Od Redakcji: Nieodżałowany Piotr Fuglewicz na kilka tygodni przed swoją śmiercią przekazał nam do publikacji kolejny cykl artykułów, które miały złożyć się na Jego kolejną książkę - trzeci już po "Cokołach przechodnich" i "Palimpseście Kato" zbiór biografii ważnych, a często nieoczywistych i zapomnianych postaci związanych ze Śląskiem. Tym razem Piotr chciał przypomnieć nam pionierów śląskiego przemysłu. Niestety, za Jego życia zdążył ukazać się jedynie pierwszy odcinek cyklu. Dla uhonorowania pamięci naszego Współpracownika i Przyjaciela publikujemy odcinki kolejne.
W lipcu 1834 roku Rudolf Arwid Wilhelm von Carnall kończy dzieło swojego życia. Przez blisko dekadę ten wybitny mistrz górniczy kierował podziemną budową Sztolni Głębokiej Fryderyk w Tarnowskich Górach. Wszechobecne błoto i gryzący dym z czarnego prochu towarzyszyły mu podczas wykuwania korytarza odwadniającego – arterii, która miała na zawsze odmienić rozwój i oblicze całego regionu.
Walka z żywiołem trwa od wieków
Z żywiołem wody tarnogórskie górnictwo zmagało się już od końca XV wieku, kiedy to pierwsi gwarkowie zaczęli fedrować bogate złoża ołowiu i srebra. Pech chciał, że kruszce te spoczywały na wodoszczelnych wapieniach i iłach, przez co deszcze oraz wody gruntowe nieustannie zalewały wyrobiska. W epoce renesansu pionierzy inżynierii próbowali stawiać opór niszczycielskiej sile napływów. W 1529 roku Mikołaj Heindenreich zainstalował system pompujący na szybie „Bóg ojciec”. Początkowo jednak górnicy i tak musieli polegać na sile własnych rąk, wyciągając wodę pionowymi szybami za pomocą skórzanych worów i drewnianych wiader. W połowie XVI wieku potężne gwarectwa utrzymywały stada liczące do 700 koni, które dniami i nocami kręciły kieratami napędzającymi podziemne czerpaki. Utrzymanie tych „biologicznych silników” kosztowało niewyobrażalne 11 000 talarów rocznie, co nierzadko dławiło opłacalność wydobycia i wymuszało wstrzymywanie prac.
Sytuację na pewien czas opanowało sprowadzenie przez hrabiego von Redena pierwszej maszyny parowej w 1788 roku, o której rewolucyjnej wydajności i kosztach czytelnik miał okazję już przeczytać. Choć ten znany nam mechanizm czasowo okiełznał żywioł podziemny, wynalazki ery pary miały jednak potężny apetyt na węgiel. Kiedy kopalnie zaczęły schodzić coraz głębiej, rosnące koszty eksploatacji osuszarek ponownie zaczęły zagrażać budżetowi. W obliczu impasu powrócono do dawno porzuconej koncepcji budowy długiego, podziemnego kanału grawitacyjnego. Odrzucono przy tym półśrodki w postaci przedłużania płytkich, renesansowych sztolni, stawiając na zupełnie nową, monumentalną inwestycję.
Czternaście przodków i jeden cel
Roboty w terenie ruszyły w kwietniu 1821 roku. Prace rozpoczęto od strony ujścia przyszłej sztolni, przy korycie rzeki Dramy. Setki robotników w pocie czoła kopały roznos – otwarty, naziemny rów o początkowej długości 889 metrów, który docelowo wydłużono do niemal półtora kilometra. Na samym wylocie konstrukcja miała aż 20 metrów szerokości i sięgała 5 metrów w głąb ziemi, co skutecznie blokowało ryzyko wdarcia się cofki rzecznej z powrotem do kopalni. Z czasem dowodzenie nad właściwym, podziemnym odcinkiem prac przejął von Carnall. Ten bezkompromisowy inżynier odrzucił bezpieczny, ale powolny schemat kucia skały z jednego przodka – narzucił mordercze tempo i nakazał drążyć dolomit z czternastu różnych kierunków jednocześnie.
Aby zespoły przebijające się przez litą skałę mogły się w ogóle spotkać w ciemnościach, mierniczy musieli dokonywać cudów precyzji, posługując się jedynie prymitywnymi kompasami i zwykłymi łatami. Najmniejszy błąd w kątach uderzenia oznaczałby minięcie się korytarzy o grube metry. Aby ułatwić pracę i zapewnić cyrkulację powietrza, inżynier zlecił zgłębienie 25 nowych szybów wentylacyjno-odwadniających. Górnicy kruszyli caliznę materiałami wybuchowymi, prąc naprzód w średnim tempie od 3 do 4 metrów tygodniowo. Życie ratowały im pracujące na powierzchni maszyny parowe, bez których załogi po prostu utonęłyby w lodowatej wodzie. W grudniu 1834 roku wykwalifikowani gwarkowie rozbili ostateczną ścianę. Ten historyczny moment połączył 4568 metrów nowej sztolni z dawnym, północnym systemem odwadniającym. Ostatecznie ta gigantyczna, drenażowa arteria podziemna osiągnęła długość 17 kilometrów. Dziś jej zalanym fragmentem można przepłynąć łodzią, zwiedzając wpisaną na listę UNESCO słynną Sztolnię Czarnego Pstrąga.
Von Carnall, nie von Carlowitz
Mimo tak namacalnego triumfu inżynierii, historia bywa dla von Carnalla niesprawiedliwa. Współczesne kwerendy internetowe i niektórzy badacze notorycznie przypisują jego dzieło postaci o nazwisku Adolph Heinrich von Carlowitz. Ten krzywdzący mit wynika ze zwykłego, fonetycznego podobieństwa nazwisk obu arystokratów. Warto to ostatecznie uporządkować: Hans Carl von Carlowitz urzędował w XVIII wieku jako naczelny starosta górniczy we Freibergu, gdzie odpowiadał za dostawy drewna i wprowadzał zasady zrównoważonego leśnictwa. Z kolei Adolph von Carlowitz to minister wojny Królestwa Saksonii i dowódca 9. Armii podczas I wojny światowej. Prawda jest bezwzględna – żaden przedstawiciel rodu Carlowitzów nie kierował inżynierią wodną na Śląsku. To ciężkie, ubłocone buty Rudolfa von Carnalla wydeptały ówczesny system odwadniający w Tarnowskich Górach. Jego wizja i precyzja uwolniły w XIX wieku budżet państwowy od konieczności ciągłego topienia kapitału w awaryjnych systemach pompujących.
Od kopalnianego drenażu do wodociągów Śląska
Złoża srebra ostatecznie się wyczerpały, ale to właśnie wtedy wyrobiska wybitnego inżyniera zyskały zupełnie nową rolę. Druga połowa XIX wieku przyniosła nagły, gwałtowny rozrost sąsiednich miast. Bytom, Gliwice i Królewska Huta błyskawicznie przeobraziły się w wielkie, zatłoczone ośrodki przemysłowe, które cierpiały na drastyczny brak kanalizacji. Brak higieny zbierał tragiczne żniwo, wywołując mordercze epidemie cholery i tyfusu. Wówczas czysta, przefiltrowana przez skały wapienne woda zalegająca w sztolniach – niegdyś największy wróg wydobycia – stała się bezcennym zasobem ratującym ludzkie życie. Dawne szyby kopalniane zostały zaadaptowane na potężne studnie dla rosnącej aglomeracji. Szyb Kaehler, uderzony w skałę w 1808 roku pod nadzorem ówczesnego nadsztygara, w 1926 roku został zwieńczony wieżą ciśnień, by tłoczyć wodę prosto do miejskich sieci. Z kolei szyb Adolf, ostatecznie przemianowany na Staszic, został w 1903 roku pogłębiony do 72 metrów. Na jego dnie zabetonowano potężne komory, w których zainstalowano nowoczesne pompy. Korytarze, pierwotnie zaprojektowane po to, by transportować niechciany opad wodny do rzeki Dramy, płynnie przekształciły się w cenną magistralę wodociągową.
Rudolf von Carnall kierował wysadzaniem skał, aby chronić zyski kopalni. Nie dożył momentu, gdy tytaniczne owoce jego pracy wygrały dla tysięcy ludzi walkę o zdrowie w rodzącym się zagłębiu przemysłowym. Jednak korytarze, które po sobie pozostawił, działają bezawaryjnie do dziś, nieprzerwanie pompując wodę podziemną w krwiobieg współczesnego Śląska. To ostateczny dowód na to, jak twardy konkret świetnej inżynierii potrafi oprzeć się nieubłaganej próbie czasu.


