa Jadwiga” wyczerpała dostępny płytkimi szybami węgiel. Głębsze pokłady wymagały maszyn parowych i systemów pomp, na które parafia nie miała środków ani kadr. Następcy Bojarskiego, zrzeszeni w Fundacji Chorzów–Dąb, nie ryzykowali głębinowego fedrowania. Wydzierżawili pola górnicze pruskiemu państwu, które dysponowało sprzętem i wiedzą sprawdzoną w kopalni „Król”.

Kościół zapewnił sobie stały dochód z czynszów i tantiem, a z czasem czerpał profity także z innych zakładów – m.in. kopalni „Waterloo” (otwartej w 1838 roku) oraz potężnej „Eminencji”.

Ludwik Bojarski nie był szczęściarzem, który przypadkiem potknął się o bryłę węgla. Gdy presja finansowa przyparła go do muru, odpowiedział kalkulacją, wizjonerstwem i bezwzględną konsekwencją. Potrafił zamknąć nietrafiony projekt, obejść biurokrację i powiązać wydobycie z rynkiem zbytu. Zasiał ziarno, z którego wyrosła niepowstrzymana śląska machina przemysłowa.

Piotr Fuglewicz

Może Cię zainteresować:

Nie żyje Piotr Fuglewicz - informatyk z zawodu, niestrudzony popularyzator historii Śląska i Katowic z powołania, publicysta Ślązaga

Autor: Katarzyna Pachelska

11/08/2026

Johann Martin Pohlmann i jego projekty

Może Cię zainteresować:

Johann Martin Pohlmann. Cyrkiel, który wykreślił Śląsk przed węglową rewolucją

Autor: Piotr Fuglewicz

31/07/2026

Józef Konstanty Tuchołka pracowal początkowo na kopalni Król

Może Cię zainteresować:

Józef Tuchołka. Inżynier trzech epok, który budował polskie górnictwo

Autor: Piotr Fuglewicz

03/07/2026

Subskrybuj ślązag.pl

google news icon
Reklama