"Faterland", nowy spektakl Teatru Śląskiego, będzie miał premierę w sobotę 25 kwietnia o godz. 18.00 w Stolarni Muzeum Śląskiego. To polska adaptacja tekstu Chrisa Urcha „Ziemia naszych ojców” (oryg. „Land of Our Fathers”) w tłumaczeniu Elżbiety Woźniak. W oryginale sztuka opowiadała o podobnym wydarzeniu, ale w kopalni w południowej Walii, za czasów premier Margaret Thatcher.
Spektakl przedstawia losy górników uwięzionych pod ziemią po zawale. Twórcy świadomie rezygnują z wątków politycznych na rzecz ukazania ekstremalnych emocji oraz skomplikowanych relacji międzyludzkich w klaustrofobicznej przestrzeni. Przedstawienie ma formę immersyjnej instalacji, w której publiczność nie zasiada w fotelach, lecz krąży wokół aktorów zamkniętych w szklanym kubiku.
Za reżyserię odpowiada Jakub Roszkowski (niedawny zdobywca Złotej Maski za spektakl "Drakula" w Teatrze Miejskim w Gliwicach).
Role górników grają:
- Czuły – Bartłomiej Błaszczyński
- Młody – Paweł Kruszelnicki
- Orkisz – Arkadiusz Machel
- Bomber – Grzegorz Przybył
- Kędzior – Michał Rolnicki
- Sztygar – Artur Święs
Rozmowa z reżyserem "Faterlandu" Jakubem Roszkowskim
To nie jest spektakl o akcji ratowniczej?
Nie, tu w ogóle nie mamy sytuacji tego, co się dzieje na górze. To jest tylko i wyłącznie wycinek, takie the best of z 10 dni naszego podziemnego "Big Brothera". Wycinamy flesze z 10 dni życia tych bohaterów tam, tam na dole, nie patrząc w ogóle na to, co się dzieje w innym świecie, w normalnym życiu.
Spektakl jest grany w niedużej przestrzeni przeszklonego "akwarium". Domyślam się, że to trudna dla aktorów sytuacja...
Łatwa do prób, bo postawiliśmy sobie cztery podesty i możemy to próbować wszędzie. Natomiast faktycznie z jednej strony bardzo efektowna, z drugiej strony - bardzo mało efektowna, bo mogę stać jako aktor tylko w jednym kącie, w drugim kącie albo na środku i to wymaga dużego skupienia i bardzo dużej koncentracji, żeby w ten sposób pracować. Jeszcze dodatkowo aktorzy są inaczej słyszalni, bo to są tak naprawdę dwa spektakle. To, jakie emocje są w środku i co jest na zewnątrz, to są zupełnie inne sytuacje, bo mamy tylko transmisję audio, trochę słuchowisko, mimo że mamy aktora metr od siebie. To jest bardzo dziwna sytuacja też technicznie dla aktorów do zrozumienia, więc tej pracy jest faktycznie dużo.
Tam, w środku jest chyba mało powietrza?
Mamy tam wentylatory i próbujemy ich ratować, ale ale faktycznie to jest też wymagające pod tym względem. Gdy zaczyna się skraplać para na szybach, to ona jest realna. Nie robimy jej rozpryskiwaczem.
Widzowie nie muszą siedzieć, mogą chodzić wokół "akwarium" w czasie przedstawienia?
Sytuacja tam, w środku, jest na tyle kryzysowa, że nie da się usiedzieć, trzeba chodzić. Jak ktoś chce gdzieś tam sobie przysiąść, to jakieś krzesło się znajdzie, albo można sobie usiąść na podłodze. W ideale powinno być tak, żeby faktycznie nie chciało się siadać, by chciało się być im być blisko tych ludzi i faktycznie z nimi jakby współuczestniczyć w tej sytuacji.
Ile osób zmieści się na "widowni" Stolarni?
Setka.
O, to dużo.
Mam wrażenie, że musi być dużo, ponieważ widzowie w jakiś sposób tworzą też scenografię tego przedstawienia. Jak sobie patrzycie państwo na ten kubik, to zawsze widać też ludzi poza nim. Ludzie patrzący na osoby w środku też są elementem tego świata.
Robicie ten spektakl w Muzeum Śląskim, by poczuć klimat kopalni?
Z jednej strony - kopalni, a z drugiej - muzealno-instalacyjnej sytuacji. Nie dość, że wydaje mi się interesujące, że wchodzimy na teren dawnej kopalni, przechodzimy koło tych wszystkich budynków kopalnianych, że droga do tego spektaklu już jest przygotowaniem do tego, co się tutaj wydarzy. Druga sprawa - zależało mi na to, żeby widzowie nie czuli się wygodnie usadzeni w fotelach, tylko żeby razem z aktorami w jakiś sposób byli w tej sytuacji. Nie mamy takiej przestrzeni w teatrze, bo w teatrze nie szukamy tego. Tam mamy mieć widownię i scenę, a nam bardzo zależało, żeby nie było podziału na scenę i na widownię. Stąd właśnie myśl, że Muzeum Śląskie będzie idealnym partnerem do tego projektu.
W oryginale historia dotyczy Wali i czasów Margharet Thatcher. W tekście jest sporo wątków politycznych. U was też jakoś to wybrzmiewa czy raczej się staraliście tego pozbyć?
Nie, w ogóle tego u nas nie ma. W ogóle nie ma Walii, w ogóle nie ma polityki, szczerze mówiąc myślę, że jak zostało 30 procent oryginalnego tekstu, to jest dużo. Tamten tekst jest bardzo bogaty, bardzo dużo jest tych rozmów. Myślę, że całość trwa dobrze ponad trzy godziny. Ja wiedziałem, że nasz spektakl musi być krótki, jeżeli być chodzony, bo nikt nie będzie chodził przez trzy godziny, to nie ma sensu i po prostu pojawi się znużenie i w pewnym momencie ważniejsze będzie dla widzów to, że mnie bolą nogi niż to co tam się dzieje. Dlatego zrobiliśmy z tego taką pigułę najważniejszych krótkich wydarzeń aż do finału.
To ile trwa spektakl?
Mam nadzieję, że się zamknie w godzinie i 15 minutach.
"Faterland", Teatr Śląski
tekst: Chris Urch
reżyseria: Jakub Roszkowski
przekład: Elżbieta Woźniak
scenografia, kostiumy i reżyseria światła: Mirek Kaczmarek
muzyka: Dominik Strycharski
wideo: Mateusz Znaniecki
inspicjent: Barbara Dudek
realizacja dźwięku: Franciszek Borgiel
realizacja światła i multimediów: Waldemar Janiszek, Seergiusz Chołod
kierownictwo produkcji: Małgorzata Długowska-Błach
kierownik techniczny produkcji: Maciej Rokita
asystentka produkcji: Dorota Damec-Hanulak
autor plakatu: Filip Studniarek
Może Cię zainteresować:

