Znikajaca kraina zablocki

Znikająca kraina, czyli jak przejść 500 kilometrów i nie napisać przewodnika

Prawie 500 kilometrów piechotą przez Sudety, 16 dni marszu, ponad 10 tysięcy metrów przewyższeń. Michał Zabłocki wrócił z tej drogi z książką "Znikająca kraina. Wędrówka przez góry Śląska" - osobistą, gęstą od emocji opowieścią o Śląsku pełnym śladów dawnych kultur, opuszczonych torowisk i historii zapisanych w krajobrazie. Portal ŚLĄZAG.PL objął nad nią patronat medialny.

Nie przewodnik, nie reportaż

Pierwsza rzecz, którą warto sobie wyjaśnić: to nie jest bedeker. Zabłocki, dziennikarz i były korespondent PAP w Pradze, Moskwie i Bratysławie, autor głośnej książki o Czechach "To nie jest raj", nie prowadzi czytelnika za rękę przez Sudety. Nie tłumaczy wszystkiego. Pozwala, żeby droga sama opowiadała historię - i to właśnie robi z tej książki coś innego niż typowy reportaż podróżniczy.

Nie ma dramy i podglądactwa. Zabłocki idzie w przeciwnym kierunku. Rezygnuje z klikbajtu, rusza w góry i stamtąd serwuje powolną, czasem hipnotyzującą narrację, w której głównym graczem jest czas, a cisza, przyroda i krajobraz znaczą więcej niż kolejna sensacja.

Zmęczenie jako metoda

W “Znikającej krainie’ równie ważne jak archiwa i fakty historyczne stają się zmęczenie, ból nóg, upał i ciężar plecaka. Autor sam mówi o swoim pisaniu jako o "nieidealnym realizmie" - nie idealizuje wędrówki, pisze o chwilach zwątpienia. Dzięki temu jego relacja brzmi autentycznie, a nie jak folder biura turystycznego.

"Względność czasu w marszu sprawia, że niedawne wydarzenia, zaledwie sprzed kilku dni, zdają się niezwykle odległe" - pisze Zabłocki, opisując stan umysłu rodzący się po wielu dniach marszu.

Rytm kroków uwalnia głowę, pozwala splatać własną tożsamość z pamięcią ziemi. To brzmi jak filozofia. W praktyce wychodzi po prostu jako bardzo dobra proza.

Śląsk, który nie jest tłem

Śląsk i Sudety nie są tu scenografią - są bohaterami. Krajobrazem, który oddycha, zmienia się i stopniowo zanika, ale nie znika bezpowrotnie. To ważne rozróżnienie: "Znikająca kraina" nie opowiada o końcu, lecz o transformacji. Ruina i odnowa współistnieją w tym samym miejscu, czasem w tym samym budynku.

Zabłocki opisuje mijany folwark, którego dwie części - budowane w tych samych czasach - dziś różnią się od siebie, jakby mimo wspólnych korzeni rozstały się i ruszyły w przeciwnych kierunkach. Jedna zaniedbana, gromadzi mech i kurz. Druga wyremontowana, ale materiałami zupełnie nieprzystającymi do pierwotnego zamysłu. "Jak Śląsk - niegdyś jeden, z czasem rozdarty przez historię, granice, języki na Górny i Dolny". Takich obrazów jest w tej książce więcej. Żaden nie jest na siłę.

Ludzie, nie epizody

Kulminacją tej wędrówki są jednak nie krajobrazy, lecz ludzie spotykani po drodze. Zabłocki pisze o nich z czułością, która nie graniczy z sentymentalizmem. "Największe wrażenie zrobili na mnie spotkani ludzie. Najbardziej zapadła w pamięci ludzka uprzejmość i bezinteresowność" - przyznaje. Wędrowcy częstują się tym, co mają, dzielą się opowieściami, pomagają sobie wzajemnie - mimo że, jak żartobliwie przywołuje Haszka w przedmowie, na długiej trasie czyhają i mniejsze, i większe niespodzianki.

"Nie chcę tylko zaliczyć szlak od punktu do punktu: chcę go przeżyć" - deklaruje autor.

I słowa dotrzymuje. Cel jest sama droga, rodząca się opowieść, a nie jej finał. To domyka logikę całej książki.

Historia, której nie znajdziecie w podręcznikach

Zabłocki ma w sobie coś z lokalnego patrioty i czechofila jednocześnie - i właśnie to sprawia, że jego spojrzenie na region jest wyjątkowo wielowymiarowe. Przypomina, że pierwsze zapisane po polsku zdanie pochodzi ze Śląska, z Księgi henrykowskiej, i zostało wypowiedziane, nieco przewrotnie, przez Czecha. Pisze o Ziemi Kłodzkiej, która przez prawie tysiąc lat kościelnie podlegała biskupom Pragi, nie Wrocławia - fakt, który większość czytelników odkryje tu po raz pierwszy.

Idąc przez kolejne miejscowości, Zabłocki sprawdza zawsze, jak nazywały się dawniej - i konsekwentnie podaje historyczne nazwy obok współczesnych. To metoda, ale i credo: "Równie dobrze mógłbym być Wandalem, Silingiem, Czechem, Węgrem, Sasem, Niemcem, Rosjaninem. I pewnie w jakiejś części jestem. Wszyscy tu byli, wszyscy zajrzeli kiedyś na Śląsk i w Sudety". Śląsk należał do Polski formalnie od zaledwie siedemdziesięciu siedmiu lat, do Niemiec przez dwieście, do Czech jakieś czterysta, wcześniej znów do Polski przez kolejne trzysta. Te liczby mówią więcej o tożsamości regionu niż niejedna monografia historyczna.

Czyta się to lekko, mimo gęstości tematów i historycznych odniesień. I zostaje w głowie długo po zakończeniu lektury - co w przypadku książek o przemijaniu jest chyba największym komplementem, jaki można im sprawić.

Praca w call center

Może Cię zainteresować:

“Kochanie, nie dzwoń do mnie więcej, dobrze? Chociaż głosik masz milutki”. Dwa lata pracowałam w call center. Warto było?

Autor: Marta Płomecka

17/07/2026

Gabrys Gornik Zabrze Slazaq

Może Cię zainteresować:

Kulisy przejęcia Górnika Zabrze i prawdziwe oblicze Lukasa Podolskiego. Bartłomiej J. Gabryś, członek zarządu klubu, odpowiada na pytania

Autor: Katarzyna Pachelska

17/07/2026

Kurt Boeck

Może Cię zainteresować:

Maciej Mischok: Kurt Boeck podróżnik, alpinista, pisarz, fotografik i aktor z Antonienhütte

Autor: Maciej Mischok

17/07/2026