Katastrofy górnicze jako element śląskiej pamięci – a jednak…
Katastrofy górnicze są jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów śląskiej historii. To właśnie one – powtarzające się przez dekady, często tragiczne, zawsze nagłaśniane – ukształtowały ogólnopolskie wyobrażenie o Śląsku jako miejscu, gdzie „ciągle coś się zawala, wybucha, zapada”. W polskiej świadomości zbiorowej informacja o wypadku pod ziemią niemal automatycznie uruchamia skojarzenie: Śląsk.
Tymczasem jednak górnictwo węgla kamiennego nie było domeną wyłącznie Górnego Śląska. W Małopolsce, na ziemi trzebińskiej, działała kopalnia, która również zapisała się w historii tragicznie – i to właśnie tam, 3 sierpnia 1922 roku, doszło do jednej z najpoważniejszych katastrof górniczych w międzywojennej Polsce.
Małopolska kopalnia o śląskim rodowodzie technicznym
Kopalnia, znana później jako KWK „Siersza”, powstała w 1861 roku jako „Nowa Izabela”. W 1884 roku uruchomiono szyb „Artur”, od którego przyjęła nazwę . Choć geograficznie leży w Małopolsce, jej rozwój, technologia i kadra miały wiele wspólnego z górnictwem śląskim – od inwestorów, przez inżynierów, po późniejsze rozwiązania techniczne (np. hydromechaniczny transport węgla wprowadzony w 1956 roku, pierwszy w Polsce).
Burza nad Trzebinią
2 sierpnia 1922 roku nad Trzebinią przeszła burza, jakiej mieszkańcy nie pamiętali od lat. Błyskawice rozświetlały niebo, pioruny biły w okoliczne wzgórza, a ludzie kryli się w domach, trwożnie słuchając huku, który zdawał się nie mieć końca. Już tego dnia zginęły trzy osoby rażone piorunem – ale był to dopiero początek dramatu.
Ulewa była tak intensywna, że lokalne cieki wodne zaczęły zachowywać się inaczej niż zwykle. Według przekazów okazałe drzewo, podmyte wodą i powalone przez wiatr, runęło wprost na koryto potoku Kozibród. To jedno zdarzenie wystarczyło, by zmienić kierunek przepływu wody.
Coś, co nastąpiło na powierzchni, wyglądało groźnie, choć mieszcząc się jeszcze w kategorii typowych skutków gwałtownej burzy. Pod ziemią jednak niosło ze sobą śmiertelne zagrożenie.
W ciągu kilku minut spokojny potok zamienił się w rwącą, niebezpieczną rzekę. I choć od czasu regulacji płynął nowym, betonowym korytem, teraz zaczął się przelewać, nie tylko wypełniając z powrotem swoje naturalne koryto, ale też rozlewając się szeroko po terenach zalewowych – dokładnie nad rejonem, gdzie pod ziemią pracowali górnicy kopalni Artur.
Chodniki kopalni ciągnęły się zaledwie 60 metrów pod powierzchnią, pod warstwą przepuszczalnego piasku. To właśnie ten piasek – nasiąkający wodą jak gąbka – był największym ryzykiem.
Kierownictwo kopalni wiedziało, że powstające nad wyrobiskami rozlewisko może w każdej chwili przebić się w dół. Alarmy zgłaszano, ale decyzje zapadały zbyt wolno. Nie wstrzymano pracy, nie wycofano ludzi, nie zabezpieczono zagrożonych odcinków. Woda miała czas, by znaleźć drogę w głąb ziemi.
Tragiczny 3 sierpnia
O świcie 3 sierpnia stało się to, czego obawiano się od poprzedniego dnia. Wody z rozlewiska runęły do kopalnianych wyrobisk.
Najpierw zaczęły się osunięcia piasku. Zwały stropowe pękały, piasek mieszał się z mułem, a woda wdzierała się coraz głębiej. Gdy żywioł przebił się do chodników, uderzył z siłą, która nie pozostawiała szans na reakcję.
Woda pędziła jak lawina. Zrywała stemple, wyginała stalowe szyny kolejki, przewracała wozy. W ciemności i chaosie górnicy nie mieli żadnych możliwości ucieczki – większość została zaskoczona w jednej chwili.
Pod ziemią znajdowało się kilkadziesiąt osób. Zginęło 28 ludzi – dziewięciu górników, siedemnastu wozaków i dwóch cieśli. Ciała wielu z nich odnaleziono później w pozycjach wskazujących, że katastrofa przyszła nagle: bez czasu na próbę ratunku, bez możliwości odwrotu.
Choć części załogi udało się wydostać, aż 35 osób zostało rannych, w tym 11 ciężko. To oznacza, że niemal każdy, kto był wtedy na dole, ucierpiał.
Skutki i pamięć o katastrofie
Katastrofa z 1922 roku na wiele lat zatrzymała rozwój kopalni. W kolejnych dekadach zakład był rozbudowywany, łączony z innymi kopalniami (m.in. „Zbyszek” w 1947 roku ), a później z „Krystyną” w Tenczynku w 1951 roku.
Choć kopalnia działała aż do 2001 roku, a jej teren w większości wyburzono, pamięć o tragedii pozostała żywa – szczególnie wśród rodzin górników i mieszkańców Sierszy.
Co znamienne, niewłaściwa likwidacja kopalni doprowadziła w XXI wieku do powstawania zapadlisk na osiedlu Siersza, które w 2023 roku nadal postępowały. To współczesne memento dla górnictwa w Trzebini.
Katastrofa w Sierszy przypomina nam, że górnictwo – choć kojarzone niemal wyłącznie ze Śląskiem – od pokoleń było obecne także w Małopolsce, stwarzając podobnie zagrożenia dla górników.
Przy okazji zaś ujawnia, jak bardzo katastrofy górnicze ukształtowały polską pamięć zbiorową: do dziś, gdy słyszymy o wypadku pod ziemią, myślimy „Śląsk”. Tymczasem tragedia w Trzebini była jedną z najpoważniejszych w II RP, a wydarzyła się poza granicami Śląska.
SIersza jest też przykładem – wcale nie śląskim – tego, w jaki sposób górnictwo zostawia ślad na dziesięciolecia tak w świadomosci, jak i krajobrazie.
Może Cię zainteresować:

