Z tarasu Planetarium Śląskiego widać było nie tylko gwiazdy. Widać było także nowy świat – świat, w którym każdy sygnał z orbity mógł być ważny, a każde „zakłócenie” miało swoje drugie dno. To historia Śląska, który w latach zimnej wojny stał się nieoczekiwanym świadkiem narodzin ery kosmicznej.
„Żółty krążek nad Ligotą”
Był wtorek, 5 listopada 1957 roku. Ligota pachniała jeszcze świeżym tynkiem. Nowe bloki przy Piotrowickiej rosły jak grzyby po deszczu, a ludzie – jedni po pracy, inni po późnym obiedzie – wychodzili na chwilę przed dom, żeby złapać ostatni oddech listopadowego powietrza. Było już po zachodzie słońca, niebo ciemniało szybko, pierwsze gwiazdy dopiero przebijały się przez mleczną poświatę miasta.
I wtedy ktoś krzyknął, że „coś leci”.
Najpierw zobaczyły to dzieci. Potem sąsiedzi z parteru, a jako następni chyba ci młodzi z trzeciego piętra. Nad południową częścią nieba, wysoko – tak wysoko, że trzeba było odchylić głowę aż do bólu karku – przesuwał się żółty krążek, matowy, równy, jakby narysowany od cyrkla. Nie migotał jak samolot ani nie mrugał jak gwiazda. Sunął powoli, pewnie, w stronę południowego wschodu.
Ktoś powiedział, że to meteoryt, ktoś inny, że samolot wojskowy. Ale krążek był zbyt równy, zbyt spokojny, zbyt… obcy. Przesuwał się przez niebo przez dobre dziesięć minut. A potem zniknął nad lasami piotrowickimi, jakby wsiąkł w ciemność.
Jeszcze tego samego wieczoru ktoś zadzwonił do Polskiego Towarzystwa Astronautycznego. A PTA – zaskoczone, ale czujne – natychmiast przekazało sprawę dalej. Do Planetarium Śląskiego. Do mgr Marii Pańków.
Jej numer telefonu – 301‑49 – pojawił się w prasie już następnego dnia. „Prosimy zgłaszać wszelkie obserwacje nowego satelity Ziemi” – apelowano.
Jeśli to naprawdę był Sputnik‑2, widziany gołym okiem z Ligoty, to mieszkańcy nowego osiedla przy Piotrowickiej byli jednymi z pierwszych ludzi w Polsce, którzy zobaczyli na własne oczy sztuczny obiekt krążący wokół Ziemi. I wraz ze Śląskiem – choć nikt jeszcze tego nie wiedział – właśnie wchodzili w erę, w której niebo nad regionem stanie się sceną dla całego szeregu epokowych wydarzeń XX wieku.
„Zgłaszać do Planetarium – mgr Pańków”
Nazajutrz po obserwacji z Ligoty telefony zaczęły dzwonić coraz częściej. Najpierw pojedyncze zgłoszenia – ktoś widział „punkt”, ktoś „gwiazdę, która się ruszała”, ktoś inny „coś, co nie mogło być samolotem”. Potem już całe serie telefonów, często chaotycznych, czasem urywanych, czasem pełnych emocji.
W centrum tego ruchu znalazła się Maria Pańków – astronomka, popularyzatorka nauki, zastępczyni dyrektora Planetarium Śląskiego, której nazwisko i bezpośredni numer telefonu w Planetarium znał już cały Śląsk. Odtąd ludzie mieli już swój pierwszy „numer alarmowy do kosmosu”. Pańków odbierała ich telefony z cierpliwością i uwagą. Nie z pobłażaniem – z zainteresowaniem. Każdy szczegół mógł być ważny: kierunek ruchu, jasność, czas, wysokość nad horyzontem. Dzwoniący opowiadali, jak potrafili. Czasem chaotycznie, czasem z przesadą, czasem z nieśmiałością. Ona potrafiła z tego wyłowić to, co istotne.
„Gwiazdy pierwszej wielkości”
W tamtych dniach Planetarium zaczęło pełnić rolę, której nikt mu formalnie nie przyznał: punktu zbierania danych o pierwszych sztucznych obiektach krążących wokół Ziemi. Nie było jeszcze komputerów, automatycznych systemów śledzenia ani sieci satelitarnych. Były telefony, notatniki, zegarki i ludzie patrzący w niebo. A nad tym wszystkim – Maria Pańków. Młoda pani magister i zarazem wicedyrektor Planetarium z dnia na dzień stała się faktyczną koordynatorką śląskiej sieci obserwacyjnej.
To był początek. Pierwsze dni, w których Śląsk uczył się patrzeć w niebo nie jak w tło, ale jak w przestrzeń, w której dzieje się coś nowego, nieznanego, fascynującego.
W 1958 roku, gdy Związek Radziecki wystrzelił Sputnika‑3, Planetarium po raz pierwszy opublikowało w prasie dokładne dane obserwacyjne: azymuty, wysokości, czas przelotu. To był sygnał, że instytucja w Chorzowie działa jak lokalna stacja śledzenia satelitów – z pełną odpowiedzialnością za jakość danych. Wkrótce przyszły kolejne obiekty. Sputnik‑4 – z rakietą nośną, która świeciła tak jasno, że w relacjach prasowych porównywano ją do „gwiazdy pierwszej wielkości”. Sputnik‑5, Sputnik‑6 – każdy z nich miał własną trajektorię, własny rytm przelotów, własne okno widoczności nad Śląskiem.
W tym czasie rosła też rola radioamatorów. W Gliwicach, Katowicach, Bytomiu – wszędzie tam ludzie z krótkofalówkami próbowali złapać sygnały z orbity. Czasem udawało się odebrać charakterystyczne „bip‑bip”, czasem tylko szum, czasem nic. Udane nagrania radioamatorzy z entuzjazmem przekazywali Planetarium. To była nieformalna, społeczna sieć nasłuchowa, działająca równolegle do oficjalnej.
„Rozkład jazdy” z TASS‑a
Między telefonami, notatkami i pierwszymi próbami ustalenia trajektorii sputników rodziła się śląska astronomia satelitarna. Nie w laboratoriach ani wojskowych stacjach radiolokacyjnych, lecz w Planetarium – placówce edukacyjnej podległej Ministerstwu Oświaty – zaczynała się praca, która bardziej przypominała działalność stacji nasłuchowej niż instytucji kultury.
Po Sputniku‑2 niebo nad Śląskiem zaczęło być obserwowane inaczej. Już nie tylko z ciekawości, ale z poczuciem, że każdy jasny punkt może być czymś ważnym – fragmentem nowej epoki. W prasie pojawiały się pierwsze „rozkłady jazdy” satelitów, publikowane na podstawie danych z sowieckiej agencji TASS. Podawano godziny, kierunki, wysokości nad horyzontem. Ludzie uczyli się patrzeć w niebo jak w mapę.
A w Planetarium Śląskim zaczęto tworzyć coś, co dziś nazwalibyśmy procedurą obserwacyjną. Najpierw – meldunek z PTA lub z radia moskiewskiego. Potem – szybka analiza efemeryd. Następnie – wyjście na taras obserwacyjny z lunetą‑poszukiwaczem. I wreszcie – zapis w dzienniku obserwacji.
Ale za tą prostą sekwencją kryło się coś znacznie większego.
Stacja sowieckiego systemu
W drugiej połowie lat 50. Planetarium Śląskie stało się jedną z nieoficjalnych stacji sowieckiej sieci obserwacji satelitów ISZ (Искусственные Спутники Земли). Nie jako lokalna inicjatywa edukacyjna, lecz jako element systemu.
ZSRR rozsyłał wówczas do krajów bloku specjalne lunetki obserwacyjne AT‑1 – lekkie, precyzyjne instrumenty, których zasadniczym (choć nie eksponowanym publicznie) przeznaczeniem było śledzenie satelitów na tle nieba. Planetarium otrzymało ich aż czternaście. Tyle lunetek to nie zestaw edukacyjny, lecz pełnoprawna stacja obserwacyjna, zdolna do pracy zespołowej – dokładnie takiej, jaką prowadzono w sowieckich punktach sieci ISZ.
Każda lunetka miała własny sektor przerywający i chronograf. Zespół obserwatorów jednocześnie mierzył czas przejścia satelity z dokładnością do 0,1 sekundy, zgodnie ze standardami IGY i ISZ. To była prawdziwa astrometria, nie pokazy dla publiczności.
Po co te astrokamery
Wkrótce Planetarium przeszło na metodę fotograficzną – zgodnie z trendami światowymi. W Chorzowie pojawiły się astrokamery. To nie były zwykłe aparaty, lecz specjalistyczne urządzenia z obiektywami o dużej ogniskowej, mechanizmami sekwencyjnych ekspozycji oraz zegarem kwarcowym, który mierzył czas naświetlania z precyzją nieosiągalną dla zwykłych kamer.
Dwie astrokamery nie stanowiły kaprysu ambitnych śląskich astronomów. Owszem, używano ich także do obserwacji ciał niebieskich i pomiarów naukowych, ale zarazem – a może przede wszystkim – był to standardowy zestaw do astrometrii satelitów w latach 50. i 60. Stosowany przez stacje IGY, Smithsonian Astrophysical Observatory i sowiecką sieć ISZ. Planetarium Śląskie pracowało dokładnie tak, jak one.
Dane z Chorzowa trafiały do PIHM, a stamtąd – do moskiewskiego ośrodka „Kosmos”, który pełnił rolę centralnego centrum obliczeniowego. To oznacza jedno: Planetarium Śląskie było częścią realnego systemu raportowania danych orbitalnych. Nie okazjonalnym obserwatorem i nie tylko punktem edukacyjnym. Stacją. Jedną z najaktywniejszych w Polsce.
Niecodzienny gość z Moskwy
Wiosną 1958 roku, kilka miesięcy po starcie Sputnika‑1, w Planetarium Śląskim pojawił się człowiek, którego wizyty trudno dziś nie docenić. Jurij Aleksandrowicz Pobiedonoscew – wybitny specjalista rakietowy z moskiewskiego Instytutu Lotnictwa, współpracownik Siergieja Korolowa jeszcze z czasów CAGI, a później jeden z głównych uczestników pozyskiwania nazistowskich technologii rakiet balistycznych. W latach 50. jego nazwisko wymieniano jednym tchem z Głuszką, Miszynem i samym Korolowem – choć nikt poza wąskim kręgiem wtajemniczonych nie mógł wtedy o tym wiedzieć.
Oficjalnie Pobiedonoscew wygłosił dwa odczyty: w Gliwicach o sputnikach i dzień później w Planetarium – o „osiągnięciach radzieckiej astronautyki”. W rzeczywistości jego wizyta miała znaczenie znacznie większe niż edukacyjne. W tamtym czasie sowieccy naukowcy tej rangi nie jeździli po świecie przypadkiem. Każdy ich wyjazd był kontrolowany, a każde spotkanie z zagraniczną instytucją – starannie zaplanowane.
Dlaczego więc przyjechał właśnie do Chorzowa?
Odpowiedź kryje się w wydarzeniach z października 1957 roku. Gdy w kosmos wystartował Sputnik‑1, jego sygnał początkowo odbierały tylko stacje śledzące na Dalekim Wschodzie. Kiedy satelita wyszedł z ich zasięgu, zespół Korolowa czekał w napięciu całe półtorej godziny, aż po okrążeniu Ziemi sygnał przechwyciła jedna z najdalej wysuniętych na zachód stacji na Krymie. To był moment, w którym ZSRR zrozumiał, że nie ma wystarczającej sieci śledzenia na zachodzie. A to oznaczało, że trzeba ją zbudować – szybko, szeroko i z udziałem krajów bloku.
Właśnie w tym kontekście należy widzieć wizytę Pobiedonoscewa. Planetarium Śląskie było nowoczesną instytucją z dużym potencjałem obserwacyjnym, zapleczem technicznym i zespołem astronomów. Miało wszystko, czego potrzebowała rodząca się sieć ISZ: przestrzeń, ludzi, infrastrukturę i gotowość do pracy. Pobiedonoscew mógł więc ocenić warunki obserwacyjne, sprawdzić kompetencje zespołu i zdecydować, czy włączyć Planetarium do sowieckiej sieci obserwacyjnej. A jeśli decyzja byłaby pozytywna – zarekomendować doposażenie i przekazać instrukcje dotyczące metod obserwacji oraz raportowania.
Wszystko wskazuje na to, że Planetarium Śląskie zdało ten egzamin. Już w następnym roku otrzymało zestaw lunetek AT‑1, później astrokamery, i rozpoczęło regularne obserwacje satelitów zgodnie ze standardami sieci ISZ.
Wizyta Pobiedonoscewa była więc czymś więcej niż wykładem. Była nieformalną inspekcją, instruktażem i momentem, w którym Chorzów został zauważony przez ludzi Korolowa. To wtedy Planetarium zaczęło przechodzić drogę od placówki edukacyjnej do jednej z najaktywniejszych stacji obserwacyjnych satelitów w Polsce i Europie Środkowej.
A wkrótce miało się okazać, że będzie śledzić nie tylko sztuczne księżyce.
„W Planetarium poruszenie”: lot Gagarina
12 kwietnia 1961 roku nikt na Śląsku nie spodziewał się, że dzień zacznie się od historii. Poranek był zwyczajny – tramwaje pełne ludzi jadących do pracy, kioski otwierane jak co dzień, radio grające cicho w kuchniach.
12 kwietnia 1961 roku nikt na Śląsku nie spodziewał się, że dzień zacznie się od historii. Poranek był zwyczajny – tramwaje pełne ludzi jadących do pracy, kioski otwierane jak co dzień, radio grające cicho w kuchniach. A potem, nagle, w eterze pojawiła się wiadomość:
Człowiek jest w kosmosie. Jurij Gagarin. Wostok‑1. Orbita.
W Planetarium Śląskim informacja dotarła błyskawicznie. Ktoś z zespołu usłyszał ją w radiu, ktoś inny przyniósł potwierdzenie z PTA. W ciągu minut w budynku zrobiło się głośno. Drzwi się otwierały, ktoś biegł po notatnik, ktoś inny uruchomił radiowęzeł.
Prasa napisze później:
„W Planetarium panowało ogromne poruszenie”.
W sali technicznej szumiały odbiorniki, te same, które jeszcze niedawno służyły do nasłuchu sygnałów Sputnika‑2 i 3. Teraz miały odebrać coś, czego nikt wcześniej nie słyszał – głos człowieka krążącego wokół Ziemi.
Można tę scenę zobaczyć jak kadr z filmu: ciemna sala techniczna, radioodbiornik na stole, ludzie stojący w skupieniu, komunikaty TASS, świadomość, że dzieje się coś, co zmieni świat.
Podczas gdy jego przejęty zespół w skupieniu i ciszy nasłuchiwał przekazywanych przez radiowęzeł komunikatów, dyrektor Planetarium Józef Sałabun, komentował dziennikarzom:
– Byliśmy pewni, że to nastąpi, ale nikt nie wiedział, że tak szybko. Następnym etapem będzie chyba podróż na Księżyc.
To zdanie – wypowiedziane przezeń w kwietniu 1961 roku, gdy Amerykanie nie mieli jeszcze ani jednego załogowego lotu orbitalnego – świadczy o tym, jak dobrze rozumiał logikę wyścigu kosmicznego. To nie był administrator kultury, a człowiek, który żył kosmosem: od 1957 roku śledził każdego satelitę, tworzył zespół obserwacyjny i rozbudowywał instrumentarium, prowadził radionasłuch, organizował śledzenie rakiet i satelitów, pracował w rytmie efemeryd. A do tego wraz ze swoim zespołem popularyzował wiedzę nie tylko z dziedziny astronomii, ale i rodzącej się właśnie astronautyki. W jego Planetarium można było się poczuć niczym w miniaturowym centrum kontroli lotów.
„Gagarin, Gagarin”! Pierwszy kosmonauta na Śląsku
W tramwajach, kopalniach, hutach – wszędzie mówiono tylko o jednym. Po locie euforia nie wygasła. Przeciwnie – rosła. Gagarin stał się człowiekiem‑symbolem, twarzą nowej epoki. Jego portrety trafiały na plakaty, kartki pocztowe, znaczki i monety. Jego nazwisko otrzymywały ulice i place. Chruszczow wiedział, że dostał prezent od historii – i nie zamierzał go zmarnować.
20 lipca 1961 roku Gagarin przybył do Polski. Dzień później – na Śląsk. To, co wydarzyło się wtedy w regionie, trudno dziś odtworzyć. Tłumy były autentyczne, spontaniczne, nie wymuszone. Gagarina przewieziono odkrytym samochodem przez szereg miast aglomeracji. To wyjątkowe tournée po Śląsku i Zagłębiu liczyło około 100 kilometrów. W każdym mieście – tysiące ludzi. Wiwaty, kwiaty, transparenty. Entuzjazm, który trudno dziś sobie wyobrazić. Franciszek Wszołek, były dyrektor kopalni „Wujek”, który uczestniczył w tym objeździe, wspominał:
– Muszę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że sympatia Polaków do Gagarina była prawdziwa i spontaniczna.
To był moment, w którym kosmos – dotąd słyszany w radiu i widziany przez lunety – zszedł na ziemię. Na Śląsk. Do ludzi, którzy jeszcze kilka miesięcy wcześniej patrzyli w niebo, próbując wypatrzyć Sputnika‑2. Na ten moment przygotowało ich również Planetarium Śląskie. A to był dopiero początek.
Titow na orbicie. „Nasłuch rozpoczęło Planetarium Śląskie”
Lot Gagarina był szokiem, ale start Hermana Titowa – zaledwie cztery miesiące później – pokazał, że sowiecki lot w kosmos nie był jednorazowym fajerwerkiem. 6 sierpnia 1961 roku, w upalną niedzielę, w eterze pojawiła się wiadomość: Wostok‑2 jest na orbicie.
Historycy zwracają uwagę, że data nie była przypadkowa – tydzień później Chruszczow rozpoczął budowę Muru Berlińskiego, licząc, że triumf Titowa choć na chwilę przykryje medialnie polityczną burzę, która miała w związku z tym się rozpętać.
Radioamatorzy na Śląsku zaczęli przeszukiwać pasma. Także w Planetarium zapadła decyzja: rozpocząć nasłuch. Odbiorniki ustawiono na częstotliwości radzieckich transmisji. Bo je znano. Magnetofon – ciężki, studyjny – włączono od razu. Nagrywano wszystko: trzaski, impulsy, urwane słowa, a w końcu całe meldunki.
Raz po raz rozbrzmiewały dzwonki telefonów. Ciekawi pytali o wszystko: kiedy Wostok‑2 przeleci nad Śląskiem, czy będzie widoczny, jak długo potrwa lot.
Planetarium nasłuchiwało kosmosu. Magnetofon szumiał, a głos Titowa docierał z orbity. Wieczorem – jeszcze tego samego dnia – mieszkańcy Śląska słuchali tych nagrań na żywo, w sali projekcyjnej pod sztucznym niebem.
Choć teoretycznie każdy radioamator na świecie mógł odebrać sygnały Wostoka‑2, w praktyce udawało się to nielicznym. Trzeba było nie tylko znać dokładną częstotliwość i mieć odpowiedni sprzęt, ale i wiedzieć, kiedy statek pojawi się nad horyzontem. Planetarium miało tę przewagę, że działało jak profesjonalna stacja nasłuchowa: dysponowało precyzyjnymi efemerydami z PTA i Moskwy, czułymi odbiornikami, antenami i zespołem, który od 1957 roku trenował nasłuch na Sputnikach. Dlatego w Chorzowie udawało się zarejestrować to, czego przeciętny radioamator na ogół by nie wychwycił – prawdziwy głos kosmonauty z orbity.
W tych chwilach Planetarium stało się więc lokalnym centrum informacji kosmicznej. Działało jednocześnie jako obserwatorium, stacja nasłuchowa, ośrodek popularyzacji nauki, newsroom i – w pewnym sensie – śląski odpowiednik „NASA public affairs office” swoich czasów. Nasłuchiwało transmisji, udostępniało nagrania dziennikarzom, którzy zjawiali się tam w poszukiwaniu sensacji, ale tez niemal z miejsca prezentowało je publiczności na organizowanych ad hoc prelekcjach.
To było tempo pracy agencji prasowej, nie instytucji kultury.
„Lunety na Wostoki”: zagadka lotu Tierieszkowej
Czerwiec 1963 roku. Moskwa ogłasza start Wostoka‑5 i Wostoka‑6. W misję pozaziemską lecą Walery Bukowski i Walentyna Tierieszkowa – pierwsza kobieta w Kosmosie W Planetarium ogłoszono pogotowie obserwacyjne.
Maria Pańków komentowała:
– Nie spodziewałam się nigdy, aby kobieta samodzielnie wyruszyła na podbój Kosmosu…
Lunety‑poszukiwacze ustawiono na tarasie. Astrokamery przygotowano do zdjęć. Odbiorniki radiowe pracowały bez przerwy. Planetarium czekało na komunikaty z moskiewskiego ośrodka „Kosmos”. Chorzów już oficjalnie był ogniwem międzynarodowej sieci obserwacyjnej. Prasa pisała o tym niemal otwartym tekstem: „Wszystkie dane, ustalające położenie satelity na tle gwiazd, w ściśle określonym czasie przesyła Planetarium za pośrednictwem PIHM do Moskwy”.
Dyrektor Sałabun mówił:
– Już w godzinę po zachodzie słońca lustrujemy niebo. Aparatura wizualna i fotograficzna jest gotowa w każdej chwili do zdjęć.
Dziesięć minut – tyle trwał przelot. Tylko dziesięć minut, które mogły się nie powtórzyć.
Magnetofon nagrywał wszystko, co udało się wyłowić z eteru. Co jednak dziwne, podczas lotu Tierieszkowej Planetarium nagle doznało dziwnych „problemów technicznych”. Prasa pisała, że aparatura „nie jest tak doskonała, aby mogła wyeliminować zakłócenia i szumy”, przez co nagrania z Wostoka‑6 były trudne do odsłuchania. Brzmi to zaskakująco, bo ta sama aparatura bez trudu rejestrowała wcześniej meldunki Titowa z Wostoka‑2, a niedługo później transmisje z Woschoda‑1. Dziś, gdy wiemy już z odtajnionych źródeł, że Tierieszkowa bardzo źle znosiła nieważkość i część jej meldunków była chaotyczna lub nieskładna, takie „zakłócenia” mogą nabierać innego znaczenia. W epoce, w której wizerunek pierwszej kobiety w kosmosie musiał pozostać nieskazitelny, najprostszym rozwiązaniem było uznać, że „nic nie słychać” – i nie odtwarzać publicznie tego, co mogłoby zakłócić starannie budowaną legendę. Planetarium nie mogło sobie pozwolić na upublicznienie jakichkolwiek fragmentów transmisji, które mogłyby podważyć wizerunek sowieckiej bohaterki. W realiach tamtych lat nawet przypadkowe ujawnienie takich nagrań mogłoby ściągnąć na odpowiedzialnych najpoważniejsze konsekwencje.
Ale telefony w Planetarium i tak dzwoniły bez przerwy. Pytano o Tierieszkową, Bykowskiego, o widoczność, o trajektorie. Było dla ludzi głównym wiarygodnym źródłem informacji.
Czerwone gwiazdy zstępują na Śląsk
– Zwykle satelita jest widoczny gołym okiem jako jasna, mała gwiazdeczka, wolno płynąca po niebie – tłumaczyła Maria Pańków, gdy w czerwcu 1963 roku mieszkańcy Śląska wypatrywali kapsuł Wostoków Walentyny Tierieszkowej i Walerego Bykowskiego. Zaledwie kilka miesięcy później, w październiku, sowieckie „gwiazdy kosmosu” zstąpiły na Śląsk już nie jako świetlne punkty na niebie, lecz jako żywi ludzie.
Ich przyjazd zapowiadano w prasie z entuzjazmem, który dziś trudno sobie wyobrazić. „W pamiętnych dniach czerwcowych cały świat obserwował uśmiechnięte twarze Wali i Walerego… Z tym większą radością gościmy ich na polskiej ziemi” – pisały gazety. Śląsk miał być jednym z najważniejszych etapów ich triumfalnego objazdu po kraju.
Kolumna samochodów, witana przez partyjnych dygnitarzy, orkiestry, tłumy na balkonach i dachach, wyruszyła z Częstochowy na północy województwa. W samochodzie obok Tierieszkowej i Bykowskiego siedział generał Nikołaj Kamanin – legendarny opiekun sowieckich kosmonautów – oraz polscy przedstawiciele młodzieżowych i kobiecych organizacji. Wzdłuż trasy stały niekończące się szpalery ludzi: robotników, uczniów, górników, kobiet w chustkach, dzieci machających tysiącami chorągiewek. Owszem, był to masowy spęd odgórnie organizowany przez partyjne władze, ale nie brakowało też szczerego entuzjazmu. Wiele osób wyszło na ulice i do okien z autentycznej ciekawości – chcieli zobaczyć parę kosmicznych celebrytów.
Na elektrowni „Łagisza” widniał ogromny napis: „Komuniści pierwsi sięgnęli do gwiazd – chwała sowieckim kosmonautom”. Załoga zakładu „spontanicznie” zatrzymała kolumnę, wręczając gościom kwiaty, pamiątkowe talerze i górnicze lampki. W Sosnowcu powiewały im chusteczkami włókniarki, w Dąbrówce Małej rozbrzmiewała „Karolinka”, a załoga huty „Jedność” w Siemianowicach Śląskich wręczała kolejne upominki. Wzdłuż całej trasy ustawiono orkiestry, które co kilkaset metrów grały marsze lub „Sto lat”. Dzieci chórem śpiewały „Zawsze niech będzie słońce” – sowiecką piosenkę, której uczono we wszystkich polskich podstawówkach. W Chorzowie kosmonautów powitały delegacje hut „Kościuszko” i „Konstal”, wręczając im miniatury kadzi odlewniczej i tramwajowych resorów. Kobiety w śląskich strojach przekazały koronkową serwetę z Koniakowa.
Najważniejszy punkt wizyty miał jednak miejsce w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku. Tierieszkowa i Bykowski wysiedli z samochodu i – wśród tłumów i błysków fleszy – osobiście posadzili dwa drzewka. Umieściwszy je w przygotowanych dołkach, przysypali korzenie ziemią i przymocowali młode pnie do słupków. Pomagał im w tym Jerzy Ziętek. Wniebowzięty (nomen omen) „Jorg” ochoczo pozował do fotografii w tak niecodziennym towarzystwie i sytuacji. Po ceremonii ugościł Rosjan wystawnym obiadem w restauracji „Przystań”.
W miejscu, gdzie Tierieszkowa i Bykowski posadzili drzewa, stanął betonowy blok z okolicznościowym napisem. Stoi on przy alei Harcerskiej do dziś. Tylko że same drzewa – wbrew temu, co często się powtarza – nie przetrwały. Tak jak i te posadzone kilkanaście lat później obok przez Mirosława Hermaszewskiego z Piotrem Klimukiem. Nie utrwaliła się również nazwa alei, którą wówczas przezwano „aleją Tierieszkowej” lub „aleją Kosmonautów”.
W Katowicach entuzjazm był największy. Przed Domem Kultury huty „Baildon” stanęła triumfalna brama, a miasto – udekorowane flagami i transparentami – przywitało „kosmiczne rodzeństwo” wiwatami, które według relacji prasy „nie miały końca”. Wielki rajd po regionie zakończył się aż w Bielsku-Białej. Śląsk przyjął sowieckich bohaterów kosmosu z dumą, jakby przez te chwile cały uczestniczył w wielkiej epoce podboju przestrzeni.
„Udało się nam”: głosy z Woschoda‑1
14 października 1964 roku w Chorzowie ponownie nagrano głosy sowieckich kosmonautów – i to w jakości tak dobrej (cóż za kontrast z „niepowodzeniem” podczas lotu Tierieszkowej), że astronomowie bez wahania, a nawet z pewną dumą, pochwalili się tym sukcesem mediom.
Tym razem na orbicie było aż trzech Rosjan: Władimir Komarow, Konstantin Jegorow i Konstantin Fieoktistow, załoga Woschoda‑1. Odbiorniki ustawiono na częstotliwości transmisji pierwszego trzyosobowego statku kosmicznego – przerobionego z jednoosobowego Wostoka, kosztem nie tylko całkowitego lekceważenia komfortu załogi, ale wręcz ryzykowania życiem kosmonautów, którzy lecieli bez skafandrów. Magnetofon nagrywał szumy, trzaski, urywane słowa, ale i całe, wyraźne przekazy.
Maria Pańków mówiła:
– Udało się nam utrwalić rozmowę między załogą a stacją naziemną.
W tym czasie Planetarium pracowało już z nową astrokamerą – z podwójną lunetą, obiektywem 20 cm i ogniskową jednego metra. Ale najważniejsze było nagranie. Głosy z orbity. Zarejestrowane w Chorzowie.
Odbieraniem sygnałów ze statków kosmicznych przechwalać się zaczął sam Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku w swoich prestiżowych albumach – jako dowodem, że Śląsk naprawdę uczestniczy w historycznej epoce. A wkrótce miało nadejść wydarzenie, które tę kosmiczną bliskość uczyni jeszcze bardziej namacalną.
„Klimat tylko między ciałem a skafandrem”: spacer Leonowa
19 marca 1965 roku Planetarium oglądało transmisję spaceru kosmicznego Aleksieja Leonowa. Świetny odbiór telewizyjny potęgował wrażenie, że widzowie w Chorzowie są niemal świadkami na żywo czegoś, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało się science fiction. Maria Pańków komentowała:
– To już jest bezpośredni krok do montowania w przyszłości okołoziemskiej stacji kosmicznej.
A potem dodała zdanie, które przeszło do historii:
– Wczoraj cały ziemski klimat znajdował się już tylko między ciałem kosmonauty a jego skafandrem.
Leonow unosił się nad Ziemią na wysokości 495 kilometrów – ustanawiając rekord tyleż absolutny, co niebezpieczny. Ryzyko było ogromne, choć wtedy mało kto jeszcze zdawał sobie z tego sprawę.
W Planetarium panowała cisza. Nie z braku słów – lecz z poczucia, że dzieje się coś, co przekracza codzienność, a Śląsk, choć daleko od Bajkonuru, jest w tej chwili o kolejny krok bliżej kosmosu.
Z Chorzowa do kosmosu
W ciągu ośmiu lat – od żółtego krążka nad Ligotą do kosmicznego spaceru Leonowa – Planetarium Śląskie stało się stacją nasłuchową, punktem obserwacyjnym, centrum informacji kosmicznej. Maria Pańków i Józef Sałabun stworzyli lokalny, ale o ponadlokalnym znaczeniu system śledzenia kosmosu, oparty na wiedzy, improwizacji i pasji.
Także i Śląsk przeszedł drogę, której nikt nie planował, a która wydarzyła się niemal sama, z potrzeby patrzenia w niebo. Mieszkańcy regionu – robotnicy, dziennikarze, naukowcy, studenci, radioamatorzy, dzieci z podwórek – patrzyli w niebo z takim samym napięciem, z jakim patrzono w Moskwie, Houston czy Bajkonurze. To była epoka, w której kosmos był blisko. W której można go było zobaczyć z balkonu, usłyszeć w szumie radia, nagrać na taśmie magnetofonowej. Epoka, kiedy Śląsk – nieformalnie, po części w tajemnicy, ale realnie – stał się częścią międzykontynentalnej sieci obserwacyjnej.
A kiedy Leonow unosił się nad Ziemią, a Maria Pańków mówiła, że „cały ziemski klimat znajdował się już tylko między ciałem kosmonauty a jego skafandrem”, było jasne, że kończy się pewien rozdział. Rozdział pionierów i wielkich improwizacji. Czas, w którym kosmos był jeszcze tajemnicą, a nie rutyną. Następny rozdział miał być inny – bardziej techniczny i skomplikowany, ale też bardziej niebezpieczny. Epoka Apollów i Sojuzów, katastrof, napięć i ambicji, które sięgały Księżyca.
Ale zanim tam przejdziemy, warto już teraz zapamiętać: Śląsk patrzył w niebo od samego początku.
A zobaczył tam i usłyszał więcej, niż można było przypuszczać.
c.d.n.
Może Cię zainteresować:
Czerwone gwiazdy nad Śląskiem cz. 1. Sputnik, Planetarium i „Po prostu” Polska Gomułki
Może Cię zainteresować:
Gagarin unosi kieliszek w Katowicach. Ale pierwszy kosmonauta nie uniósł ciężaru sławy
Może Cię zainteresować: