Powojenny Bytom widziany oczami żydowskiego dziecka – pełen biedy, solidarności, humoru, bójek na podwórku, ale i klasowych wycieczek do Planetarium Śląskiego w Wojewódzkim Parku Kultury i WYpoczynku, które otwierało przed nim cały kosmos – wraca dziś w formie niezwykle osobistej, literackiej opowieści. „Chodziłem po słonecznej stronie ulicy” to autobiograficzna powieść Roberta Ackermanna, w której autor odtwarza świat Placu Słowiańskiego z lat 50., wielokulturowy, serdeczny i naznaczony cieniem Zagłady, a jednocześnie pełen dziecięcej energii i odkryć.
Książka – pierwszy tom planowanego cyklu liczącego od siedmiu do dziewięciu części – powstała z potrzeby ocalenia pamięci. Ackermann splata w niej biblijny język z dokumentalistyką, opisując zarówno rodzinę ocalałą z Holokaustu, jak i zwykłe, codzienne epizody: wycieczkę do w chorzowskiegom Planetarium, pierwszą szkolną miłość do... nauczycielki, podwórkowe „śląskie haje”, przyjaźń z kolegą Krzysztofem, którego zapamiętał jako uosobienie romantycznego polskiego bohatera.
O tym, dlaczego te wspomnienia przybrały formę literatury pięknej, jak wyglądała praca nad tekstem, czym wyróżnia się narracja Ackermanna i jaką rolę odgrywa w niej pamięć – opowiada dr Anna Mierzejewska z Wydawnictwa Ebisu, które książkę wydało. To ona przybliża kulisy powstawania powieści, jej język, konstrukcję, a także decyzje edytorskie, takie jak zmiana nazwisk nauczycieli czy sąsiadów, by uniknąć niepotrzebnych kontrowersji.
W rozmowie wracamy do najważniejszych wątków: wielokulturowego Bytomia lat 50., rodzinnej historii autora, prześladowań jego ojca przez UB, emigracji do Niemiec w 1961 roku, a także do tego, jak z ośmiostronicowego wywiadu dla Muzeum Górnośląskiego narodziła się niemal pięćsetstronicowa powieść – początek wielkiego cyklu autobiograficznego ROberta Ackermana.
To opowieść o świecie, którego już nie ma – ale który dzięki tej książce wciąż żyje w pamięci autora i ludzi, którzy go czytają.
Może Cię zainteresować:

