Co dziś znaczy być Ślązakiem czy Ślązaczką? Czy to tożsamość, która istnieje wyłącznie w kontrze do niemieckości lub polskości? Bernadeta Prandzioch pokazuje coś wręcz przeciwnego – śląskość włączającą i otwartą, tworzoną na równi przez przyjezdnych i tych, którzy przez wieki żyli w Katowicach, Gliwicach, Opolu czy Bytomiu.
Książkę „Zewsząd. Opowieść o mojej śląskiej rodzinie” wydało Wydawnictwo Czarne. Można ją zamówić na stronie wydawnictwa.
1. Podwójna rzeczywistość
Nie potrafię powiedzieć, od kiedy zaczęło do mnie docierać, że tu, na Górnym Śląsku, ludzie dzielą się na autochtonów i przyjezdnych. Że każdy Ślązak bez trudu rozpozna i wskaże obcego. Podpowiedzią może być niemal wszystko: język, akcent, nazwisko, imię, a nawet wygląd. Wystarczało, że ktoś w sklepie mięsnym poprosił o kaszankę, a pojawiały się pod nosem ironiczne uśmiechy. Obcy. A może ktoś odezwał się z miękkim, śpiewnym akcentem? Obcy. Nazwisko zakończone na -icz? Obcy. Ktoś dał córce na imię Halina? Obcy.
Uczyłam się tego przez obserwację, zasłyszenie. Nigdy wprost.
Z czasem uświadomiłam sobie, że te podziały przebiegają także przez środek mojej rodziny. Że historie opowiadane przez jedną babcię są bardzo odległe od tych snutych przez drugą. W jednych występowały drewniane wiejskie chaty, lampy naftowe i droga na bosaka do kościoła. W drugich byli dorośli mówiący po niemiecku, by nie rozumiały ich dzieci, czy tramwaje jeżdżące przez granice państw. Inne w tych opowieściach były również słowa. Tu dzieci, buty, cukierki, piłka, tam bajtle, strzewiki, bōmbōny, bal.
Te same rozróżnienia wyczuwało się także w szkole, choć nigdy nie były ostre, jednoznaczne. Ale każdy z czasem je zauważał. Na przykład to, że w mojej katowickiej dzielnicy, w Załężu, dzieci o śląsko brzmiących nazwiskach najczęściej mieszkały w kamienicach. Wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, oznaczało to obdrapane klatki schodowe, toalety na korytarzach i w wielu przypadkach brak w mieszkaniach łazienek z prawdziwego zdarzenia. Na przeciwnym biegunie były lokale mieszkalne w blokach, ciasne i niskie, ale za to z łazienką, toaletą i – zazwyczaj – balkonem. Zajmowali je głównie przyjezdni. Ci, których nazwiska częściej kończyły się na -ski, -icz czy -ak (jasne, nie co do zasady, ale mimo wszystko można było poczynić takie założenie i rzadko okazywało się błędne). Różnice nie znikały po zakończeniu roku szkolnego. „Tutejsi” zostawali na Śląsku albo wyjeżdżali na dwutygodniowe kolonie, podczas gdy spora część mojej klasy udawała się w różne strony Polski (dominowała dawna Kongresówka z przyległościami) na całe wakacje, aby spędzić je u swoich dziadków.
Dla mnie dziadkowie nie byli odlegli, odświętni czy wyczekiwani. Zawsze miałam ich obok, pod ręką. Jednych prawie dosłownie, bo mieszkali w tym samym budynku, drzwi w drzwi z nami, do drugich szło się piechotą może pięć minut dziecięcym krokiem. Do dziadków wpadało się na chwilę lub dłużej, mijało się ich na ulicy, gdy wracało się ze szkoły. Dziadkowie dyżurowali przy mnie, gdy chorowałam, co we wczesnym dzieciństwie zdarzało mi się nadzwyczaj często. A wakacje? Wakacje z babcią oznaczały, że babcia przychodzi rano i zabiera cię na swój ogródek działkowy.
Dopiero później, gdy byłam w stanie to sobie zniuansować, dotarło do mnie, że moi dziadkowie ze strony mamy nie są Ślązakami. Po prostu miałam to szczęście, że migracja części mojej rodziny na Górny Śląsk nastąpiła wcześniej niż w przypadku większości moich kolegów i koleżanek ze szkoły – jeszcze w pokoleniu dziadków, a nie rodziców. Dziadkowie byli więc na Śląsku silniej zakorzenieni, choć jednocześnie absolutnie nie czuli się Ślązakami. No i tak się złożyło, że także oni mieszkali w załęskiej kamienicy, a nie w żadnym z nowych bloków, co mimo wszystko sprawiało, że – przynajmniej w oczach dziecka, którym byłam – wydawali się bardziej stąd.
Warto wspomnieć o jeszcze jednej kwestii, która wtedy, w szkole lat dziewięćdziesiątych, różniła dzieciaki. Dzieliłyśmy się na te, które (zwłaszcza przed świętami) dostawały kartki i paczki z Niemiec, i na te, które siłą rzeczy nie miały żadnej rodziny ani znajomych za zachodnią granicą. W tych wczesnych latach, jeszcze właściwie zanim poszłam do szkoły, Niemcy były dla mnie synonimem ładnych ubrań, świetnych zabawek, słodyczy i wszystkich tych trudno dostępnych rzeczy, które przychodziły pocztą, które przywożono z wizyt u bliskich na Zachodzie albo które okrężną drogą, poprzez pakety [1], z Rajchu trafiały do domu. Z Rajchu, z Efu [2] – no właśnie, to były te pierwsze poznane określenia na Niemcy. To z tej mitycznej krainy pochodziły wymarzone resoraki, kredki w surowej drewnianej oprawie, którymi można się było pochwalić przed koleżankami, czy T-shirty z Myszką Miki. Niemcy? Niemcy to była inna opowieść, późniejsza. Ta spod znaku czterech pancernych i lekcji historii. Dopiero wtedy rodziły się niewygodne pytania: skoro Niemcy były wrogiem, to czemu część ludzi, których znamy, tam wyjechała?
Śląskość w latach dziewięćdziesiątych, w dodatku z perspektywy dziecka, pozostawała trudno uchwytna. To nie był jeszcze czas otwartych deklaracji, manifestowania własnej odrębnej tożsamości. Wielu wciąż żyło traumą PRL-u: nie chcieli się wychylać, nie chcieli przekazywać dzieciom swojej śląskości, w tym języka. O różnicach – o tej innej historii – mówiło się co najwyżej w domu, przy okazji rodzinnych spotkań, w zamkniętym gronie.
W szkole był tylko jeden moment w ciągu całego roku szkolnego, kiedy tutejsza tożsamość jakoś tam dochodziła do głosu. Okolice Barbórki. Górnictwo było wówczas takim bezpiecznym synonimem śląskości, choć przecież fałszywym i niepełnym. Ale przynajmniej nikt nikomu nie zarzucał separatyzmów, wszak Barbórkę obchodzono nawet w PRL-u.
Tak się jednak złożyło, że mimo iż mieszkałam w samym sercu górniczo-hutniczej dzielnicy, w mojej rodzinie nie było nikogo, kto wciąż pracowałby na kopalni czy w hucie. Pierwszym i ostatnim zarazem hajerym [3] był mój prapradziadek Johann Prandzioch. Wśród moich śląskich przodków znalazłoby się więcej hutników, choć również w bardzo odległych czasach – ostatnia była praprababka Catharina Lewan. Później w hucie zatrudnił się już tylko dziadek Zenon, który przyjechał tu za pracą z Parczewa, ale i on odszedł z zawodu, zanim się urodziłam. Nie mogłam się więc z taką formą śląskości identyfikować. Paradoksalnie, w czasach mojej podstawówki więcej górników i hutników zdarzało się wśród przyjezdnych rodziców moich kolegów i koleżanek niż wśród autochtonów. Narracja barbórkowa zaczynała żyć równolegle z tą śląską.
Lekcje w szkole, zamiast sprawy rozjaśniać, częściej je zaciemniały. Z biegiem lat spostrzegłam, że bardzo często fakty podawane na historii nijak się mają do opowieści, które słyszę w domu czy wśród znajomych moich rodziców i dziadków. A to rodziło pytania: dlaczego świętujemy w szkole Dzień Niepodległości, upamiętniając zdarzenia z roku 1918, skoro plebiscyt na Górnym Śląsku odbył się dopiero w 1921 roku? Jeżeli Niemcy w trakcie II wojny światowej byli wrogami, to dlaczego w niektórych rodzinnych albumach znajdują się zdjęcia żołnierzy w mundurach Wehrmachtu? I skąd na Załężu tyle niemieckich napisów, książek, przedmiotów?
Z czasem wyczuliłam się na wszystkie te drobne z pozoru przeinaczenia, przemilczenia, „przejęzyczenia”, które zacierały prawdziwy obraz. Nauczyciele, mówiąc o trójstyku dawnych granic w Mysłowicach, mówili o Trójkącie Trzech Zaborców, a nie o Trójkącie Trzech Cesarzy. Górny Śląsk nigdy pod zaborami nie był. Nawiasem mówiąc, to przeinaczenie funkcjonowało przez lata najczęściej: jeżeli Prusy, to zawsze zabór pruski, nawet w odniesieniu do Górnego Śląska. A przecież wystarczy spojrzeć na jakąkolwiek mapę rozbiorów, by pojąć, że Śląsk był pruski jeszcze przed nimi.
Nielepiej było z bliższą przeszłością. Pewnie wszystko zależało od nauczycieli, ale na moich lekcjach historii nikt nam nie mówił, że nasi przodkowie niekoniecznie nosili mundury polskiej armii. Nikt nie opowiadał, że pod Monte Cassino czy w bitwie o Bolonię Ślązacy licznie walczyli po obu stronach. Nikt nie wspominał o obozach dla Górnoślązaków, o wywózkach do pracy, o całej Tragedii Górnośląskiej. Żadnemu nauczycielowi historii chyba nawet nie przyszło do głowy, że opowiadając o wojnie prusko-austriackiej w 1866 czy wojnie francusko-pruskiej w 1870 roku, może wspomnieć, że jesteśmy potomkami jej uczestników. W historii nauczanej w szkole Ślązacy zdawali się dziwnie ginąć. Nie było ich po stronie polskiej, ale nie było ich też w żadnym innym miejscu. Jak gdyby w ogóle nie istnieli. Odnajdywali się na jedną krótką chwilę, gdy wybuchały śląskie powstania i ważyły się losy przynależności państwowej Górnego Śląska, ale już przy wynikach plebiscytu ponownie trzeba było naginać realia, by wyjaśnić, dlaczego Polska wygrała, mimo że przegrała.
Jednak choć dostrzegałam coraz więcej niejednoznaczności, choć coraz wyraźniej zdawałam sobie sprawę, że na Górnym Śląsku mamy do czynienia z jakąś podwójną rzeczywistością, to jednocześnie śląskość w ogóle nie była dla mnie przedmiotem identyfikacji. Kiedy myślę o sobie w czasach podstawówki czy gimnazjum, wiem, że nie czułam się wówczas Ślązaczką. Nie czułam się też nie-Ślązaczką. Po prostu nie była to kwestia, która by mnie zajmowała.
Nie mówiłam po śląsku, odkąd w szkole podstawowej nauczycielka zawstydziła mnie z powodu wypowiedzianych przeze mnie śląskich słów. Tamto wydarzenie na długo wygumkowało śląski z mojej głowy. Jasne, używałam niektórych zwrotów, tych najpopularniejszych, co do których nawet nie do końca ma się świadomość, że są śląskie. Ale śląszczyznę wtłoczyłam do kredensu i patrzyłam na nią przez szybę. Śląski to był język, którym posługiwały się największe chachary [4] na placu. Język starych chopōw i babōw, słyszany w kolejce po mięso u masŏrza albo na smyntŏrzu. Język śmiesznych wicōw, oglądanej przez babcię Soboty w Bytkowie czy audycji Ecika i Masztalskiego w Radiu Katowice. Najdziwniejsze jednak, że wyparłam wtedy ze świadomości, że był także wyłącznym językiem komunikacji mojej babci Agnieszki i jej siostry Ani.
Zresztą gdy dorastałam, w Katowicach śląski coraz bardziej się gubił. A właściwie rozwadniał w polszczyźnie. Do wychowywanego w PRL-u pokolenia moich rodziców starano się w śląskich domach mówić po polsku (na tyle, na ile umiano), by nie robić nikomu pod górkę w szkołach, a potem w pracy. Rodzice przestawali się nim posługiwać, nie przekazywali go dalej. Ale śląski sobie poradził i po latach wykonał międzypokoleniowy przeskok – od babć i dziadków do wnuków.
Dopiero kiedy poszłam na studia, a było to w 2009 roku, śląska tożsamość stopniowo stawała się dla mnie materią do namysłu. Wówczas zarówno śląskość, jak i język śląski były na fali wznoszącej, a Uniwersytet Śląski, na którym studiowałam, miejscem, gdzie buzowały. No dobrze, „buzowały” to może zbyt duże słowo. Pyrkały sobie w retortach kilku śląskich alchemików zaszytych w uczelnianych gabinetach. To wtedy pojawiło się na rynku wiele znaczących publikacji po śląsku i o Śląsku, otworzyły się pierwsze sklepy ze śląskimi produktami. Na coroczne Marsze Autonomii przychodziły tłumy, a w spisie powszechnym z 2011 roku ponad osiemset tysięcy osób zadeklarowało narodowość śląską. Wydawało się, że może jeszcze nie teraz, ale za chwilę, za kilka lat, śląskość uzyska należne jej miejsce. Że trochę pracy, konsekwencji i coś się zmieni. Że damy radę, że po prostu trzeba ten Śląsk inaczej – na nowo – opowiedzieć, i w końcu nas w Polsce zrozumieją. Że śląski zostanie uznany za język regionalny, a Ślązacy za mniejszość etniczną.
„Nas”, bo w pewnym momencie ja też poszłam za tym głosem.
Wybór śląskości nie był może prosty, ale był jakiś. Był wyrazisty. Im więcej o Śląsku czytałam, tym łatwiej było mi go do siebie odnosić. Moja polska historia miała mnóstwo białych plam. Również opowieść wschodnia, bieszczadzka, która stanowiła część rodzinnej przeszłości. Ale ona, choć podobnie pełna niejednoznaczności i pograniczności, w ogóle mnie w tamtym momencie nie pociągała. Wybrałam więc sobie śląskość, która właśnie przeżywała renesans, i odrzuciłam wszystko inne.
Ale nic z tego, czego z nadzieją wypatrywano przed kilkunastu laty, się nie wydarzyło. Przyszło rozczarowanie związane z ciągłym natrafianiem na mur podejrzeń, niezrozumienia, niechęci. Spora część tamtej energii rozpierzchła się, uleciała.
Aż wreszcie nastąpiło moje własne rozczarowanie śląskością. Wybrana przeze mnie tożsamość stawała się coraz bardziej niewystarczająca. Pękała, kruszyła się pod wpływem tego, co pęczniało wewnątrz. Nie byłam w stanie pomieścić w niej wszystkich nieśląskich wątków, śladów, nitek, które odkrywałam coraz chętniej w rodzinnej historii. Już nie chciałam ich odrzucać, zamiast tego próbowałam wpleść w moją śląską osnowę. Momentami czułam się więc nierozumiana podwójnie: i jako Ślązaczka poza Śląskiem, i jako (przynajmniej częściowo) nie-Ślązaczka tutaj, na Śląsku. Dotarło do mnie, że muszę znaleźć jakieś rozwiązanie. Że w mojej wersji śląskości musi być miejsce na wszystko, co znałam z domowych przekazów, o czym czytałam i co sama odkryłam w archiwach: na rodzinnych śląskich powstańców, na żołnierzy walczących w niemieckich mundurach, na pradziadka z AK, który zginął w Auschwitz, na greckokatolickich przodków z Bieszczad i na prababcię używającą ukraińskich słów.
Bo to oni wszyscy się na tę moją śląskość złożyli, nawet jeśli sami ze Śląskiem nie mieli nic wspólnego.
------------------------------------------------------------
[1] Śl. paczki, przesyłki. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych, podobnie jak wcześniej w PRL-u, wiele niemieckich organizacji charytatywnych czy parafii wysyłało do Polski wsparcie w postaci różnego rodzaju paczek pomocowych z odzieżą, środkami higienicznymi, zabawkami itp.
[2] Skrót od skrótu, czyli od „Enerefu” (NRF-u), Niemieckiej Republiki Federalnej, oficjalnej polskiej nazwy Niemiec Zachodnich, funkcjonującej do 7 grudnia 1970 r., kiedy podpisanie dwustronnego układu między krajami zmieniło ją na Republikę Federalną Niemiec. Samo określenie „Ef” przetrwało na Górnym Śląsku znacznie dłużej i było używane (podobnie jak jeszcze starsze „Rajch”) także w odniesieniu do zjednoczonych już Niemiec.
[3] Śl. górnik, zwłaszcza górnik dołowy, rębacz.
[4] Śl. chachary – łobuzy, chopy i baby – mężczyźni i kobiety, masŏrz – rzeźnik, smyntŏrz – cmentarz, wic – żart
* Bernadeta Prandzioch (ur. 1989) – Ślązaczka od pokoleń, mieszka w katowickiej dzielnicy Załęże. Ukończyła psychologię w ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Śląskim. Autorka powieści „Tabu” i „Terapeutka” oraz opowiadań publikowanych w prasie i antologiach. Jej teksty ukazywały się m.in. na łamach „Znaku” i „FA-artu”.
Może Cię zainteresować:

